środa, 18 listopada 2009

Możliwe / pożądane

[Kilka ostatnich zdań krótkiego tekstu pt. "Możliwe / pożądane: Odmieńcze odczytanie standardowej narracji LGBT w Polsce". Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, a chciałby, zapraszam do lektury pełnego tekstu tutaj.]

Celem (słusznej) krytyki środowisk LGBT jest często nadmierny wpływ kościoła katolickiego na polskie społeczeństwo, jednak niewielu aktywistów dostrzega "zarazę neoliberalizmu", która zawęża pole naszego politycznego myślenia, a zwłaszcza zakres tego, co uważamy za "możliwe" i "pożądane". Na ogólniejszym poziomie politykę queer można wyobrazić sobie jako politykę inherentnie wywrotową i destabilizującą - nawet jeśli destabilizacji ulegają nasze dotychczasowe pojęcia tożsamości seksualnej czy "praw mniejszości homoseksualnej". W moim przekonaniu polityka queer powinna być polityką kryzysu, ponieważ kryzys otwiera nowe horyzonty, wytycza nowe kierunki, tworzy nowe parametry tożsamości. Jest to polityka, która dąży do różnorodności, a nie unifikacji; która promuje nowe rodzaje "powiązań" społecznych/politycznych/seksualnych (czyli swego rodzaju "hybrydyzację"), zamiast utrwalać zastane całości; która wreszcie gotowa jest zaryzykować pewną dozę (społecznej/politycznej/seksualnej) "nieczytelności" sprzyjającej wywołaniu pewnego "kryzysu poznawczego", który może umożliwić powstanie nowych form podmiotowości i społeczności.
(t)

środa, 11 listopada 2009

W jakim projekcie lewicowym sens?

Żeby dokonać skutecznej interwencji w strukturę systemu-świata, w którym żyjemy, potrzeba krytycznej, radykalnie lewicowej, kompleksowej polityki społeczno-kulturowej, podkreślającej wielopłaszczyznowość opresji i przemocy, które dotykają jednostki we współczesnym systemie-świecie (czytaj: ścisłe powiązanie ze sobą płci, klasy, rasy, seksualności, etniczności, statusu, itp.).

Tymczasem utrzymuje się nieprzekraczalny rozdział na (poważny) lewicowy aktywizm, skupiający się na kwestiach gospodarczych, i na politykę, w cudzysłowie, „zaledwie” kulturową, jak feminizm czy ruch LGBT, która często traktowana jest jako fanaberia kapryśnego liberalizmu, grupująca tematy zastępcze i kwestie „niepoważne”. Rozdział ten, podtrzymywany w dyskursie (wewnętrznym) niektórych organizacji lewicowych również w Polsce, powoduje, że obecny neoliberalny system niestety ugruntowuje swoją hegemonię jako, jak zauważają Gerard Dumenil i Dominique Levy, „nowy porządek społeczny”, gdyż wydaje się nie mieć konkurencyjnego projektu krytycznie kulturowo-społecznego, który, dokonując kompleksowej i ideowej krytyki systemu z pozycji radykalnie lewicowych, stanowiłby poważne zagrożenie dla neoliberalnego status quo.

Zatem: zasadny byłby tutaj taki szeroki ruch społeczny, który uwzględniałby i równie ideowo zajmowałby się wszystkimi rodzajami przemocy i opresji, jakie są generowane przez obecną konfigurację systemu-świata, w którym żyjemy; taki ruch tłumaczyłby zależności między poszczególnymi opresjami i punktami przemocy oraz pokazywałby ich wspólny mianownik, jakim jest kapitalistyczny, eurocentryczny, rasistowski, heteronormatywny i patriarchalny system. Pokazywałby ideologiczność i podważałby zasadność przyczółków tego systemu-świata: instytucji kapitału, instytucji małżeństwa, instytucji orientacji seksualnej, instytucji monogamii, instytucji płci, instytucji rasy, ideologii binaryzmu.

Należy odzyskać dyskurs wspólnoty i zbiorowości, podkreślać funkcjonalność i efektywność lewicowych koalicji. Należy wyrabiać świadomość konieczności kompleksowej, wielopłaszczyznowej krytyki i analizy, i działania na rzecz zmiany kompozycji systemu-świata. Należy wyrwać się spod pręgierza egoistycznej, konkurencyjnej ideologii neoliberalnego indywidualizmu, który prowadzi do ostrego sekciarstwa na lewicy. Należy zrezygnować z kapitalistycznej logiki sprowadzającej każde działanie społeczno-polityczne do kwestii "opłacalności" i zimnej Realpolitik.

W takiej praktycznej polityce, według mnie, powinna celować lewica z prawdziwego zdarzenia.
(r)

czwartek, 29 października 2009

Pochwała nonkonformizmu. Wokół "Podziemnego państwa kobiet" i nie tylko

Powiedzmy sobie szczerze: wszyscy jesteśmy tchórzami. I co gorsza, nie powinniśmy mieć tego sobie specjalnie za złe, bo tchórzostwo jest jednym z naturalnych mechanizmów samoobronnych. Podział na herosów moralnych i ludzi raz na zawsze splamionych (choćby ze względu na antenatów należących do politycznie niepoprawnych organizacji) możliwy jest tylko w głowach pisowskich moralistów (albo przynajmniej w ich oficjalnych deklaracjach).

Tchórzostwo, systemowo przybierające postać konformizmu, wymuszane jest na nas przez społeczeństwo, które także kieruje się swego rodzaju instynktem samozachowawczym i broni swojego obecnego kształtu. Nic w tym dziwnego ani odkrywczego. Jednak społeczeństwo polskie – w porównaniu do wielu zachodnich społeczeństw liberalnych, na które tak bardzo lubimy się oglądać – wywiera nadzwyczaj silną presję na jednostkę, czy to zastraszając, ośmieszając, czy też grożąc wykluczeniem albo życiem w nędzy. Rządy koalicji PiS-Samoobrona-LPR dodatkowo nasiliły tę atmosferę zastraszenia, choć największą regulacyjną i normatywizującą rolę od lat odgrywa, oczywiście, kościół katolicki (biernie lub czynnie wspierany przez tzw. "elity polityczne").

Po krakowskim pokazie filmu "Podziemnie państwo kobiet" Sławka Walczewska słusznie, jak sądzę, wytknęła filmowi podtrzymywanie atmosfery zastraszenia i przeciwstawiła jej etos człowieka wewnętrznie wolnego, odważnego nonkonformisty, który potrafi wyjść poza schemat "ofiary" i wbrew presji społecznej realizuje własną wizję wolności. Sławka Walczewska nawiązała też do magicznego początku lat 90., który ja również zapamiętałem jako moment zachłyśnięcia się wolnością. Był to moment "rozchwiania systemu", wielkiego kryzysu ustrojowego, w którym horyzont "możliwego" wydawał się nieskończenie szeroki, bo wreszcie "lud" odzyskał wolność, a więc wszystko było wolno. Jak wiemy, większość oddolnych ruchów społecznych została szybko spacyfikowana i poddana kontroli przez neoliberalnie rozumiany "wolny rynek" z jednej strony i obyczajowy konserwatyzm kościoła katolickiego z drugiej. Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.

W tych nieco nostalgicznych odwołaniach do początku okresu transformacji przebija się jeszcze czasem etos solidarnościowy. Bo kiedy powiada się, że na początku lat 90. "byliśmy wolnymi ludźmi", to jest w tym mniej czy bardziej świadome nawiązanie do takich postaci, jak Jacek Kuroń czy ksiądz Popiełuszko ("wolność jest w nas"). W kontekście takich ruchów wolnościowych, jak feminizm czy ruch LGBTIQ, jeszcze większe symboliczne znaczenie "dla sprawy" ma, w moim najgłębszym przekonaniu, postać Ewy Hołuszko, ale o tym pisałem już gdzie indziej.

Wróćmy na moment do "Podziemnego państwa kobiet". Jak zauważono w dyskusji po krakowskiej projekcji filmu, bohaterki filmu posługują się językiem w dużej mierze zmonopolizowanym przez dyskurs katolicko-konserwatywny. Ale przecież bohaterki opowiadają to, co czują, najszczerzej jak potrafią; wypowiadają swoją prawdę (która – jak już zauważył Michel Foucault – jest zawsze efektem pewnego dyskursu, pewnej konfiguracji wiedzy-władzy). Taki język jest im dany, często nie znają alternatywnych języków lub się ich wstydzą. Warto przy tym zauważyć, że język, jakim operujemy, przekłada się na naszą prywatną, wręcz intymną sferę uczuć. Z kolei odczucia często przekładają się na odruchy cielesne (ściska nas w żołądku, wstrząsa nami szloch itp.) Splot tego, co kulturowe, psychiczne i cielesne to jeden z najciekawszych obszarów refleksji współczesnej humanistyki, zwłaszcza tej ukierunkowanej "dżenderowo". A zatem prowolnościowe batalie to w dużej mierze batalie o prawo do definiowania "prawdy" i o dostępność języków, które pozwalają nam te definicje wypracowywać.

Napisałem wcześniej, że konformizm to mechanizm obronny. Ale nadmiar konformizmu jest równie groźny, co bezwzględna bezkompromisowość, bo w pewnym momencie może grozić całkowitym zatraceniem naszej podmiotowej autonomii, naszego prawa do samostanowienia. Myślę, że w pewnym sensie ruchy wolnościowe cierpią w Polsce na deficyt odwagi. Oczywiście widzę dookoła mnóstwo odważnych, aktywnych osób, fantastycznych liderek i liderów, ale ich odwaga i aktywność – wskutek "oporu materii społecznej" – dość słabo przekłada się na "zwykłych ludzi", którzy (choć prywatnie często bardzo krytyczni względem wielu aspektów życia społeczno-politycznego w Polsce) jakoś nie dostrzegają potrzeby przybierania odważniejszych, prospołecznych postaw we własnym życiu.

Tu chyba tkwi zagadka nieustającej popularności PO w sondażach: przeciętny Polak i przeciętna Polka kultywuje światopoglądowy konformizm i zgodnie z neoliberalną filozofią życiową skupia się na dwóch maksymalnie sprywatyzowanych sferach: na ekonomii (praca/pieniądze) i na (nuklearnej) rodzinie. Tymczasem dążenie do zmiany zastanego porządku często rozumiane jest w dominujących dyskursach jako niedojrzałość i naiwność. "Z tego się wyrasta", pragmatyka życia codziennego skłoni cię w końcu do zainwestowania czasu i energii w zdroworozsądkowe dążenie do prywatnego dobrobytu. A jeśli tego nie zrobisz – toś naiwniak i "luzer".

Zgodnie z klasycznym feministycznym hasłem, wierzę w to, że prywatne przekłada się na publiczne. Podwyższanie poziomu odwagi cywilnej w codziennym życiu prędzej czy później musi przełożyć się na jakościową zmianę w przestrzeni społeczno-politycznej. W moim życiu prywatnym przełomowym momentem (i okresem największego "pałeru") był moment, w którym zdałem sobie w ogóle sprawę ze stanu zastraszenia, może nawet zaszczucia, w jakim dotąd żyłem. "Porażony" tą świadomością, poczułem się jednocześnie niemiłosiernie tym strachem znużony. Radzenie sobie ze strachem (który w pewnym momencie staje się wręcz strukturalną częścią nas) pochłania ogromne pokłady energii, którą przecież można spożytkować inaczej, pozytywnie. Jedno z pustych haseł wyborczych PO brzmiało: "uwolnić energię Polaków". Jestem jak najbardziej za, ale będzie to możliwe jedynie pod warunkiem wyzwolenia się ze wszechogarniającej atmosfery zastraszenia i pobudzenia oddolnej, obywatelskiej, prospołecznej aktywności Polek i Polaków. (W wydaniu PO "aktywność obywatelska" zredukowana jest wyłącznie do "przedsiębiorczości").

Jedna ze współreżyserek "Podziemnego państwa kobiet" wspomniała w dyskusji o pesymizmie, jaki wyzierał z jej rozmów z polskimi działaczkami feministycznymi ("teraz to nie ma najmniejszych szans na zmianę ustawy aborcyjnej"). Ogarnął nas jakiś fatalizm, jakieś poczucie bezsilności wobec tego, co jawi nam się jako "nieuchronne" albo "niemożliwe do ruszenia". I to jest chyba najgorszy skutek zawłaszczenia przestrzeni publicznej przez dyskursy neokonserwatywne i neoliberalne: ta mentalna kastracja, która zawęża nasze horyzonty myślowe, ogranicza naszą wiarę w możliwość realnej zmiany.

A ja muszę wyznać, choć to pachnie obciachem, że wierzę w cuda. (Czyżby komuś znowu przypomniał się slogan wyborczy?). Moja niewiara już niejednokrotnie zupełnie się skompromitowała. W 1989 roku nie wierzyłem, że ówczesny aparat władzy zgodzi się podzielić władzą z opozycją. Jeszcze kilka lat temu nie wierzyłem, że Ameryka jest gotowa wybrać czarnego prezydenta. Są też inne przykłady, np. tzw. Spokojna Rewolucja w latach 1960-1966, kiedy to Quebec z prowincji całkowicie zdominowanej przez kościół katolicki i konserwatyzm polityczno-obyczajowy stał się jedną z najbardziej postępowych, liberalnych prowincji tego kraju.

Doprowadzić do zmiany nie jest łatwo. Niełatwo pokonać inercję i skłonić ludzi do porzucenia wygodnego konformizmu. Niełatwo pokonać "niewidzialną rękę rynku" z jednej strony i duchowy zamordyzm z drugiej. Ale przecież jest to możliwe i akurat w kraju, który zapoczątkował ogromne zmiany ustrojowe w tzw. bloku wschodnim, nie mamy moralnego prawa w to wątpić. Warto przypomnieć sobie, że pomiędzy 1981 a 1989 upłynęło zaledwie 8 lat; a przecież jeszcze w pierwszej połowie lat 80. dominowała w kraju atmosfera totalnej, wszechogarniającej beznadziei. A potem nastąpiło zmęczenie strachem i bezsilnością.

Taki, między innymi, efekt może mieć (zamierzenie lub nie) film "Podziemne państwo kobiet": może nam uświadomić, że nie mamy już siły żyć dłużej w atmosferze strachu. Zresztą dostrzegam więcej symptomów tego "przebudzenia": czy jeszcze kilka lat temu do pomyślenia byłby marsz ateistów w papieskim mieście Krakowie? Nie mam wątpliwości, że gromadzi się właśnie jakaś społeczna masa krytyczna, która doprowadzi do mniejszej lub większej "rewolucji" polityczno-obyczajowej w Polsce. Trzeba zastany system nieustannie kontestować, doprowadzić do jego ponownego rozchwiania i do nowego otwarcia. (W jakimś sensie próbował tego dokonać Jarosław Kaczyński, choć jego "rewolucja" była symulowaną, w dużej mierze retoryczną rewolucją neokonserwatyzmu przeciwko porządkowi neoliberalnemu.)

Porzućmy zatem zmurszałą Platformę Oportunizmu i twórzmy solidarnie naszą silną, obywatelską Platformę Oporu!
(t)

wtorek, 6 października 2009

Galerianki i lesbijski fantazmat

Galerianki to kolejny film, który potwierdza moje przekonanie, że od kilkunastu lat najciekawsze (i w jakimś sensie "najprawdziwsze") filmy robią w Polsce kobiety. Jest to film o ogromnej wrażliwości genderowej, pełen celnych obserwacji społecznych, w dodatku świetnie zrobiony. Mocne wrażenie robią np. zbliżenia reklam (w tym seksistowskiej reklamy z napisem PROMOCJA na sylwetce kobiety stojącej w erotycznej pozie) jako sugestywna metafora utowarowienia (młodych i bardzo młodych) kobiet w świecie rozbuchanego, patriarchalnego kapitalizmu. Ale w tym niewielkim poście chciałbym skomentować pokrótce tylko jeden wątek, który zapewne zwróci uwagę odmieńczego widza.

Chodzi mianowicie o wątek "lesbijskiej (separatystycznej) utopii", idea której zdaje się krążyć nad filmem jak, nie przymierzając, widmo komunizmu nad Europą. Najwymowniejsza jest scena, w której Milena, wracając nocnym autobusem z imprezy, roztacza przed Alicją wizję wspólnego mieszkania i uniezależnienia się od mężczyzn. Jest to moment pełen ciepła i chwilowej radości na samą myśl o możliwości "świata bez mężczyzn". Ale widz wie, że ta wizja jest z góry skazana na niepowodzenie, że pozostanie jedynie chwilowym fantazmatem. Parafrazując Hermana Melville'a, być może dziewczyny mogłyby się nawet pokochać, gdyby nie "los i (społeczny) zakaz".

Czy pomimo smutnego wątku samobójstwa Michała można uznać, że film kończy się optymistycznie? Alicja zrywa ze "złą" Mileną (bo to zła kobieta była?) i zmywa z twarzy makijaż. Symbolicznie jakby na powrót staje się "dobrą dziewczyną", odrzuca destrukcyjny wpływ przyjaciółki, a jej hierarchia wartości powraca do normy. A przecież za to ceniłem przez cały film postać Alicji: za empatię, która pozwoliła jej dostrzec w Milenie, pomimo dzielących je różnic, postać w jakimś sensie "tragiczną" i godną miłości, a nie tylko głupią, żałosną i złą dziewuchę.

Dla mnie "gorzkość" tego zakończenia wynika nie tyle z samobójstwa chłopaka, ile właśnie z faktu odrzucenia i poniżenia Mileny. W agresji Alicji, która oczywiście znajduje w fabule bardziej racjonalne wytłumaczenie, wyczuwam gwałtowność, z jaką heteronormatywny porządek, żeby przetrwać, musi dokonać rytualnego upodlenia "odmieńca", choćby nawet jego obecność była jedynie obecnością "widmową", jakąś odległą i niespełnioną możliwością zaistnienia (we mnie samym albo w kimś innym). Czy upokarzając dotychczasową przyjaciółkę Alicja nie znajduje sobie po prostu dogodnego kozła ofiarnego? Przecież sama nie jest bez winy. W każdym razie ostatecznie pogrąża jakąkolwiek myśl o separatystycznej lesbijskiej utopii.

(Samobójstwo Michała można wręcz odczytywać jako swego rodzaju fabularny szantaż, jakiego heteronorma dokonuje na widzu: widzisz, do jakiej tragedii prowadzi igranie z separatystyczną wizją odrzucenia mężczyzn?)

I w ten sposób, po raz kolejny, kryzys heteroseksualnego romansu zabija odmieńczy fantazmat.
(t)

wtorek, 29 września 2009

Edek Migalski, trybun ludowy

[Komentarz do tekstu Marka Migalskiego To jest nasza elita?!!]

Wszystko jasne: nareszcie siła wyższa wysłuchała modłów narodu i doczekaliśmy się nowej elity intelektualnej z prawdziwego zdarzenia. Takiej, co to brata się z ludem pracującym miast i wsi. Takiej, co to wali prosto z mostu. Jak ktoś ma w głowie nasrane, to nie ma co owijać w bawełnę. Nowa elita gówna się nie brzydzi i zawsze jest skora nim kogoś obrzucić. Najlepiej starą elitę, czyt. łże-elitę.

Tak, jest w głosach broniących Romana Polańskiego wiele solidarności (chciałbym podkreślić to słowo) środowiskowej, która w retoryce PiS-u zamienia się w "korporacyjność" (jak gdyby życie społeczne nie polegało w ogromnej mierze na zrzeszaniu się w różne grupy, środowiska, koterie, partie itd.) A zatem niech będzie: częściowo mamy tu do czynienia z obroną własnych interesów przez tzw. elity. Ale z drugiej strony sporu mamy żądzę krwi, która co najmniej od czasów rzymskich charakteryzuje tłum. Nic tak nie krzepi, jak krwawy spektakl upadku i poniżenia jakiejś znanej osobistości, prawda? Natychmiast czujemy się trochę lepsi, a nasze krzywdy życiowe na chwilę stają się jakby pomszczone.

I owszem, nie wszystkie słowa wypowiedziane w obronie reżysera przynoszą autorom chwałę i sam mam wiele do zarzucenia tej lub innej znakomitości. Szczególnie bulwersująca była wypowiedź Krzysztofa Zanussiego, który z pogardą nazwał dziewczynę (dziś już dojrzałą kobietę) "nieletnią prostytutką", a w tle słychać było słynny rechot Leppera ("jak można zgwałcić prostytutkę, he he he"). Z moralnego punktu widzenia jak najbardziej uzasadnione jest pytanie, czy można uznać, że jedno życie waży więcej niż inne życie. Które życie można zignorować albo "wyrzucić do zsypu", a któremu należy się specjalna ochrona? Bo choć instynktownie większość z nas opowie się za równością każdego życia, w rzeczywistości społecznej poszczególne życia podlegają dość ścisłej hierarchizacji i życie np. nieletniej prostytutki (w dodatku nielegalnej imigrantki) nie jest w praktyce tak samo ważne i tak samo chronione jak życie, nie przymierzając, prezydenta RP.

Nie mnie rozstrzygać kwestie prawne i zawiłości sprawy Polańskiego. I owszem, przez swoją ucieczkę Polański pozbawił się możliwości wyjaśnienia tychże zawiłości. Być może powodował nim strach przed więzieniem i defamacją, ale wydaje się, że obawiał się bardziej – albo również – braku sprawiedliwego procesu. Raz już uciekał przed prawem, które czyhało na jego życie: uciekał z krakowskiego getta przed prawem nazistów. Uważam, że bezkrytyczny rygoryzm prawny, duchowo wyrastający z kodeksu Hammurabiego, jest po prostu nieludzki. Warto czasem pokusić się o szerszą refleksję filozoficzno-prawną i zdać sobie sprawę, że relacja prawa do sprawiedliwości nie jest wcale tak jednoznaczna, jak większość z nas chciałaby wierzyć; Temida może być ślepa, my na szczęście mamy oczy. Ale bądźmy realistami: od Migalskiego takiej refleksji nie oczekuję, ani tym bardziej od innych przedstawicieli (nomen omen) Prawa i Sprawiedliwości.

Abstrahując już od faktu, że zgodnie z polskim prawem (i prawem większości państw na świecie) sprawa Polańskiego uległaby przedawnieniu (jak dotąd nie słyszałem, żeby Migalski albo ktoś z jego politycznego otoczenia kwestionował instytucję przedawnienia), mogłoby się wydawać, że w naszym pięknym i rzekomo głęboko skrystianizowanym kraju idea przebaczenia zatriumfuje nad rzymskim legalizmem wyrażonym najkrócej w sentencji "dura lex sed lex". Jednak Migalski, zacytowawszy jako jeden z argumentów obrońców Polańskiego fakt, że "ona mu wybaczyła", nie raczy się do tego argumentu odnieść. Po co, skoro można rzucić parę mocnych słów o "debilnej i żałosnej próbie bronienia kolegi"? Skoro można pograć na emocjach pytając retorycznie, czy obrońcy reżysera używaliby tych samych argumentów, gdyby "wasz koleżka Romek najpierw upił a potem pobawił się doodbytniczo z waszą 13-letnia córką pobawił się doodbytniczo z waszą 13-letnia córką?" Przecież najłatwiej wymigać się od rzeczowej dyskusji, jeśli w ogóle jest się do niej zdolnym. Ugra się w ten sposób parę punktów wyborczych.

A zatem – na śmietnik historii marsz, skorumpowane łże-elity! Tu idzie młodość! Do przodu, do przodu, po trupach! A zza przyjemnej, zadbanej buźki naszej nowej elity wyziera, jak się dobrze przyjrzeć, obleśna gęba mrożkowego Edka.
(t)

poniedziałek, 21 września 2009

Adwokat diabła komentuje homo-związki

Trwa kampania na rzecz legalizacji związków partnerskich dla par jednopłciowych. Jedną z najbardziej widocznych inicjatyw w ramach tejże kampanii jest powstała ostatnio strona Wszyscy na Tak, na której można podpisać się pod petycją w rzeczonej sprawie. Wcześniej z podobną petycją wystąpiła Monika Czaplicka. Obydwie petycje odwołują się do gwarantowanych konstytucją praw obywatelskich. Inicjatywa "Wszyscy Na Tak" powołuje się ponadto na "standardy powszechnie przyjęte w Unii" (choć unika szczegółowych propozycji rozwiązań prawnych), natomiast petycja Moniki Czaplickiej podkreśla "dążenie do szczęścia" jako podstawowe prawo człowieka (jest to idea bliska amerykańskiej filozofii polityczno-prawnej).

Czy to wskutek jakiejś zapomnianej traumy z dzieciństwa, czy zbyt wielu przeczytanych książek, zawsze ogarnia mnie niepokój, kiedy spotykam się z retoryką typu "wszyscy ZA", "cały naród kocha Jolkę", "jedna racja – nasza racja" itp. Rozumiem "dopingujący" charakter podobnych haseł, próbę zmobilizowania apostołów Sprawy, ale mimo to mój niepokój niezawodnie powraca, czegokolwiek owe hasła by nie dotyczyły. To wcale nie oznacza, że jestem po prostu na NIE, niemniej w obliczu podobnej retoryki lubię odgrywać rolę adwokata diabła, chociażby po to, żeby niejako z kronikarskiego obowiązku odnotować różne punkty widzenia.

W tym przypadku powiem wprost: nie jestem entuzjastą instytucji małżeństwa, ani też "związków partnerskich", bo w ogóle nie jestem zwolennikiem sankcjonowania / uprzywilejowywania przez państwo takiego lub innego rodzaju związków. Znam też inne osoby, które do homo-związków podchodzą równie sceptycznie. Dążenie do legalizacji związków jednopłciowych jest oczywiście jednym ze strategicznych celów asymilacjonistycznej polityki środowiska LGBT, podczas gdy polityka odmieńcza albo "queerowa" występuje zwykle przeciwko asymilacji i "ujednolicaniu" relacji społecznych i międzyludzkich (patrz np. tutaj). Odmieńcy wcale nie chcą żyć i kochać "tak samo jak wszyscy", wolą raczej podkreślać różnicę i wielość. Nawet takie kategorie jak "geje" i "lesbijki" często okazują się dla nich za ciasne.

Taka odmieńcza polityka jest (być może z definicji) mniejszościowa, a nawet marginalna, bo przecież nie można ignorować, z wyżyn jakiegoś intelektualnego wyrafinowania, tej ogromnej większości gejów i lesbijek, dla których właśnie asymilacja (w tym również związki partnerskie) jest wymarzonym celem; nie wolno lekceważyć argumentów dotyczących dziedziczenia czy innych praw przysługujących formalnie zarejestrowanym związkom. Bynajmniej nie o wyżyny przeintelektualizowania chodzi, a właśnie o realnie żyjące osoby (jakkolwiek mało widoczne i mało słyszalne), które swoją życiową praktyką nie wpisują się w projekt związków jednopłciowych lub w inne podobne projekty z zakresu polityki asymilacji; osoby, które kwestionują przyjęte przez większość parametry "dobrego życia" i poszerzają zakres możliwych scenariuszy życiowych, a w ogólniejszym sensie – zakres wolności. Bo właściwie dlaczego np. życie "promiskuitywne" miałoby być gorsze (i gorzej traktowane przez państwo), niż życie w stabilnym związku? Od dawna odmieńcy praktykują odmienne formy związków, budują alternatywne wspólnoty; smutne byłoby zredukowanie całego tego bogactwa do jednej formuły rejestrowanego związku partnerskiego. (Warto przy okazji polecić lekturę "Krytyki Politycznej" nr 16-17, zatytułowanej "Jeśli nie monogamia, to co?")

Nawet jeśli uznać jakąś formę jednopłciowych związków partnerskich za strategiczny cel, to większość postulatów w tej kwestii pozostaje niezwykle umiarkowana, żeby nie rzec konserwatywna. Dlaczego tak niewiele osób domaga się, aby zmienić konstytucję i zredefiniować małżeństwo jako związek dwóch (a może kilku?) osób, niezależnie od płci? (Warto odnotować, że w serwisie Petycje.pl znalazło się odważne żądanie uznania homoseksualnych MAŁŻEŃSTW, a nie tylko związków, nawet w ramach obowiązującej konstytucji). Dlaczego prawie nie pojawia się żądanie prawa do adopcji dla par homoseksualnych? Jak pokazują badania, większa część środowiska LGBT jest z zasady przeciwna homoadopcji, a inni, którzy teoretycznie byliby za, w imię realpolitik wolą unikać tematu – "przynajmniej na razie".

Jeśli sztandarowym argumentem tego kierunku aktywizmu społeczno-politycznego jest dążenie do równości wszystkich obywateli, to wysuwane obecnie postulaty (przynajmniej te najbardziej widoczne) pozostają bardzo dalekie od realizacji owego naczelnego celu. Nawet wprowadzenie związków partnerskich dla wszystkich obywateli (także dla par heteroseksualnych) – choć wydaje się najbliższe idei równości – nie zmienia zasadniczo uprzywilejowanej pozycji małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny (zwykle, choć niekoniecznie, heteroseksualnych). Nagłaśniane obecnie postulaty brzmią tak, jakby wysuwała je haszkowska Partia Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa.

To dziwne, że tak silne ukierunkowanie polityki LGBT na kwestię legalizacji związków przypada na czas, kiedy coraz więcej osób heteroseksualnych jest coraz bardziej rozczarowanych instytucją małżeństwa (o czym można przeczytać np. tutaj). Gdyby istniały odpowiednie badania, bylibyśmy pewnie zaskoczeni procentem małżeństw zawieranych nie z przekonania, lecz ze względów praktycznych. System prawny, a także "prawa rynku", potrafią skutecznie wymuszać zawieranie małżeństw; niekiedy dotyczy to także osób homoseksualnych, decydujących się zawrzeć "białe małżeństwo", a w przyszłości może dotyczyć również par jednopłciowych.

Dlaczego zatem, pomimo sprzeciwu wobec polityki asymilacji, skłonny byłbym poprzeć homo-związki i/lub homo-małżeństwa? Oprócz pokornego uznania "woli ludu", do poparcia takiej zmiany prawnej skłania mnie ogólniejsza filozofia życiowa, która – uznając potrzebę stabilności – stawia przede wszystkim na zmianę jako jedną z najważniejszych zasad życia społecznego i psychicznego. Legalizacja homo-związków może potencjalnie prowadzić do twórczego kryzysu instytucji małżeństwa w ogóle (tak tak, wiem że to woda na młyn różnych terlikopodobnych konserwatystów), może stworzyć nowe parametry życia społecznego. Już otwiera: oto amerykańska organizacja Pro-Polygamy, powołując się na legalizację homo-małżeństw w niektórych stanach USA, rozpoczęła kampanię na rzecz legalizacji poligamii. Jeśli popieram (bez entuzjazmu) ideę homo-związków i/lub homo-małżeństw, to nie jako cel sam w sobie, ale jako krok w "inną stronę", jako nowe otwarcie, jako kolejną próbę "rozszczelniania systemu".

Sporo hałasu zrobiło się ostatnio wokół dość żałosnego rysunku satyrycznego w "Rzeczpospolitej" z kozą w roli głównej. Grupa działaczy LGBT nie podzielająca poczucia humoru autora rysunku (i redakcji Rzepy) potraktowała sprawę bardzo poważnie i, poczuwszy się zniesławiona, postanowiła pozwać dziennik do sądu. Cała akcja, której nadano kryptonim "Nasza Sprawa", wywołała w środowisku LGBT mieszane uczucia, nie wszyscy przyjęli ją z entuzjazmem. Dystansowałem się powyżej do argumentów typu "nasza racja = jedyna racja"; podobnej argumentacji użył jeden z inicjatorów "Naszej Sprawy", oskarżając w swoim płomiennym tekście przeciwników akcji o zniewolenie umysłowe i zinternalizowaną homofobię; ta retoryka została jednak szybko zauważona i wytknięta w niektórych komentarzach. A przecież z odmieńczego punktu widzenia całą sprawę można potraktować zupełnie inaczej: wbrew intencjom autora rysunku, można jego przekaz wykorzystać "na naszą korzyść" i dostrzec w nim metaforę nieprzewidywalnych zmian, do których w przyszłości może prowadzić legalizacja związków jednopłciowych. Nie postuluję, rzecz jasna, dosłownego odczytania tej kiepskiej satyry (czyli walki o legalizację związków zoofilskich); postuluję raczej satyryczne, a przynajmniej subwersywne odczytanie satyry. I owszem, legalizacja homo-związków może w przyszłości prowadzić do dalszych zmian prawnych i społecznych – zmian, które dla konserwatystów (ale nie dla odmieńców) są równoznaczne z "końcem cywilizacji". Drżyj, konserwo! Już dziś mówi się poważnie o prawach robotów – być może w nie tak odległej przyszłości ustawodawcy będą musieli zmierzyć się z kwestią związków między ludźmi i robotami? A prawa klonów? ("Już chyba całkiem mu odbiło", pomyśli czytelnik/-czka. "Toż to czyste science fiction!")

Zdaję sobie sprawę, że moje argumenty nie trafią do większości "zdroworozsądkowych" czytelniczek/-ów, a wręcz mogą im się wydać dziwaczne, wydumane i abstrakcyjne. W demokracji liczy się przede wszystkim arytmetyka, a nie wysublimowane uzasadnienia: liczy się to, czy podpiszę petycję, czy nie; czy nacisnę guzik "za" czy "przeciw". Mimo to chciałbym, żeby te argumenty zaznaczyły swoją obecność w przestrzeni publicznej. Choćby w imię różnorodności, teraźniejszej i przyszłej.
(t)

niedziela, 13 września 2009

Heros heteros. Kilka refleksji o "Diunie" Davida Lyncha

Właściwie prawie wszystko w tym filmie powinno mnie irytować. Zamiast radykalnej, nieprzewidywalnej wizji przyszłości – rzeczywistość niepokojąco zbliżona do feudalnej, średniowiecznej Europy. Zamiast nowatorskich wzorców fabularnych – opowieść w niezbyt zawoalowany sposób oparta na historii Chrystusa i innych biblijnych wątkach. Szlachetny ród Atrydów odgrodzony od podłego rodu Harkonnenów, a szlachetność lub podłość przekazywane w genach. Baron Vladimir Harkonnen – wcielenie zła i plugastwa – jest nie tylko potwornie brzydki, ale co gorsza dość ewidentnie ma słabość do pięknych, młodych mężczyzn. (Jego słowiańskie imię ma zapewne brzmieć złowieszczo, podobnie zresztą jak azjatyckie nazwisko doktora Yueh, zdrajcy Atrydów, czy arabsko brzmiące imię złego imperatora Shaddama.) Świat, w którym kluczowe znaczenie ma posiadanie męskiego potomka oraz relacja między ojcem i synem. Heteroseksualny romans, który w tradycyjnych narracjach zawsze towarzyszy Bohaterowi naprawiającemu świat (przesłanie jest zawsze to samo: ocalenie świata jest jednoznacznie z ocaleniem jedynie słusznego hetero-porządku). Przedstawienie kobiet mocno schizofreniczne: Lady Jessika jęczy i szlocha wspinając się za swoim synem po skale, żeby minutę potem bez większego wysiłku pokonać groźnego fremeńskiego wojownika.



Co zatem ratuje ten film? Oczywiście reżyserska maestria Lyncha, któremu udało się stworzyć jedyną w swoim rodzaju narkotyczną estetykę (chwilami można się zastanawiać, czy przypadkiem sam nie kręcił filmu pod wpływem owego magicznego "melanżu"). Być może także pewna baśniowość (podszyta odrobiną ironii?), która pozwala zdystansować się nieco do wspomnianych wyżej elementów. I może jeszcze coś, pewien wątek obecny w chrześcijaństwie od samego zarania: topos wybawcy-bękarta. Motyw wyzwolenia, które musi nadejść z zewnątrz, spoza rodu, nigdy "spośród nas" (nie bez powodu "nikt nie jest prorokiem we własnym kraju"). I nawet jeśli odrzuca się całą tą chrześcijańską "wielką narrację" zbawienia/wyzwolenia, którą po raz n-ty powiela powieść Herberta (a za nią film Lyncha), to przecież jest w niej także zaczątek pewnej wizji etycznej, która – przyznaję – jest mi bliska: etyki radykalnego (choć niełatwego) otwarcia na obcość. Na tę obcość, której nie ufamy i na którą patrzymy z góry, a która w końcu okazuje się ożywcza i twórcza.
(t)