Pokazywanie postów oznaczonych etykietą homofobia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą homofobia. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 kwietnia 2014

Drżyjcie, heteroświnie!

[Przekład "manifestu" Michaela Swifta z 1987 r. Odczytywany dosłownie, tekst tej "gejowskiej fantazji" szybko stał się dla konserwatystów i fundamentalistów religijnych "niepodważalnym dowodem" na nikczemność odmieńców seksualnych, których prawdziwym -- choć zakamuflowanym -- celem jest zniszczenie rodziny, społeczeństwa, cywilizacji, ludzkości, naturalnego porządku rzeczy i w ogóle wszystkiego. Tekst ukazał się kilka lat temu na jednym z portali LGBT, jednak w tej chwili jest słabo dostępny ze względu na daleko posuniętą komercjalizację owego portalu i wprowadzenie opłat za dostęp do publikowanych tekstów.] 

*
Zgwałcimy waszych synów, symbol waszej kruchej męskości, waszych płytkich marzeń i prostackich kłamstw. Uwiedziemy ich w waszych szkołach, w waszych internatach, w waszych siłowniach, w waszych szatniach, w waszych halach sportowych, w waszych seminariach, w waszych organizacjach młodzieżowych, w toaletach waszych kin, w waszych wojskowych barakach, w waszych zajazdach dla kierowców ciężarówek, w waszych klubach dla panów, w sejmach i senatach – wszędzie, gdzie mężczyźni są razem z mężczyznami. Wasi synowie staną się naszymi posłusznymi sługami. Zostaną przerobieni na nasz obraz i nasze podobieństwo. Będą nas łaknąć i wielbić.

Wy, kobiety, domagacie się wolności. Mówicie, że mężczyźni już was nie zadawalają, że was unieszczęśliwiają. My, koneserzy męskich rysów i męskiej sylwetki, odbierzemy wam zatem waszych mężczyzn. Będziemy ich zabawiać, uczyć, przytulać, gdy płaczą. Kobiety, mówicie, że wolicie żyć w swoim własnym gronie niż z mężczyznami. Więc żyjcie w swoim gronie. Damy waszym mężczyznom rozkosz, jakiej wcześniej nie znali, ponieważ my też jesteśmy przede wszystkim mężczyznami, a tylko mężczyzna wie, jak naprawdę sprawić rozkosz drugiemu mężczyźnie; tylko mężczyzna potrafi pojąć głębię i emocje, umysł i ciało drugiego mężczyzny.

Zniesione będą wszystkie prawa zakazujące homoseksualizmu, a w ich miejsce zaczną obowiązywać ustawy propagujące miłość między mężczyznami. Wszyscy homoseksualiści muszą trwać przy sobie jak bracia: musimy zjednoczyć się artystycznie, społecznie, politycznie i finansowo. Zwyciężymy tylko wówczas, gdy pokażemy bezwzględnemu heteroseksualnemu wrogowi wspólne oblicze.

Jeśli odważycie się nazwać nas ciotą, pedałem, zboczeńcem, wbijemy nóż w wasze tchórzliwe serca i zbezcześcimy wasze martwe, rachityczne ciała.

Będziemy pisać wiersze o miłość między mężczyznami; będziemy wystawiać sztuki, w których mężczyzna otwarcie pieści mężczyznę; nakręcimy filmy o miłości między bohaterskimi mężczyznami, które zastąpią te tanie, płytkie, sentymentalne, mdłe, niedojrzałe heteroseksualne miłostki królujące na ekranach waszych kin. Wyrzeźbimy posągi pięknych młodzieńców, dzielnych atletów, które staną w waszych parkach, na waszych rynkach i placach. Muzea świata wypełnią się obrazami pełnych wdzięku, nagich chłopaków.

Nasi pisarze i artyści uczynią z miłości męsko-męskiej obowiązujący kanon mody; to dla nas nic trudnego, ponieważ znamy się na kreowaniu stylu. Wyeliminujemy heteroseksualne związki przy pomocy błyskotliwego dowcipu i ośmieszenia, bo są to metody, które opanowaliśmy do perfekcji.

Zdemaskujemy możnych homoseksualistów, którzy udają hetero. Ogarnie was szok i przerażenie, kiedy okaże się, że wasi prezydenci i ich synowie, wasi przedsiębiorcy, senatorowie, burmistrzowie, generałowie, sportowcy, gwiazdy filmowe, osobowości telewizyjne, liderzy ruchów obywatelskich i wasi księża nie są tymi znanymi, burżuazyjnymi, heteroseksualnymi postaciami, za które ich uważaliście. Jesteśmy wszędzie, przeniknęliśmy do waszych szeregów. Uważajcie, gdy mówicie o homoseksualistach, ponieważ zawsze jesteśmy między wami; być może siedzimy po drugiej stronie biurka; być możemy śpimy z wami w tym samym łóżku.

Nie będzie kompromisów. Nie jesteśmy słabeuszami z klasy średniej. Nasza inteligencja czyni z nas naturalnych arystokratów rasy ludzkiej, a arystokraci o umysłach twardych jak stal nigdy nie zadowolą się poślednim statusem. Ci, którzy się nam przeciwstawiają, zostaną wygnani. Wzorem Mishimy utworzymy wielkie prywatne armie, aby was pokonać. Podbijemy świat, ponieważ wojownicy natchnieni duchem i połączeni węzłem miłości homoseksualnej są niezwyciężeni jak greccy żołnierze.

Komórka społeczna zwana rodziną – wylęgarnia kłamstwa, zdrady, przeciętności, hipokryzji i przemocy – zostanie obalona. Rodzina, która studzi wyobraźnię i ogranicza wolną wolę, musi zniknąć. Genetyczne laboratoria będą wytwarzać i hodować idealnych chłopców. Będą oni żyć we wspólnocie, wychowywani i kształceni przez homoseksualnych mędrców.

Wszystkie kościoły, które nas potępiają, zostaną zamknięte. Naszymi jedynymi bogami są przystojni młodzieńcy. Praktykujemy kult piękna, moralności i estetyki. Wszelka brzydota, pospolitość i banał zostaną unicestwione. Nie dla nas konwenanse klasy średniej, możemy żyć swobodnie, posłuszni jedynie czystej wyobraźni. Zbyt wiele to dla nas za mało.

W stworzonym przez nas wspaniałym społeczeństwie rządy będzie sprawować elita złożona z gejowskich poetów. Jednym z wymogów uzyskania wpływowej pozycji w tej nowej homoerotycznej społeczności będzie oddawanie się greckiej namiętności. Każdy mężczyzna zarażony heteroseksualną żądzą będzie automatycznie pozbawiony prawa do zajmowania wpływowej pozycji. Wszystkie męskie osobniki, które w swojej głupocie będą uparcie trwać przy swoim heteroseksualizmie, staną przed homoseksualnymi sądami i zostaną skazani na niewidzialność. 

Napiszemy historię od nowa, historię obnażającą wszystkie obrzydliwe heteroseksualne kłamstwa i wypaczenia. Pokażemy homoseksualność wielkich przywódców i myślicieli, którzy wpływali na kształt świata. Dowiedziemy, że homoseksualność, inteligencja i wyobraźnia są ze sobą nierozerwalnie związane i że homoseksualizm jest koniecznym warunkiem prawdziwej szlachetności i prawdziwego piękna w człowieku.

Zwyciężymy, ponieważ powoduje nami wściekłość i rozgoryczenie ludzi uciskanych, których przez wieki zmuszano do odgrywania rzekomo epizodycznych ról w waszych durnych, heteroseksualnych spektaklach. My też potrafimy strzelać i budować barykady ostatecznej rewolucji. 


Drżyjcie, heteroświnie, kiedy staniemy przed wami bez naszych masek. 

[t]

czwartek, 2 stycznia 2014

Aborcja, odmieńczość i porządek społeczny

Poniżej fragment polskiego przekładu pierwszego rozdziału książki amerykańskiego teoretyka Lee Edelmana No Future: Queer Theory and the Death Drive (2004). Przekład zatytułowany "Przyszłość to dziecinne mrzonki" ukazał się w książce Teorie wywrotowe. Antologia przekładów pod redakcją Agnieszki Gajewskiej (Poznań: Wydawnictwo Poznańskie, 2012). 

------
Rozważmy […] lokalny epizod obecnej wojny przeciwko aborcji. Nie tak dawno temu, w pewnym ruchliwym miejscu miasta Cambridge, Massachusetts, przeciwnicy prawa do aborcji wynajęli billboard, na którym umieścili wizerunek zaawansowanego płodu, powiększonego do rozmiarów przerastających dorosłego człowieka, z napisem „To nie jest wybór, to jest dziecko”. Barbara Johnson w swojej błyskotliwej analizie podobnych antyaborcyjnych wystąpień, pokazała, w jaki sposób wykorzystują one i tworzą skutecznie oddziałujące tropy, oparte na personifikacji płodu, które z góry przesądzają odpowiedź na prawnicze pytanie o jego osobowy status, determinując, w jakich kategoriach należy rozpatrywać płód, a więc także związaną z nim kwestię prawną (Johnson 1997: 184-199). Zamiast dekonstruować ten konkretny retoryczny przykład (tj. zamiast odnotować zestawienie właściwego dla płodu zaimka „to”, z wysoce uczłowieczającym epitetem „dziecko”, który domagałby się raczej zaimka rodzaju męskiego albo żeńskiego, w celu pokazania, jak ten fragment dyskursu podtrzymuje nierozstrzygalność, którą chciałby przezwyciężyć, czyli zamiast podać w wątpliwość prawdziwość tego stwierdzenia za pomocą formy wypowiedzi), wolę skupić się przez moment na ideologicznej prawdzie, którą ta wypowiedź, być może niechcący, uwidacznia.

Jakkolwiek dziwnie zabrzmi to w ustach geja, kiedy pierwszy raz ujrzałem wspomniany billboard w Cambridge, uznałem, że jest adresowany do mnie. Przecież ów znak mógłby równie dobrze głosić, z tą samą absolutną i niewidzialną autorytatywnością świadczącą o udanej pracy ideologicznej naturalizacji, biblijny nakaz „Bądźcie płodni i mnóżcie się!” Tak jak zniekształcony anamorfotycznie obraz, który zyskuje rozpoznawalną formę dopiero wówczas, gdy spojrzy się nań pod odpowiednim kątem, tak tamten slogan – poprzez moją subiektywnie „wykrzywioną” z nim relację – nabrał logicznego sensu, który rzucił światło na wspólne podłoże sprzeciwu, wojującej prawicy wobec aborcji i odmieńczych praktyk seksualnych – wspólne podłoże aż za dobrze znane (jako dosłowne potraktowanie figuralnej tożsamości) takim radykalnym grupom, jak Armia Boga (Army of God), która wzięła na siebie odpowiedzialność za terrorystyczne ataki bombowe na klinikę aborcyjną oraz na klub nocny uczęszczany przez lesbijki i gejów w stanie Atlanta w 1997 roku. Billboard z Cambridge zdawał się oznajmiać to, co liberalizm woli ukrywać, a mianowicie, że naczelnym przymusem, szczególnym nakazem, który nie pozostawia nam żadnego sensownego wyboru, jest przymus afirmacji naszej własnej przyszłości w uprzywilejowanej postaci DZIECKA, przymus postrzegania każdej chwili jako brzemiennej DZIECKIEM naszych Wyobrażeniowych identyfikacji, brzemiennej znaczeniem, którego obecność zapełniłaby dziurę w Symbolicznym, dziurę, która wskazuje zarówno miejsce Realnego, jak i wewnętrzny podział albo dystans, który konstytuuje nas jako podmioty i skazuje na podążanie za fantomem znaczenia poprzez metonimiczne osuwanie się znaczącego.

Z tego powodu lewica wzdraga się przed utożsamieniem z aborcją nie mniej niż prawica; zamiast tego staje po stronie „wyboru”, jak szyderczo głosi billboard. No bo któż chciałby opowiedzieć się za aborcją, czyli przeciwko rozmnażaniu, przeciwko przyszłości, a zatem przeciwko życiu? Kto chciałby zniszczyć DZIECKO, a wraz z nim życiodajną fantazję zniesienia sygnifikacyjnej luki (fantazję, która odwraca naszą uwagę od przemocy popędów, pozwalając nam jednocześnie je odgrywać)? I znowu prawica zna odpowiedź, wie, że prawdziwie opozycyjna polityka implikowana przez odmieńcze praktyki seksualne, leży nie w dyskursie liberalnym i cierpliwym negocjowaniu tolerancji i praw, choć niewątpliwie pozostają one ważne dla tych wszystkich z nas, którym się ich odmawia, ale w fakcie, że odmieńcze seksualności mają możliwość stać się figurą radykalnego zerwania kontraktu, w każdym społecznym i Symbolicznym sensie, na którym opiera się przyszłość jako domniemana osłona przeciwko jouissance Realnego. Z tą wiedzą powinniśmy śledzić odczytania odmieńczych seksualności, produkowane przez siły reakcji, a może nawet się od nich uczyć. Jakkolwiek pragnęlibyśmy odwrócić system wartości, leżący u podstaw poniższej wypowiedzi Donalda Wildmona, założyciela i lidera homofobicznej organizacji American Family Association, warto odczytać ją nie tyle jako przykład nadętej tyrady, ile raczej jako przywołanie dezorientacji, jaką odmieńcze seksualności powinny wywoływać: „Aprobata dla albo obojętność wobec ruchu homoseksualnego doprowadzi do zniszczenia społeczeństwa, dając przyzwolenie na redefinicję porządku cywilnego i strącając nas, nasze dzieci i wnuki, w otchłań bezbożności. Zagrożone są same fundamenty zachodniej cywilizacji” (Wildmon 1997). Zanim z naszych ust posypią się pełne moralnego zadęcia komunały rodem z liberalnego pluralizmu, zanim padnie zapewnienie, że nasza miłość jest wprawdzie inna, ale to przecież miłość, zanim wygłosimy nabożnie litanię o naszym wkładzie w cywilizacje Wschodu oraz Zachodu, czy odważamy się zatrzymać na moment i przyznać, że pan Wildmon może, albo jeszcze lepiej – powinien mieć rację: że odmieńczość powinna i musi zredefiniować takie pojęcia jak „porządek cywilny” poprzez odcięcie się od naszej fundamentalnej wiary w reprodukcję przyszłości?

To prawda, że zastępy lesbijskich, gejowskich, transseksualnych i transpłciowych rodziców rosną z dnia na dzień i że nic rdzennie konstytutywnego dla osób identyfikujących się jako lesbijki, geje, osoby transseksualne, transpłciowe czy queer nie predysponuje ich do tego, aby odżegnywać się od przyszłości, opierać się pokusie prokreacji albo stawiać się poza akulturacyjną logiką Symbolicznego, tudzież w opozycji do niej. Co więcej, nie ma na zewnątrz tej logiki żadnego gruntu, na którym moglibyśmy stanąć. Promując alternatywę dla linii partyjnej, popieranej przez każdą partię, stawiając się na zewnątrz logiki reprodukcyjnego futuryzmu i przekonując, że odmieńcy mogliby pogodzić się z faktem, że są figuralnie kojarzeni z jego końcem, ani przez chwilę nie zakładam, że odmieńcy – przez co rozumiem wszystkich napiętnowanych tym określeniem, ponieważ nie przestrzegają heteronormatywnych nakazów – nie inwestują psychicznie w zachowanie dobrze znanej, familijnej narracji reprodukcyjnego futuryzmu. Jednak polityka, opozycyjna czy nie, nigdy nie opiera się na esencjalnych tożsamościach. Zamiast tego skupia się na figuralności, która jest dla tożsamości nieodzowna, a przez to na figuralnych relacjach, w które społeczne tożsamości są zawsze wpisane.

Być figurą demontażu społeczeństwa cywilnego, figurą popędu śmierci obowiązującego porządku, nie oznacza bynajmniej być albo stawać się tym popędem; takie „bycie” nie ma tu nic do rzeczy. Przyjęcie tej figuralnej pozycji charakteryzuje raczej rozpoznanie, w jaki sposób rzeczywistość jest fundowana na zaprzeczeniu popędu śmierci, oraz odrzucenie wynikających z tego faktu konsekwencji. Tak jak popęd śmierci rozpuszcza skrzepłe tożsamości, które pozwalają nam znać się i trwać jako „ja”, tak queer musi dążyć do zakłócania, queerowania, organizacji społecznej jako takiej – czyli do zakłócania i queerowania nas samych i naszych inwestycji w tę organizację. Odmieńczość nie może bowiem nigdy definiować tożsamości, może ją jedynie zakłócać. Kiedy więc dowodzę w moich rozważaniach, że ciężar odmieńczości należy lokować nie tyle w afirmacji opozycyjnej tożsamości politycznej, ile w opozycji do polityki rozumianej jako nadrzędny fantazmat spełnienia się, w nieokreślonej przyszłości, Wyobrażeniowych tożsamości, od których odcięło nas nasze konstytutywne poddanie się znaczącemu, nie proponuję żadnego programu ani żadnej pozycji, z której odmieńcza seksualność czy jakikolwiek queerowy podmiot mogłyby ostatecznie stać się sobą, tak jakby możliwe było tym sposobem osiągnięcie jakiejś esencjalnej odmieńczości. Sugeruję natomiast, że skuteczność queeru, jego strategiczna wartość, tkwi w oporze wobec Symbolicznej rzeczywistości, która inwestuje w nas jako podmioty o tyle tylko, o ile sami się w nią inwestujemy, trzymając się kurczowo jej nadrzędnych fikcji, jej uporczywych sublimacji, niczym samej rzeczywistości. W końcu tylko jej figurom znaczenia, które bierzemy za dosłowną prawdę, zawdzięczamy nasze istnienie jako podmiotom oraz relacje społeczne, w których żyjemy – relacje, za podtrzymanie których możemy nawet być gotowi oddać życie. 
[t]

poniedziałek, 4 lipca 2011

Spełeczni inaczej

Zachęcam do lektury najnowszego numeru czasopisma InterAlia. W nim m.in. po raz pierwszy publikowany po polsku klasyczny manifest QUEERS READ THIS / LESBY I PEDAŁY CZYTAJCIE TO. Jest też zapowiedź numeru jesienniego oraz zaproszenie do nadsyłania zgłoszeń do przyszłorocznego numeru "Radykalizm(y) queer". A poniżej fragmencik artykułu wstępnego.


[...]
W nieunikniony sposób, kwestia uczestnictwa odmieńców w społeczności - takiego, jakie miało lub jakie powinno mieć miejsce - po raz kolejny ukazuje rozziew między asymilacjonistycznymi strategiami aktywizmu LGBTI głównego nurtu a bardziej opozycyjnymi strategiami praktykowanymi przez aktywizm queer. Tak zwany "antyspołeczny zwrot" w teorii queer można interpretować jako próbę zaznaczenia radykalnej różnicy między pozytywizmem mainstreamowej filozofii LGBTI (która usiłuje wkupić się w społeczne aksjologie "lepszego jutra") a postawą queerową, która - np. według Lee Edelmana - powinna zasadzać się na zdecydowanym geście negacji. Żywe dyskusje wokół jednopłciowych małżeństw i/lub związków partnerskich dostarczają konkretnych przykładów dla tych rozważań. Jakkolwiek proste zrównanie strategii queerowych z postawą przeciwną legalizacji małżeństw/związków, natomiast strategii mainstreamowego ruchu LG(BTI?) z postawą "pro-legalizacyjną", byłoby nadmiernym uogólnieniem, to jednak nie ulega wątpliwości, że większość argumentów krytycznych wobec legalizacji homo-związków pochodzi z kręgów definiujących się jako "queerowe". Prawdą jest, że wielu aktywistów i akademików utożsamiających się z ruchem LGBTI/Q - pomimo różnic światopoglądowych - zjednoczyło się wokół kwestii małżeństw/związków, uznając, że jest to istny "zew historii", czas powszechnej mobilizacji na rzecz zmiany społecznej uznanej za istotną i pożądaną. Głosy, które uważają taką strategię za krótkowzroczną i być może szkodliwą dla odmieńców są często zagłuszane w zgiełku politycznego wiecu; więcej: przeciwstawianie się projektowi legalizacji związków nierzadko przedstawiane jest jako nieodpowiedzialna i/lub wynikająca ze złej woli depolityzacja kłiru. Jednak z analitycznego punktu widzenia kluczowe wydaje się zadawanie pytań o przemilczane genealogie konkretnych żądań wysuwanych przez ruchy LGBTI/Q oraz o możliwe, nieprzewidziane konsekwencje, do jakich może doprowadzić ich implementacja. Warto więc pytać, w jaki sposób projekt małżeństw jednopłciowych daje się wykorzystać do wzmożonej bio-regulacji ludności? do ułatwienia rynkowi "targetowania" konsumentów? do utwierdzania społecznych relacji narzuconych przez reżim neoliberalny? do poprawy "jakości życia" nielicznych (albo licznych) wybrańców kosztem (często ukrytej) dewaluacji i cierpienia innych? A może prawne uznanie par jednopłciowych towarzyszące instytucjonalizacji homo-związków zaowocowałoby, zgodnie z logiką "przesączania" (trickle-down effect) uzyskaniem symbolicznych lub społecznych korzyści przez innych odmieńców? Krótko mówiąc, nigdy nie należy tracić z oczu szerszego obrazu.
[...]
(t)

wtorek, 6 października 2009

Galerianki i lesbijski fantazmat

Galerianki to kolejny film, który potwierdza moje przekonanie, że od kilkunastu lat najciekawsze (i w jakimś sensie "najprawdziwsze") filmy robią w Polsce kobiety. Jest to film o ogromnej wrażliwości genderowej, pełen celnych obserwacji społecznych, w dodatku świetnie zrobiony. Mocne wrażenie robią np. zbliżenia reklam (w tym seksistowskiej reklamy z napisem PROMOCJA na sylwetce kobiety stojącej w erotycznej pozie) jako sugestywna metafora utowarowienia (młodych i bardzo młodych) kobiet w świecie rozbuchanego, patriarchalnego kapitalizmu. Ale w tym niewielkim poście chciałbym skomentować pokrótce tylko jeden wątek, który zapewne zwróci uwagę odmieńczego widza.

Chodzi mianowicie o wątek "lesbijskiej (separatystycznej) utopii", idea której zdaje się krążyć nad filmem jak, nie przymierzając, widmo komunizmu nad Europą. Najwymowniejsza jest scena, w której Milena, wracając nocnym autobusem z imprezy, roztacza przed Alicją wizję wspólnego mieszkania i uniezależnienia się od mężczyzn. Jest to moment pełen ciepła i chwilowej radości na samą myśl o możliwości "świata bez mężczyzn". Ale widz wie, że ta wizja jest z góry skazana na niepowodzenie, że pozostanie jedynie chwilowym fantazmatem. Parafrazując Hermana Melville'a, być może dziewczyny mogłyby się nawet pokochać, gdyby nie "los i (społeczny) zakaz".

Czy pomimo smutnego wątku samobójstwa Michała można uznać, że film kończy się optymistycznie? Alicja zrywa ze "złą" Mileną (bo to zła kobieta była?) i zmywa z twarzy makijaż. Symbolicznie jakby na powrót staje się "dobrą dziewczyną", odrzuca destrukcyjny wpływ przyjaciółki, a jej hierarchia wartości powraca do normy. A przecież za to ceniłem przez cały film postać Alicji: za empatię, która pozwoliła jej dostrzec w Milenie, pomimo dzielących je różnic, postać w jakimś sensie "tragiczną" i godną miłości, a nie tylko głupią, żałosną i złą dziewuchę.

Dla mnie "gorzkość" tego zakończenia wynika nie tyle z samobójstwa chłopaka, ile właśnie z faktu odrzucenia i poniżenia Mileny. W agresji Alicji, która oczywiście znajduje w fabule bardziej racjonalne wytłumaczenie, wyczuwam gwałtowność, z jaką heteronormatywny porządek, żeby przetrwać, musi dokonać rytualnego upodlenia "odmieńca", choćby nawet jego obecność była jedynie obecnością "widmową", jakąś odległą i niespełnioną możliwością zaistnienia (we mnie samym albo w kimś innym). Czy upokarzając dotychczasową przyjaciółkę Alicja nie znajduje sobie po prostu dogodnego kozła ofiarnego? Przecież sama nie jest bez winy. W każdym razie ostatecznie pogrąża jakąkolwiek myśl o separatystycznej lesbijskiej utopii.

(Samobójstwo Michała można wręcz odczytywać jako swego rodzaju fabularny szantaż, jakiego heteronorma dokonuje na widzu: widzisz, do jakiej tragedii prowadzi igranie z separatystyczną wizją odrzucenia mężczyzn?)

I w ten sposób, po raz kolejny, kryzys heteroseksualnego romansu zabija odmieńczy fantazmat.
(t)

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Stec bzdur, czyli płeć na chłopski rozum

Właściwie nie miałem zamiaru odnosić się do felietonu Pana Rafała Steca, bo jest pewien poziom dyskursu, na który po prostu szkoda czasu. Jeśli jednak zdecydowałem się na krótki komentarz, to tylko dlatego, że jest ów tekst kolejnym dowodem na zatrważającą miałkość poznawczą młodej polskiej inteligencji. Wspomniany felieton nie jest tekstem jawnie złośliwym, szyderczym, czy umyślnie obraźliwym (dostaje się, jak zwykle, feministkom). Jest po prostu głupi – tym swojskim, siermiężnym, rodzajem głupoty, który atakuje nas codziennie z każdej strony. Nie oczekuję od dziennikarza sportowego wyżyn intelektualnego wyrafinowania, ale oczekuję horyzontów myślowych nieco szerszych niż sklepienie wiejskiej kaplicy. Bo przecież (zgódźmy się z autorem), jest i zawsze było w sporcie miejsce na "ducha postępowości" (wspieranego udatnie m.in. przez feministki), na kontestowanie nieetycznych praktyk społecznych i politycznych. Niestety, jest w nim również miejsce na dyskryminację, bezsensowną normatywność i zaściankową głupotę.

Pan Stec żyje w tym cudownym, niewinnym świecie, który wymyśliła sobie na własny użytek konserwatywna większość polskiej inteligencji, przesiąknięta kościelnym kadzidłem, radykalnie androcentryczna i obrażona na zbyt "postępowy ", sterroryzowany przez wściekłe feministki Zachód. Niech sobie zniewieściali zachodni dekadenci mówią i robią, co chcą: my tu w Polsce dobrze wiemy, jak się sprawy mają. I tak Pan Stec, z miną wioskowego mędrka, zasypuje nas "faktami", które wydają mu się oczywiste. Oczywiste jest dla niego na przykład to, że sport jest własnością mężczyzn:

Na szczęście dla naszych żon, matek, sióstr i kochanek wprowadziliśmy parytety, po dżentelmeńsku zapraszamy je na niemal wszystkie igrzyska i bez wypominania czegokolwiek rozdajemy te same medale za osiągnięcia, które po prawdzie na medale nie zasługują.

W tym miejscu kobiety (które nota bene są istotne wyłącznie w relacji do mężczyzn – jako żony, matki siostry i kochanki) powinny podziękować Panom i Władcom (w tym Panu Stecowi, który dzięki posiadanym genitaliom ma prawo zaliczać się do owych uprzywilejowanych dżentelmenów) za łaskę uczestnictwa w zawodach sportowych. Zaprawdę, jesteśmy wzruszone i wzruszeni tą jakże niezasłużoną szczodrobliwością.

Można domniemywać, że impulsem do napisania omawianego felietonu był etyczny sprzeciw autora wobec upokarzających testów na płeć, którym poddano południowoafrykańską biegaczkę Caster Semenyę. Jest to jedyny impuls, który z autorem podzielam, tak jak podziela go wiele feministek i innych osób o "postępowych" poglądach. Autor szlachetnie piętnuje chamskie dowcipy, które zwróciły jego uwagę w jakimś programie TVN 24 ("brakowało jedynie podanego wprost apelu, by złota medalistka biegu na 800 m wreszcie ściągnęła majtki"). Jednocześnie jednak, o dziwo, zdaje się nie zauważać, że sam w swoim felietonie domaga się w istocie tego samego: ściągnięcia zawodniczce majtek (byle dyskretnie). Bo Stec ma prostą receptę, którą dyktuje mu jego chłopski (bo przecież nie babski) rozum: "masz żeńskie genitalia i czujesz się kobietą, to nią jesteś". Bo przecież baba, jaka jest, każdy (chłop) widzi. Że też nikt na to wcześniej nie wpadł! (Wpadł, wpadł: zanim wprowadzono nowe, bardziej zniuansowane metody weryfikacji płci, zawodniczki musiały paradować nago przed działaczami olimpijskimi.)

Stec sprzeciwia się testom na ustalenie płci nie dlatego, że rozumie całą złożoność zjawiska, które określamy mianem "płeć". Przeraża go fakt, że "wyniki obecnie przeprowadzanych testów sami naukowcy opatrują słowami 'interpretacja' i 'niejednoznaczny'". Bo w świadomości Pana Steca nie ma miejsca na cokolwiek, co nie jest babą (czyli ma pochwę) albo chłopem (czyli ma penisa). Krótka piłka. A jeśli nawet wspomina o "transseksualistach", to jedynie w kontekście anomalii i cierpienia. Zresztą w tym samym akapicie zdaje się sugerować, że za zjawisko transseksualizmu odpowiadają przede wszystkim socjalistyczne reżimy byłego "bloku wschodniego", które faszerowały sportsmenki męskimi hormonami. O osobach interseksualnych autor albo nie słyszał, albo brzydzi się o nich wspomnieć. A przecież mogłoby się okazać (choć niewiele na to wskazuje), że Caster Semenya nie jest ANI kobietą, ANI mężczyzną. Mogłoby się okazać, że jest osobą interseksualną i taką właśnie się czuje. I że jest jej z tym dobrze.

Są takie rzeczy, Panie Rafale, o których się Panu nie śniło. Są takie genitalia, których widok wprawiłby Pana w głęboki kryzys poznawczy. I choć Pański "chłopski rozum" (oraz ogromna część otaczającej nas kultury) podpowiada Panu co innego, płeć (nawet ta biologiczna) nie jest wcale tak oczywista i jednoznaczna, jak się Panu wydaje.

Skandal wokół Caster Semenyi jest doskonałą okazją, żeby przemyśleć i publicznie przedyskutować kwestię płci. Taka gruntowna refleksja mogłaby w konsekwencji doprowadzić do zmiany niektórych praktyk w sporcie, a nawet do zredefiniowania sportu jako takiego. Wskazuje na to dwoje amerykańskich dziennikarzy, Dave Zirin i Sherry Wolf, którzy konkludują swój komentarz do wrzawy wokół Semenyi stwierdzeniem, że nadszedł już czas, aby uwolnić się od przestarzałego i stygmatyzującego przekonania o dwóch jasno określonych, wzajemnie wykluczających się płciach. "Powinniśmy nadal dyskutować nad zaletami i wadami segregacji płciowej w sporcie. Ale w pierwszej kolejności musimy położyć kres testom na płeć i uznać, że płeć biologiczna i kulturowa to zjawiska płynne, w sporcie i poza nim".

Dżentelmena Rafała Steca (i niezliczoną rzeszę innych przedstawicieli młodej i jakże prężnej polskiej inteligencji) na taką refleksję, niestety, nie stać. Dla niego wszystkiemu winne są parytety (sic!). I feministki, oczywiście.
(t)

piątek, 19 czerwca 2009

poranienia i paragrafy

Po publikacji reportażu Jacka Hugo-Badera w GW "Podziemnie życie Ewy H." ukazały się w internecie dwa teksty krytycznie odnoszące się do zastosowanej przez dziennikarza formuły: krótki komentarz na stronie Krytyki Politycznej i nieco dłuższe omówienie na Feminotece. Pod tym ostatnim bohaterka reportażu Ewa Hołuszko zamieściła obszerny komentarz, który obnaża skandaliczne kulisy powstania reportażu oraz manipulacje, jakich dziennikarz dopuścił się na zebranym materiale. Zachęcam do lektury tych tekstów i komentarzy.

Na marginesie tej dyskusji chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na pewien drobiazg: w reportażu pada stwierdzenie (raczej wyrwane z kontekstu), że "transseksualistki to głęboko poranione, pokiereszowane osoby, bo bardzo często przeszły przez ręce gejów, nie będąc homoseksualne". Takie sformułowanie ma oczywisty wydźwięk homofobiczny: wynika z niego, że "poranienie" i "pokiereszowanie" osób transseksualnych jest rezultatem jakichś niecnych działań okrutnych gejów (lesbijki, jak zwykle, pozostają przemilczane). I chociaż tzw. "środowisko gejowskie" potrafi być na swój sposób wykluczające i normatywne, to przecież często osoby transseksualne mogą liczyć choćby na odrobinę wsparcia właśnie wśród odmieńców seksualnych. Nie chcę już dociekać, skąd ta uwaga, w takiej formie, wzięła się w reportażu – ale warto (krytycznie) odnotować jej obecność.

I jeszcze jedna obserwacja, z innej beczki. Jak można się dowiedzieć z reportażu, po ustaleniu przez sąd właściwej płci (a powołuje się w tym celu cały sztab ekspertów), w pierwszym rzędzie zmieniane są dokumenty, a korekcja płci (która formalnie nie powinna być nazywana "zmianą") jest niejako wymuszona przez konieczność dostosowania cielesności do stanu zgodnego z dokumentami. (Cały ten proces jest długi, żmudny i nierzadko upokarzający.) Tylko w nowoczesnym systemie biurokratyczno-prawnym dokumenty mają pierwszeństwo nad cielesnością, a zmiany w anatomii są wtórne względem mocy dokumentu. Można by rzec, że korekcja płci służy zrobieniu "porządku w papierach" – a nie jest uzasadniona np. prawem jednostki do szczęścia i samorealizacji.

Brzmi to trochę tak, jak w powieści Paragraf 22, gdzie fizyczna obecność bohatera nie jest bynajmniej wystarczającym dowodem na to, że żyje, skoro w papierach został uznany za poległego.
(t)

sobota, 16 maja 2009

obłędne nauki pani Jolanty

Artykuł Pani Jolanty Tomczak pt. "Obłędne nauki o gejach", który ukazał się na internetowych stronach Naszego Dziennika to istna kopalnia błędów logicznych, hermetycznego, ideologicznego, katolickiego myślenia, podstępnych, manipulatorskich sztuczek retorycznych.

W tekście jest mnóstwo kwestii, które można by odpowiednio krytycznie skomentować.

Na przykład, część, w której katolicka dziennikarka wyszydza fakt, że osoby homoseksualne mogą mieć własne dzieci i prawo do ich wychowywania. Logika myślenia, katolicka logika, dodajmy, tej Pani idzie według brutalnie konwencjonalnej linii: są homoseksualiści, uprawiają homoseksualny seks, taki seks do niczego prokreacyjnego na pewno nie prowadzi.

Logika ta, prawdę powiedziawszy, pada pod własnym ciężarem. Bo jakoś wychodzi z pozycji esencjonalistycznej, przyjmującej, że istnieje coś tak niezmiennego i stabilnego, jak homoseksualizm. Homoseksualizm niedający się skruszyć, twardy jak skała.

A przecież, według katolickiej filozofii, tutaj chodzi tylko o te tak zwane "nieuporządkowane zachowania" seksualne, o akty seksualne. Nie może być mowy o homoseksualnej tożsamości, może być? Nie może.

Skoro na świecie istnieją tacy psychologowie i lekarze, którzy bez problemu mogą "wyleczyć" z homoseksualizmu, zatem - oczywiste musi być, że - "homoseksualiści" mogą mieć własne dzieci. Spłodzone, na przykład, w związkach heteroseksualnych, w których tkwili przed albo po tym, jak wzięły ich we władanie diabelskie siły homoseksualnych, nieuporządkowanych pragnień, prawda?

Dzieci. Że już nie wspomnę o innych sposobach na dziecko. Geje i lesbijki mogą mieć i mają dzieci. Lesbijki mogą zrobić to metodą in vitro. Albo "umówić się" ze swoim przyjacielem gejem czy hetero, pobrać od niego materiał genetyczny i się zapłodnić. Geje mogą być tatusiami. Mieć dzieci z heteroseksualnych związków. Albo zrobić to ze swoją przyjaciółką, lesbijką, bo chcą mieć dziecko. Tyle sposobów. A Pani dziennikarka jakoś myśli tylko o seksie. Homoseksualnym seksie.

Jest to co namniej podejrzane. Homoseksualny, odmieńczy seks, owszem, jest pociągający. Pani o tym wie?
(r)

środa, 6 maja 2009

koń-ferencja jaka jest, każdy widzi

Wielce zasmuciła mnie wiadomość o odwołaniu konferencji "Homoseksualizm z religijnego i naukowego punktu widzenia", która miała się odbyć na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.


Już sam tytuł konferencji brzmiał niezwykle obiecująco: o ile dobrze rozumiem, szacowni prelegenci mieli za zadanie obnażyć zasadniczy i niemożliwy do przezwyciężenia rozłam między katolickim i naukowym podejściem do homoseksualizmu. Miałem nadzieję, że zdążę dołączyć do tego uczonego grona, do tej – nie bójmy się tego słowa – awangardy polskiej i światowej nauki i dane mi będzie wygłosić referat na jeden z poniższych tematów:

Geneza zachowań heteroseksualnych.
Medyczne konsekwencje katolicyzmu. Czy to da się leczyć?
Josef Fritzl a etyczne aspekty heteroseksualnej rodziny.

W trakcie konferencji zamierzałem również rozdać wśród uczestników i słuchaczy ten oto cudowny medalik:


Pomimo chwilowego zwycięstwa gejowskiego lobby (z oczywistym poparciem międzynarodowej żydokomuny), mam nadzieję, że organizatorzy tej cudownie poczętej, lecz w ostateczności poronionej konferencji, czyli Koło Nieukowe Zmyśli Politycznej i Prawnej UKSW, zaproszą mnie kiedyś na gościnne wykłady. Liczę również na to, że Pani Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego zarządzi kontrolę tej światłej wstecznicy – pardon, wszechnicy – i zweryfikuje tematy prowadzonych tamże prac magisterskich. Jeśli nie znajdzie się wśród nich praca, która odpowie ostatecznie na pytanie: "CZYJĄ krew piją geje?", oraz taka, która zbada krwiopijcze skłonności lesbijek, wówczas uczelnię należy natychmiast zamknąć.

P.S. Wydaje mi się czasem, że pytanie o summę relacji społecznych można sprowadzić do jednego, podstawowego pytania: "Kto pije czyją krew?" Postuluję tym samym powstanie socjologii wampirycznej.
(t)

czwartek, 26 marca 2009

My V kolumna

Bracia homo-faszyści! Towarzysze geje! Międzynarodówko odmieńców!

Stało się. Zostaliśmy zdekonspirowani! (patrz tutaj)

Nie powstrzyma to jednak naszego zwycięskiego marszu!

Odkąd wrogie siły zrzuciły nas wraz ze stonką na polską ziemię, udało nam się zdobyć wszystkie najważniejsze przyczółki władzy. Sądy i prokuratury są nasze – możemy dowolnie zastraszać i nękać naszych przeciwników. Nasze bojówki, Różowe Koszule, patrolują ulice, zmuszając przerażonych heteryków do chowania się po bramach. Pałkami zmuszamy opornych do przyjmowania naszych poglądów.

Ostatnio udało nam się zinfiltrować nawet otoczenie Prezydenta RP, który za naszą sprawą zaprosił znaną gejowską parę na tajne negocjacje, pod przykrywką jakiegoś festiwalu muzycznego. Teraz ostrzymy sobie zęby na NATO: udało nam się zdyskredytować homofoba Sikorskiego na rzecz duńskiego obrońcy praw homoseksualistów, "człowieka w pewnym sensie współczesnego" (co nie uszło uwadze niedoszłego męża stanu, w dalszym ciągu męża Nelly).

Nasze poglądy są forsowane przez wszystkie media, łącznie z liberalnym radiem Maryja, a poglądy przeciwne są natychmiast cenzurowane lub powszechnie piętnowane. Niech żyje dyktatura politycznej poprawności!

Już wkrótce przejmiemy pełnię władzy, obalimy prawa ludzkie i boskie. Tak, nawet sam Pan Bóg, który – jak powszechnie wiadomo – jest białym, zdrowym, heteroseksualnym mężczyzną (z daleka nawet trochę podobnym do Cejrowskiego), wykrzywia twarz na nasz widok. Ale to nie powstrzyma nas w naszym diabelskim dziele zniszczenia Cywilizacji! Wszystko zgodnie z naszym dobrze znanym planem:
Zgwałcimy waszych synów, symbol waszej kruchej męskości, waszych płytkich marzeń i prostackich kłamstw. Uwiedziemy ich w waszych szkołach, w waszych internatach, w waszych siłowniach, w waszych szatniach, w waszych halach sportowych, w waszych seminariach, w waszych organizacjach młodzieżowych, w toaletach waszych kin, w waszych wojskowych barakach, w waszych zajazdach dla kierowców ciężarówek, w waszych klubach dla panów, w sejmach i senatach - wszędzie, gdzie mężczyźni są razem z mężczyznami. Wasi synowie staną się naszymi posłusznymi sługami. Zostaną przerobieni na nasz obraz i nasze podobieństwo. Będą nas łaknąć i wielbić. (ciąg dalszy tutaj)
Nasz agent Adolf był już blisko zrealizowania naszego homo-faszystowskiego planu. Shoah to była tylko przykrywka, w rzeczywistości chodziło o zagładę heteroseksualistów. Tajni agenci Lenin i Stalin też nie wywiązali się z zadania (chociaż nikt nie całował tak jak Breżniew!).

Ale nasz ogólnoświatowy spisek jest już bliski zwycięstwa! Tym razem nie możemy przegrać!

W naszym pierwszym dekrecie wprowadzimy zakaz noszenia muszek, tak aby krew mogła nareszcie swobodnie dotlenić mózgi ostatnich obrońców heteryckiego porządku; może sami zrozumieją swój błąd. Ustanowimy też dożywotnią kwarantannę dla wszelkiej maści podróżników, którym mózgi toczą rzesze egzotycznych pasożytów. Nie ma już dla nich ratunku.

Nadchodzi Era Obrzydliwego Geja. Wkrótce świat będzie nasz!!!

Podpisano: Homintern
(t)

poniedziałek, 16 marca 2009

Ryki homopaniki

Chcę wrócić na chwilę do niedawnej burzy medialnej wokół poniżania nauczyciela w szkole w miejscowości Ryki. Filmiki nagrane aparatem komórkowym obiegły cały kraj: kilku 19-letnich chłopaków przezywa nauczyciela pedałem, jeden z nich "odgrywa pedała" wykonując "pedalski" taniec, inny mówi do nauczyciela, żeby nie patrzył na niego "jak na obiekt pożądania". W studiach telewizyjnych i gazetach zaroiło się od wszelakiej maści "ekspertów", którzy z powagą powtarzali wyświechtane frazesy o upadku autorytetów i zdziczeniu obyczajów. ("O tempora, o mores!" – wołali starożytni Rzymianie.) Ogromna większość komentatorów jak mantrę powtarzała wyraz "dyscyplina", a wielu internautów z rozrzewnieniem wspominało czasy ministranta, pardon, ministra Giertycha i jego zastępcy, wytrawnego konesera win Mirosława O. ("bo za ich czasów to by do tego nie doszło"; "bo oni zrobiliby z tym porządek").

Ale im głośniej krzyczano "dyscyplina", tym wyraźniejszy stawał się brak w debacie innego słowa: homofobia. Po raz kolejny zadziwiła mnie ta umiejętność niedostrzegania i przemilczania rzeczy "oczywiście oczywistych". Znieważanie nauczyciela w Rykach miało bardzo konkretny charakter i nie można tej sytuacji rozważać w oderwaniu od społecznych sposobów konstruowania męskości i seksualności. Ci młodzi chłopcy odgrywali pewien społecznie usankcjonowany rytuał "upodlenia pedała", którego celem jest utwierdzenie istniejących norm męskości i heteroseksualności. Problem tkwi w homofobicznej socjalizacji młodych osób, i ogólniej w głębokiej heteronormatywności polskiego społeczeństwa, a nie w mitycznym "braku dyscypliny".

Czy "za Giertycha na pewno by do tego nie doszło"? Wręcz przeciwnie: takie sytuacje to właśnie efekt histerii, jaka rozpętał Giertych i jego wierni pretorianie. To nie kto inny jak wielki zwolennik abstynencji Mirosław O. straszył społeczeństwo nauczycielami-gejami, którzy podstępnie godzą w podstawy cywilizacji chrześcijańskiej – chyba jeszcze dotkliwiej, niż pijani kierowcy.

Sprawa przycichła, sprawcy wyrazili skruchę i przyjęli karę. I oto znów dokonał się oczyszczający rytuał społeczny: wszyscy poczuli się rozgrzeszeni. Złoczyńcy zrozumieli swoją przewinę, a Dobre Społeczeństwo może w błogim samozadowoleniu powrócić do swoich kolein, aby w dalszym ciągu dyscyplinować i karać. I po krzyku.
(t)