Są takie sfery etyczne i obyczajowe, kierunek realizacji których powinien być indywidualną sprawą każdego obywatela i obywatelki. Państwo nie powinno dyktować warunków, na których muszą być one realizowane przez jednostkę; nie powinno wytyczać jednej normy (prawnej!) i później karnie ją egzekwować. Te sfery to, między innymi, ludzka seksualność i cielesność.
Trzeba również usprawnić oraz zreorganizować wokół idei równości, szacunku i akceptacji dla odmienności edukację z zakresu świadomości obywatelskiej i kultury demokratycznej.
W Konstytucji jest zapisany rozdział między Kościołem i Państwem, między religią a świeckością. Nie może być przyzwolenia na to, aby jakiś poseł czy jakaś posłanka próbowali nagiąć system prawno-społeczny państwa do wytycznych katolicyzmu, zrobić państwo pod względem prawno-społecznym na mańkę katolicką. Takie próby, już na płaszczyźnie retorycznej, muszą się spotykać z ostrym sprzeciwem.
Karygodne i żenujące jest właśnie działanie Jarosława Gowina i jego katolickiej "komisji etycznej" ds. in vitro. Karygodne są poczynania Bolesław Piechy z PiS, który złożył projekt ustawy o całkowitym zakazie in vitro. Karygodne są wystąpienia biskupów i przemówienia księży, piętnujące kobiety, które zdecydowały się na zapłodnienie in vitro, nawołujące do zorganizowania kodeksu prawnego wokół katolicyzmu.
Sam fakt, że ktoś czy ktosia usiłuje przepisać prawo i system społeczny po katolicku, moim zdaniem, świadczy o tym, że ta osoba albo nie ma, albo nie chce mieć, pojęcia o tym, co to znaczy żyć w państwie demokratycznym, świeckim, niewyznaniowym.
Ktoś czy ktosia mógłby czy mogłaby powiedzieć, że właśnie na tym polega przecież demokracja. Że to większość parlamentarna decyduje o kompozycji ideologiczno-politycznej przestrzeni prawno-społecznej państwa. Że jak większość tą stanowią katolicy i katoliczki, to mają pełne prawo do tego, aby właśnie podciągać państwo pod szablon katolicki. - Nie mają do tego prawa.
Nie mają do tego prawa.
Demokracją nie są totalitarne rządy większości parlamentarnej; demokracja to bowiem dbanie o to, aby w państwie bezpiecznie i komfortowo mogła i mógł się zrealizować każda obywatelka i każdy obywatel bez względu na jej i jego wyznanie, orientację seksualną, płeć, rasę, etniczność, nie/pełnosprawność, itp.
Demokracja to właśnie stanie na straży pluralizmu w przestrzeni społecznej i kulturalnej państwa; pluralizmu etycznego, który jest niczym innym, jak istnieniem na takich samym prawach w państwie różnych kodów i koncepcji etycznych, różnych filozofii i pomysłów "na życie" i na związek/relację międzyludzką.
Demokracja to umiejętność zrozumienia, że różnorodność i odmienność wpisane są w świat, który na otacza. Umiejętność zrozumienia, że nie mamy prawa (stając / stojąc na straży porządku demokratycznego) dyktować drugiemu człowiekowi naszych własnych, katolickich, koncepcji na życie.
(r)
poniedziałek, 29 czerwca 2009
środa, 24 czerwca 2009
POŻĄDEK
Korektor! Gdzie się podział korektor?! Ktoś musi w końcu zrobić porządek!
Stop! – zawołał autor. – Biorę winę na siebie. Oto dokonałem świadomego, bezpardonowego gwałtu na ortografii. Zostałem adwokatem kakografii.
"Ż" – ten agent obcego (nie)porządku, agent pożądania – wdarł się podstępnie, pod przykrywką homofonii, w odwiecznie ustalony ład ortograficzny. Rozpoznasz go po alfabecie, lecz w mowie nigdy nie będziesz już pewien, czy usłyszałeś "porządek" czy zawirusowany "pożądek". Nie będziesz wiedział, czy jesteś jeszcze w bezpiecznym świecie swojskich reguł, czy może już wkroczyłeś niepostrzeżenie w świat ortograficznej anarchii.
Nastąpiła zatem irupcja pożądania, tej odśrodkowej siły, która czai się za każdym porządkiem, w jego niestrzeżonych zakamarkach, by zaatakować znienacka. Wyparte poza ramy porządku, pożądanie zaznaczyło swą obecność (dys-)(orto-)graficznie.
Porządek to efekt (po)rządzenia, efekt regulacyjnej funkcji władzy. Porządek musi się powielać, powtarzać, utwierdzać. Potrzebuje całej armii stróżów, celników, korektorów.
Pożądanie, natomiast, jest zawsze odmieńcze. Wkrada się do swojskiego porządku i odmienia go. Przestawia litery, zmienia parametry, zaburza rytm. Niekiedy, choć rzadko, obala istniejący ład. Wszelkie pożądanie jest pragnieniem przemiany.
Pożądanie jest jednak od porządku zależne. Jeśli uznamy, że jest siłą proaktywną, to musi istnieć inna, reaktywna siła, która ustanawia porządek, regułę, powtarzalność; siła samozachowawcza. (Dobry smak podpowiada, że przesadą byłoby nazwanie tej siły "porządaniem".)
A pożądek? Pożądek jest tworem oksymoronicznym, nietrwałym, niemożliwym. Nie ma przyszłości w ortografii, nie stanie się regułą. "Ż" pozostanie tylko symptomem, chwilowym zakłóceniem, jednostkowym aktem jouissance.
(t)
Stop! – zawołał autor. – Biorę winę na siebie. Oto dokonałem świadomego, bezpardonowego gwałtu na ortografii. Zostałem adwokatem kakografii.
"Ż" – ten agent obcego (nie)porządku, agent pożądania – wdarł się podstępnie, pod przykrywką homofonii, w odwiecznie ustalony ład ortograficzny. Rozpoznasz go po alfabecie, lecz w mowie nigdy nie będziesz już pewien, czy usłyszałeś "porządek" czy zawirusowany "pożądek". Nie będziesz wiedział, czy jesteś jeszcze w bezpiecznym świecie swojskich reguł, czy może już wkroczyłeś niepostrzeżenie w świat ortograficznej anarchii.
Nastąpiła zatem irupcja pożądania, tej odśrodkowej siły, która czai się za każdym porządkiem, w jego niestrzeżonych zakamarkach, by zaatakować znienacka. Wyparte poza ramy porządku, pożądanie zaznaczyło swą obecność (dys-)(orto-)graficznie.
Porządek to efekt (po)rządzenia, efekt regulacyjnej funkcji władzy. Porządek musi się powielać, powtarzać, utwierdzać. Potrzebuje całej armii stróżów, celników, korektorów.
Pożądanie, natomiast, jest zawsze odmieńcze. Wkrada się do swojskiego porządku i odmienia go. Przestawia litery, zmienia parametry, zaburza rytm. Niekiedy, choć rzadko, obala istniejący ład. Wszelkie pożądanie jest pragnieniem przemiany.
Pożądanie jest jednak od porządku zależne. Jeśli uznamy, że jest siłą proaktywną, to musi istnieć inna, reaktywna siła, która ustanawia porządek, regułę, powtarzalność; siła samozachowawcza. (Dobry smak podpowiada, że przesadą byłoby nazwanie tej siły "porządaniem".)
A pożądek? Pożądek jest tworem oksymoronicznym, nietrwałym, niemożliwym. Nie ma przyszłości w ortografii, nie stanie się regułą. "Ż" pozostanie tylko symptomem, chwilowym zakłóceniem, jednostkowym aktem jouissance.
(t)
Etykiety:
filozosia,
odmieńczość,
seksualność,
społeczeństwo
piątek, 19 czerwca 2009
poranienia i paragrafy
Po publikacji reportażu Jacka Hugo-Badera w GW "Podziemnie życie Ewy H." ukazały się w internecie dwa teksty krytycznie odnoszące się do zastosowanej przez dziennikarza formuły: krótki komentarz na stronie Krytyki Politycznej i nieco dłuższe omówienie na Feminotece. Pod tym ostatnim bohaterka reportażu Ewa Hołuszko zamieściła obszerny komentarz, który obnaża skandaliczne kulisy powstania reportażu oraz manipulacje, jakich dziennikarz dopuścił się na zebranym materiale. Zachęcam do lektury tych tekstów i komentarzy.
Na marginesie tej dyskusji chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na pewien drobiazg: w reportażu pada stwierdzenie (raczej wyrwane z kontekstu), że "transseksualistki to głęboko poranione, pokiereszowane osoby, bo bardzo często przeszły przez ręce gejów, nie będąc homoseksualne". Takie sformułowanie ma oczywisty wydźwięk homofobiczny: wynika z niego, że "poranienie" i "pokiereszowanie" osób transseksualnych jest rezultatem jakichś niecnych działań okrutnych gejów (lesbijki, jak zwykle, pozostają przemilczane). I chociaż tzw. "środowisko gejowskie" potrafi być na swój sposób wykluczające i normatywne, to przecież często osoby transseksualne mogą liczyć choćby na odrobinę wsparcia właśnie wśród odmieńców seksualnych. Nie chcę już dociekać, skąd ta uwaga, w takiej formie, wzięła się w reportażu – ale warto (krytycznie) odnotować jej obecność.
I jeszcze jedna obserwacja, z innej beczki. Jak można się dowiedzieć z reportażu, po ustaleniu przez sąd właściwej płci (a powołuje się w tym celu cały sztab ekspertów), w pierwszym rzędzie zmieniane są dokumenty, a korekcja płci (która formalnie nie powinna być nazywana "zmianą") jest niejako wymuszona przez konieczność dostosowania cielesności do stanu zgodnego z dokumentami. (Cały ten proces jest długi, żmudny i nierzadko upokarzający.) Tylko w nowoczesnym systemie biurokratyczno-prawnym dokumenty mają pierwszeństwo nad cielesnością, a zmiany w anatomii są wtórne względem mocy dokumentu. Można by rzec, że korekcja płci służy zrobieniu "porządku w papierach" – a nie jest uzasadniona np. prawem jednostki do szczęścia i samorealizacji.
Brzmi to trochę tak, jak w powieści Paragraf 22, gdzie fizyczna obecność bohatera nie jest bynajmniej wystarczającym dowodem na to, że żyje, skoro w papierach został uznany za poległego.
(t)
Na marginesie tej dyskusji chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na pewien drobiazg: w reportażu pada stwierdzenie (raczej wyrwane z kontekstu), że "transseksualistki to głęboko poranione, pokiereszowane osoby, bo bardzo często przeszły przez ręce gejów, nie będąc homoseksualne". Takie sformułowanie ma oczywisty wydźwięk homofobiczny: wynika z niego, że "poranienie" i "pokiereszowanie" osób transseksualnych jest rezultatem jakichś niecnych działań okrutnych gejów (lesbijki, jak zwykle, pozostają przemilczane). I chociaż tzw. "środowisko gejowskie" potrafi być na swój sposób wykluczające i normatywne, to przecież często osoby transseksualne mogą liczyć choćby na odrobinę wsparcia właśnie wśród odmieńców seksualnych. Nie chcę już dociekać, skąd ta uwaga, w takiej formie, wzięła się w reportażu – ale warto (krytycznie) odnotować jej obecność.
I jeszcze jedna obserwacja, z innej beczki. Jak można się dowiedzieć z reportażu, po ustaleniu przez sąd właściwej płci (a powołuje się w tym celu cały sztab ekspertów), w pierwszym rzędzie zmieniane są dokumenty, a korekcja płci (która formalnie nie powinna być nazywana "zmianą") jest niejako wymuszona przez konieczność dostosowania cielesności do stanu zgodnego z dokumentami. (Cały ten proces jest długi, żmudny i nierzadko upokarzający.) Tylko w nowoczesnym systemie biurokratyczno-prawnym dokumenty mają pierwszeństwo nad cielesnością, a zmiany w anatomii są wtórne względem mocy dokumentu. Można by rzec, że korekcja płci służy zrobieniu "porządku w papierach" – a nie jest uzasadniona np. prawem jednostki do szczęścia i samorealizacji.
Brzmi to trochę tak, jak w powieści Paragraf 22, gdzie fizyczna obecność bohatera nie jest bynajmniej wystarczającym dowodem na to, że żyje, skoro w papierach został uznany za poległego.
(t)
Subskrybuj:
Posty (Atom)