Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odmieńczość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odmieńczość. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 maja 2014

Siusiu w torcik

Wypuszczony niedawno spot KPH promujący ideę związków partnerskich wywołuje mój wisceralny sprzeciw. Nie chodzi nawet o samą ideę – to osobny, duży temat; jestem w stanie wyobrazić sobie taką przebudowę porządku prawnego, żeby jakiś rodzaj związków był w nim sankcjonowany, skoro wiele osób odczuwa taką potrzebę. Chodzi mi raczej o estetyczne, polityczne i etyczne implikacje rzeczonego filmiku.

Kiedy piszę o wisceralnym sprzeciwie, to zaczyna się on od mojej reakcji na samą cukierkową „powierzchnię” spotu, na warstwę wizualno-dźwiękową. Zdaję sobie sprawę, że mainstreamowa estetyka rodem z reklamy miesiąca miodowego w Kazimierzu Dolnym została dobrana celowo, z bardzo określonych powodów (do których zaraz wrócę). Jednak nie mam wątpliwości, że możliwe jest zbudowanie warstwy estetycznej w taki sposób, żeby była prosta i atrakcyjna, a jednocześnie niebanalna. Być może bogaty dorobek estetyki campowej mógłby podsunąć twórcom/twórczyniom jakiś ciekawy pomysł. Ale nie, wybrali estetykę możliwie najbardziej siermiężnej polskiej telenoweli, bo i widownia, do której chcą trafić, to – jak nietrudno się domyślić – widownia o mentalności serialowej (i nie mam, niestety, na myśli tych naprawdę ciekawych – niestety niepolskich – seriali).

Każde dzieło wizualne konstruuje czy też „ustawia” spojrzenie widza/ widzki (?). To nie znaczy, że widzowie są nieuchronnie skazani na spojrzenie, które jest im implikowane. Po pierwsze, nierzadko odbiorczyni/odbiorca jest z tego implikowanego spojrzenia z założenia wyłączona/-y lub włączona/-y na bardzo określonych zasadach, np. na zasadzie wyjątku potwierdzającego regułę; a po drugie, każde dzieło można odczytać na przekór, wbrew tej tendencji, by ustawiać podmioty i relacje w określony porządek symboliczno-społeczny. Jakie więc spojrzenie implikuje spot „Najbliżsi Obcy”? Jest to spojrzenie przycięte na miarę konserwatywnego Polaka i konserwatywnej Polki. Jest to – jak trafnie zauważa w swoim felietonie Paulina Szkudlarek – spojrzenie schlebiające heteropatriarchalnemu mężczyźnie, który infantylizuje kobiety i pozwala sobie od czasu do czasu na małą fantazję erotyczną z lesbijkami w roli głównej (patrz sterczący sutek w trzeciej sekundzie spotu). Jest to spojrzenie dobrych, katolickich kobiet-matek, do których adresowana jest afektywna strona spotu („biedne dziewczęta, przecież one chcą tylko być szczęśliwe, czy to grzech?”). A na ogólniejszym poziomie: jest to spojrzenie wytresowane przez TVN-owski Truman Show.

Żeby się zbytnio nie rozwlekać, napiszę wprost, że strategia spotu to pod każdym względem MAKSIMUM NORMALIZACJI. Temu strategicznemu celowi podporządkowane jest dosłownie wszystko: wspomniana powyżej pastelowo-cukierkowa estetyka; serialowa reprezentacja „codziennego życia”; nachalnie cisgenderowy model „dziewczęcości” (bo chyba trudno mówić tu o „kobiecości”), a także młody wiek bohaterek, ich płeć (para gejów byłaby na pewno trudniejsza do przełknięcia, nie wspominając o osobach trans*), uroda, pełnosprawność, ogólna ekspresja (ubiór, mimika, narracja). Ukoronowaniem tej strategii jest oczywiście fakt, że przez większą część spotu widzowi i widzce sugeruje się, że piękna, młoda narratorka opowiada o relacji z mężczyzną, co podkreśla dodatkowo męska forma wyrażenia „… z kimś obcym”. Na koniec: BUM, mowa o lesbijkach! A wszystko było przecież tak samo, jak w życiu, czyli jak w telenoweli: te uśmiechy, te kłótnie i pogodzenia, te łzy, ten tort… Było po prostu do bólu normalnie. I owszem, ujawniony na końcu jednopłciowy charakter związku narratorki wprowadza element różnicy – ale różnicy wykastrowanej, zredukowanej, wygładzonej i maksymalnie przyciętej do konserwatywno-neoliberalnej hetero-i homonormy.

Strategia normalizacji to obecnie główna strategia mainstreamowych organizacji LGBT, więc trudno się takiej wymowie spotu dziwić. Jego pomysłodawcy i twórczynie będą zapewne argumentować, że spot miał trafić nie tyle do geja i lesbijki (a już zwłaszcza nie do tych bardziej radykalnie myślących), ile do „przeciętnego Polaka” i takowej Polki, a zatem trzeba do nich mówić językiem, jaki zrozumieją. Bo to od ich poparcia będzie zależeć w przyszłości kwestia wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich. Dobrze, święte prawo organizacji definiować sobie cele i strategie działania. Ale jednocześnie mam nadzieję, że pomysłodawczynie i twórcy spotu nie będą zdziwieni, że część osób jakoś tam kojarzonych z literkami „LGBT”, a zwłaszcza Q, będzie się czuła z takiej reprezentacji głęboko wyOBCOwana. Bo w ogóle głównym problemem współczesnych porządków kulturowo-politycznych jest fiksacja na punkcie reprezentacji. Spot KPH konstruuje pewien zbiorowy podmiot, który po prostu nie istnieje – nie tylko ze względu na ogromną różnorodność osób określanych (czy określających się) ogólną nazwą LGBT/Q, ale przede wszystkim ze względu na promowanie obrazu odmieńczości, który jest nade wszystko PROJEKCJĄ heteropatriarchalnego umysłu, na dodatek podaną w ciężkostrawnym, wielkomiejsko-hipsterskim sosie.

W mojej krytyce nie chodzi bynajmniej o szukanie takich reprezentacji, które byłyby „prawdziwe”, a nie zniekształcone przez krzywe lustro heteropatriarchalnego spojrzenia (nawet w jego bardziej liberalno-postępowej odmianie). To byłaby błędna logika, prowadząca do kolejnych paradoksów i wykluczeń. Chodzi o to, jaką wizję społeczną, polityczną i etyczną proponuje dany tekst kulturowy. W założeniu twórców omawianego spotu chodzi niewątpliwie o promowanie społeczeństwa otwartego i tolerancyjnego. Jakie więc zdziwienie musiał wywołać w think-tanku KPH taki oto komentarz (podpisany Anhonime2) umieszczony pod spotem w serwisie YouTube:
Ta kampania jest obrzydliwa. Nie dziwię się, że Polska jest takim zaściankowym krajem. Jest tu wyraźna implikacja, że osoby obce są gorsze względem tych, z którymi tworzymy prawnie wspólnotę (np. obywatelstwo jakiegoś kraju) = jawna KSENOFOBIA.Powinniśmy przestać portretować obcych jako jakichś gorszych, jeśli chcemy żyć w nowoczesnym społeczeństwie. Mi nie przeszkadza, że mój przyjaciel jest np. z Niemiec i nie ma obywatelstwa polskiego - wciąż jest moim przyjacielem i nie są mi potrzebne żadne regulacje prawne. Idea tej kampanii jest kompletnie odwrotna.O skrajnie cispłciowym modelu przedstawionej relacji nawet nie piszę, bo wyjdzie mi cała rozprawka. 
Użytkownik “Biuro KPH” odpowiedział ze smutną mineczką, że autor komentarza kompletnie nie zrozumiał przesłania kampanii. A ja niestety obawiam się, że zrozumiał je lepiej niż sami liderzy kampanii, którzy przy wszystkich swoich dobrych intencjach (których im w najmniejszym stopniu nie odmawiam) nie potrafią wyjść poza mentalny horyzont, który zakreśliła w ich głowach polska – niech już będzie to słowo – zaściankowość. Jest dokładnie tak, jak pisze Anhonime2: spot promuje etykę SWOJSKOŚCI i tym samym (jakkolwiek nieświadomie) uderza w inny rodzaj etyki, który z braku lepszego określenia nazwałbym „ksenofilią” albo etyką zorientowaną na obcość. Chodzi o kierunek ciążenia: czy stawiamy na oswojenie/ „uswojskowienie”/ normalizację/ naturalizację odmieńczości – czyli to, co robią wszystkie konserwatywne filozofie z prawa i lewa (tak tak, na lewicy też nie brakuje takich postaw), czy raczej na alternatywną postawę, w której to właśnie obcość – także obcość w nas samych – jest pierwotna i jako taka stanowi punkt wyjścia do myślenia o relacjach społecznych. Kampania KPH mówi: geje i lesbijki są NASI. To swojaki. W przeciwieństwie, oczywiście, do wszystkich nie-swojaków. Ot, choćby promiskuitywnych gejów albo poliamorycznych lesbijek. A nawet  wojujących feministek, które nic tylko się czepiają ładnej dziewczyny ze spotu. O nie, ci nie są fajni. Te nie są fajne. Tych torcikiem nie poczęstujemy. 

PS Przepraszam za mały plagiacik w tytule postu, ale lepszy trudno było mi sobie wyobrazić...

[t]

środa, 2 kwietnia 2014

Drżyjcie, heteroświnie!

[Przekład "manifestu" Michaela Swifta z 1987 r. Odczytywany dosłownie, tekst tej "gejowskiej fantazji" szybko stał się dla konserwatystów i fundamentalistów religijnych "niepodważalnym dowodem" na nikczemność odmieńców seksualnych, których prawdziwym -- choć zakamuflowanym -- celem jest zniszczenie rodziny, społeczeństwa, cywilizacji, ludzkości, naturalnego porządku rzeczy i w ogóle wszystkiego. Tekst ukazał się kilka lat temu na jednym z portali LGBT, jednak w tej chwili jest słabo dostępny ze względu na daleko posuniętą komercjalizację owego portalu i wprowadzenie opłat za dostęp do publikowanych tekstów.] 

*
Zgwałcimy waszych synów, symbol waszej kruchej męskości, waszych płytkich marzeń i prostackich kłamstw. Uwiedziemy ich w waszych szkołach, w waszych internatach, w waszych siłowniach, w waszych szatniach, w waszych halach sportowych, w waszych seminariach, w waszych organizacjach młodzieżowych, w toaletach waszych kin, w waszych wojskowych barakach, w waszych zajazdach dla kierowców ciężarówek, w waszych klubach dla panów, w sejmach i senatach – wszędzie, gdzie mężczyźni są razem z mężczyznami. Wasi synowie staną się naszymi posłusznymi sługami. Zostaną przerobieni na nasz obraz i nasze podobieństwo. Będą nas łaknąć i wielbić.

Wy, kobiety, domagacie się wolności. Mówicie, że mężczyźni już was nie zadawalają, że was unieszczęśliwiają. My, koneserzy męskich rysów i męskiej sylwetki, odbierzemy wam zatem waszych mężczyzn. Będziemy ich zabawiać, uczyć, przytulać, gdy płaczą. Kobiety, mówicie, że wolicie żyć w swoim własnym gronie niż z mężczyznami. Więc żyjcie w swoim gronie. Damy waszym mężczyznom rozkosz, jakiej wcześniej nie znali, ponieważ my też jesteśmy przede wszystkim mężczyznami, a tylko mężczyzna wie, jak naprawdę sprawić rozkosz drugiemu mężczyźnie; tylko mężczyzna potrafi pojąć głębię i emocje, umysł i ciało drugiego mężczyzny.

Zniesione będą wszystkie prawa zakazujące homoseksualizmu, a w ich miejsce zaczną obowiązywać ustawy propagujące miłość między mężczyznami. Wszyscy homoseksualiści muszą trwać przy sobie jak bracia: musimy zjednoczyć się artystycznie, społecznie, politycznie i finansowo. Zwyciężymy tylko wówczas, gdy pokażemy bezwzględnemu heteroseksualnemu wrogowi wspólne oblicze.

Jeśli odważycie się nazwać nas ciotą, pedałem, zboczeńcem, wbijemy nóż w wasze tchórzliwe serca i zbezcześcimy wasze martwe, rachityczne ciała.

Będziemy pisać wiersze o miłość między mężczyznami; będziemy wystawiać sztuki, w których mężczyzna otwarcie pieści mężczyznę; nakręcimy filmy o miłości między bohaterskimi mężczyznami, które zastąpią te tanie, płytkie, sentymentalne, mdłe, niedojrzałe heteroseksualne miłostki królujące na ekranach waszych kin. Wyrzeźbimy posągi pięknych młodzieńców, dzielnych atletów, które staną w waszych parkach, na waszych rynkach i placach. Muzea świata wypełnią się obrazami pełnych wdzięku, nagich chłopaków.

Nasi pisarze i artyści uczynią z miłości męsko-męskiej obowiązujący kanon mody; to dla nas nic trudnego, ponieważ znamy się na kreowaniu stylu. Wyeliminujemy heteroseksualne związki przy pomocy błyskotliwego dowcipu i ośmieszenia, bo są to metody, które opanowaliśmy do perfekcji.

Zdemaskujemy możnych homoseksualistów, którzy udają hetero. Ogarnie was szok i przerażenie, kiedy okaże się, że wasi prezydenci i ich synowie, wasi przedsiębiorcy, senatorowie, burmistrzowie, generałowie, sportowcy, gwiazdy filmowe, osobowości telewizyjne, liderzy ruchów obywatelskich i wasi księża nie są tymi znanymi, burżuazyjnymi, heteroseksualnymi postaciami, za które ich uważaliście. Jesteśmy wszędzie, przeniknęliśmy do waszych szeregów. Uważajcie, gdy mówicie o homoseksualistach, ponieważ zawsze jesteśmy między wami; być może siedzimy po drugiej stronie biurka; być możemy śpimy z wami w tym samym łóżku.

Nie będzie kompromisów. Nie jesteśmy słabeuszami z klasy średniej. Nasza inteligencja czyni z nas naturalnych arystokratów rasy ludzkiej, a arystokraci o umysłach twardych jak stal nigdy nie zadowolą się poślednim statusem. Ci, którzy się nam przeciwstawiają, zostaną wygnani. Wzorem Mishimy utworzymy wielkie prywatne armie, aby was pokonać. Podbijemy świat, ponieważ wojownicy natchnieni duchem i połączeni węzłem miłości homoseksualnej są niezwyciężeni jak greccy żołnierze.

Komórka społeczna zwana rodziną – wylęgarnia kłamstwa, zdrady, przeciętności, hipokryzji i przemocy – zostanie obalona. Rodzina, która studzi wyobraźnię i ogranicza wolną wolę, musi zniknąć. Genetyczne laboratoria będą wytwarzać i hodować idealnych chłopców. Będą oni żyć we wspólnocie, wychowywani i kształceni przez homoseksualnych mędrców.

Wszystkie kościoły, które nas potępiają, zostaną zamknięte. Naszymi jedynymi bogami są przystojni młodzieńcy. Praktykujemy kult piękna, moralności i estetyki. Wszelka brzydota, pospolitość i banał zostaną unicestwione. Nie dla nas konwenanse klasy średniej, możemy żyć swobodnie, posłuszni jedynie czystej wyobraźni. Zbyt wiele to dla nas za mało.

W stworzonym przez nas wspaniałym społeczeństwie rządy będzie sprawować elita złożona z gejowskich poetów. Jednym z wymogów uzyskania wpływowej pozycji w tej nowej homoerotycznej społeczności będzie oddawanie się greckiej namiętności. Każdy mężczyzna zarażony heteroseksualną żądzą będzie automatycznie pozbawiony prawa do zajmowania wpływowej pozycji. Wszystkie męskie osobniki, które w swojej głupocie będą uparcie trwać przy swoim heteroseksualizmie, staną przed homoseksualnymi sądami i zostaną skazani na niewidzialność. 

Napiszemy historię od nowa, historię obnażającą wszystkie obrzydliwe heteroseksualne kłamstwa i wypaczenia. Pokażemy homoseksualność wielkich przywódców i myślicieli, którzy wpływali na kształt świata. Dowiedziemy, że homoseksualność, inteligencja i wyobraźnia są ze sobą nierozerwalnie związane i że homoseksualizm jest koniecznym warunkiem prawdziwej szlachetności i prawdziwego piękna w człowieku.

Zwyciężymy, ponieważ powoduje nami wściekłość i rozgoryczenie ludzi uciskanych, których przez wieki zmuszano do odgrywania rzekomo epizodycznych ról w waszych durnych, heteroseksualnych spektaklach. My też potrafimy strzelać i budować barykady ostatecznej rewolucji. 


Drżyjcie, heteroświnie, kiedy staniemy przed wami bez naszych masek. 

[t]

niedziela, 19 stycznia 2014

nie/swój

Fragmenty referatu pt. „nie/swój” wygłoszonego podczas konferencji Przeciw-ciała. (Bio)polityka odporności 26 września 2012 r. w Cieszynie. Mottem wystąpienia był wierszyk Mirona Białoszewskiego. Być może na podstawie tych notatek powstanie kiedyś większy i spójniejszy test. Warto też dodać, że wystąpienie stało się inspiracją dla młodego artysty Przemysława Branasa, który w swoim projekcie (nie)swój wykorzystał, za zgodą autora, niektóre jego wątki. 

nieswój
ale się oswoję
nie pierwszy raz
tylko że różne te razy
[Miron Białoszewski, z tomu Mylne wzruszenia]



•  Komunikując się, jak każda z nas jestem nieuchronnie skazany na to, żeby posługiwać się słowami, które przecież nie są, nigdy nie były i nigdy nie będą MOJE; których używano już nieskończenie wiele razy. Chyba że uciekłbym w ciąg neologizmów, w jakiś заумный язык, przy którym przebiegle postawiłbym znaczek ©. Innymi słowy, możliwość komunikacji okupiona jest niemożnością posiadania języka na własność. Chcąc nie chcąc, żeby komunikować, muszę godzić się na ten pierwotny językowy komunizm, na nieskończoną przechodniość słów, podobną do nieskończonej przechodniości materii.

•  Tak więc jestem skazany na to, żeby mówić cudzym słowem, w cudzy(m)słowie, bo język jest zawsze pożyczony, co oczywiście nie znaczy, że nie mam w nim nic do powiedzenia. Ale ta „cudzość” nie oznacza, że można wskazać tego, do którego język należy. Słowa nie należą ani do mnie, ani do niej, ani tym bardziej do samych siebie; ba, nie należą nawet do „języka”, bo i język sam siebie nie posiada. Jeśli już można powiedzieć, że język do „kogoś” należy, to co najwyżej do „Wielkiego Innego”, by sięgnąć na moment do terminologii lacanowskiej; albo do „Wiekiej Innej”, żeby tę terminologię nieco zdżenderować. A Wielki Inny to w gruncie rzeczy Wielki Nikt; a już na pewno nikt, kogo można by nazwać „swoim”. 

•  „Bycie swoim” – jak sugeruje  króciutki wierszyk Białoszewskiego przytoczony na początku – jest zawsze efektem oswajania. A zatem nic nie jest po prostu „dane” jako swoje i swojskie; jest tylko ruch oswajania, względnie – „odswajania”, defamiliaryzacji (na którą również nie brakuje przykładów w twórczości poety). Nic nie jest swoje, zanim nie zostanie oswojone albo przyswojone; nic nie jest własne, zanim nie zostanie przywłaszczone. Nie zapominajmy jednak, że przyswojone zawsze przecież pozostaje trochę obce, a przywłaszczone – zawsze trochę cudze; a skoro tak, to jeśli w ogóle w jakikolwiek sposób jestem „swój”, to tylko dzięki temu, że już zawsze i nieodwołalnie jestem również cudzy.

[...] 

•  W psychoanalizie „nieoswajalne” przybiera postać Realnego i /lub popędu śmierci, a być może także nieredukowalności Wunsch (pragnienia). Domyślam się, że między innymi ze względu na tę radykalną nieoswajalność jeden z czołowych teoretyków queer, Lee Edelman, postanowił powiązać popęd śmierci z odmieńczością, pisząc w swojej książce NoFuture o „uporczywym trwaniu w rozumie czegoś niezbywalnego, z czym rozum się nie zgadza”.

•  
„Ponieważ, w rozumieniu Deleuzo-Guattariańskim, popęd śmierci jest pożądaniem zwracającym się przeciwko sobie samemu (a więc w pewnym sensie stanem autoimmunizacyjnym), chorobę autoimmunizacyjną (w sensie medycznym) można rozumieć jako ilustrację molekularnej „wojny z samym sobą”, walki na poziomie komórkowym między instynktem samozachowawczym – czyli ruchem autolegitymizacji i autoafirmacji tego, co „swoje” – a ruchem pożądania, czyli pragnieniem stawania się „nieswoim”. Tu różnię się od Edelmana: dla mnie popędem śmierci jest pragnienie tożsamości, autolegitymizacja, podczas gdy odmieńczość wiąże się z nieustannym ruchem pożądania”. (Sikora, „To Come: Queer Desire and Social Flesh”.)

•  Dodajmy na marginesie, że przykładem tak rozumianego stanu autoimmunizacji w odniesieniu do organizmów politycznych jest obrona „demokratycznych zasad” tak zawzięta, że prowadzi do ograniczania swobód obywatelskich i de facto znosi – na zasadzie stanu wyjątkowego – te same demokratyczne zasady, których (rzekomo) broni.

•  Komunikacja jest przekazywalnością, dzieleniem się, wymianą. Jest czymś, co wyklucza własność i zakłada współudział, pierwotność tego, co wspólne i nieogrodzone. Nie przypadkiem też choroby zakaźne określa się po angielsku mianem „communicable” (co można by lepiej oddać jako choroby „przekaźne”). Znany jest też żargon genetyki, który opiera się przecież na takich pojęciach, jak kodowanie informacji czy translacja.

•  Życie jest zatem kwestią nieustannego, właściwego czytania, które zapewnia nam trwanie – i przetrwanie – w postaci określonej struktury. Ta niekończąca się orgia czytania, przepisywania, translacji w świecie organicznym jest koniecznością właśnie ze względu na fakt, że w gruncie rzeczy nic nie jest swoje – może być co najwyżej przyswojone (a żeby być dobrze przyswojone, musi być właściwie odczytane). Już choćby przyswajanie pokarmu jest dobrą ilustracją tej nieuchronnej zależności tego, co swoje, od tego, co nieswoje.  Tutaj również niezbędne jest inteligentne odczytanie dostarczanej organizmowi materii, niezbędny jest system filtrów, zanim to, co właściwe, zostanie przyswojone, a więc stanie się własne, a to, co niewłaściwe – zneutralizowane lub zniszczone i wydalone. 

•  Całe to bio-czytelnictwo obejmuje wszystkie te zjawiska, do których jako czytelnicy jesteśmy przyzwyczajeni: błędne odczytania, błędy w translacji, próby zmylenia czytelnika, pastisz, mimikrę itd. Literaturoznawstwo ma ogromną przyszłość w biologii.

•  Jak wiedzą wszyscy, którzy czytają, nie ma czytania bez wirusa. Jest w czytaniu coś nieoswajalnego, uparty hieroglif nieczytelności, materialna litera, od której zaczyna się i ku której zwraca się ruch pożądania.  Tak jak „swoje” jest jedynie efektem przyswajania nieswojego, tak komunikacja zasadza się na przekazywaniu tego, co niekomunikowalne, co się komunikacji uparcie opiera.  Być może dlatego Wittgenstein stwierdził, że „uprawiając filozofię czasem chce się wydać jakiś nieartykułowany dźwięk”, a Giorgio Agamben porównuje każde wielkie dzieło filozoficzne do „knebla”, który obnaża nieuleczalną „wadę wymowy”.

•  Powtórzmy więc, że komunikacja jest zawsze zawirusowana (por. Derrida). Wirus jest paradoksalnie tym, co w ogóle umożliwia komunikacją i jednocześnie nieustannie ją zakłóca, co wprowadza „szum informacyjny”. Np. w toku ewolucji wirus był nośnikiem zmiany dzięki umiejętności przenoszenia materiału DNA z jednego organizmu do innego. Wirus reprezentuje zatem taki rodzaj komunikacji, który zakłóca dotychczasowe procesy translacji i replikacji.

•  „Language is a virus” (William Burroughs, cytowany przez Laurie Anderson). 



[t]


czwartek, 2 stycznia 2014

Aborcja, odmieńczość i porządek społeczny

Poniżej fragment polskiego przekładu pierwszego rozdziału książki amerykańskiego teoretyka Lee Edelmana No Future: Queer Theory and the Death Drive (2004). Przekład zatytułowany "Przyszłość to dziecinne mrzonki" ukazał się w książce Teorie wywrotowe. Antologia przekładów pod redakcją Agnieszki Gajewskiej (Poznań: Wydawnictwo Poznańskie, 2012). 

------
Rozważmy […] lokalny epizod obecnej wojny przeciwko aborcji. Nie tak dawno temu, w pewnym ruchliwym miejscu miasta Cambridge, Massachusetts, przeciwnicy prawa do aborcji wynajęli billboard, na którym umieścili wizerunek zaawansowanego płodu, powiększonego do rozmiarów przerastających dorosłego człowieka, z napisem „To nie jest wybór, to jest dziecko”. Barbara Johnson w swojej błyskotliwej analizie podobnych antyaborcyjnych wystąpień, pokazała, w jaki sposób wykorzystują one i tworzą skutecznie oddziałujące tropy, oparte na personifikacji płodu, które z góry przesądzają odpowiedź na prawnicze pytanie o jego osobowy status, determinując, w jakich kategoriach należy rozpatrywać płód, a więc także związaną z nim kwestię prawną (Johnson 1997: 184-199). Zamiast dekonstruować ten konkretny retoryczny przykład (tj. zamiast odnotować zestawienie właściwego dla płodu zaimka „to”, z wysoce uczłowieczającym epitetem „dziecko”, który domagałby się raczej zaimka rodzaju męskiego albo żeńskiego, w celu pokazania, jak ten fragment dyskursu podtrzymuje nierozstrzygalność, którą chciałby przezwyciężyć, czyli zamiast podać w wątpliwość prawdziwość tego stwierdzenia za pomocą formy wypowiedzi), wolę skupić się przez moment na ideologicznej prawdzie, którą ta wypowiedź, być może niechcący, uwidacznia.

Jakkolwiek dziwnie zabrzmi to w ustach geja, kiedy pierwszy raz ujrzałem wspomniany billboard w Cambridge, uznałem, że jest adresowany do mnie. Przecież ów znak mógłby równie dobrze głosić, z tą samą absolutną i niewidzialną autorytatywnością świadczącą o udanej pracy ideologicznej naturalizacji, biblijny nakaz „Bądźcie płodni i mnóżcie się!” Tak jak zniekształcony anamorfotycznie obraz, który zyskuje rozpoznawalną formę dopiero wówczas, gdy spojrzy się nań pod odpowiednim kątem, tak tamten slogan – poprzez moją subiektywnie „wykrzywioną” z nim relację – nabrał logicznego sensu, który rzucił światło na wspólne podłoże sprzeciwu, wojującej prawicy wobec aborcji i odmieńczych praktyk seksualnych – wspólne podłoże aż za dobrze znane (jako dosłowne potraktowanie figuralnej tożsamości) takim radykalnym grupom, jak Armia Boga (Army of God), która wzięła na siebie odpowiedzialność za terrorystyczne ataki bombowe na klinikę aborcyjną oraz na klub nocny uczęszczany przez lesbijki i gejów w stanie Atlanta w 1997 roku. Billboard z Cambridge zdawał się oznajmiać to, co liberalizm woli ukrywać, a mianowicie, że naczelnym przymusem, szczególnym nakazem, który nie pozostawia nam żadnego sensownego wyboru, jest przymus afirmacji naszej własnej przyszłości w uprzywilejowanej postaci DZIECKA, przymus postrzegania każdej chwili jako brzemiennej DZIECKIEM naszych Wyobrażeniowych identyfikacji, brzemiennej znaczeniem, którego obecność zapełniłaby dziurę w Symbolicznym, dziurę, która wskazuje zarówno miejsce Realnego, jak i wewnętrzny podział albo dystans, który konstytuuje nas jako podmioty i skazuje na podążanie za fantomem znaczenia poprzez metonimiczne osuwanie się znaczącego.

Z tego powodu lewica wzdraga się przed utożsamieniem z aborcją nie mniej niż prawica; zamiast tego staje po stronie „wyboru”, jak szyderczo głosi billboard. No bo któż chciałby opowiedzieć się za aborcją, czyli przeciwko rozmnażaniu, przeciwko przyszłości, a zatem przeciwko życiu? Kto chciałby zniszczyć DZIECKO, a wraz z nim życiodajną fantazję zniesienia sygnifikacyjnej luki (fantazję, która odwraca naszą uwagę od przemocy popędów, pozwalając nam jednocześnie je odgrywać)? I znowu prawica zna odpowiedź, wie, że prawdziwie opozycyjna polityka implikowana przez odmieńcze praktyki seksualne, leży nie w dyskursie liberalnym i cierpliwym negocjowaniu tolerancji i praw, choć niewątpliwie pozostają one ważne dla tych wszystkich z nas, którym się ich odmawia, ale w fakcie, że odmieńcze seksualności mają możliwość stać się figurą radykalnego zerwania kontraktu, w każdym społecznym i Symbolicznym sensie, na którym opiera się przyszłość jako domniemana osłona przeciwko jouissance Realnego. Z tą wiedzą powinniśmy śledzić odczytania odmieńczych seksualności, produkowane przez siły reakcji, a może nawet się od nich uczyć. Jakkolwiek pragnęlibyśmy odwrócić system wartości, leżący u podstaw poniższej wypowiedzi Donalda Wildmona, założyciela i lidera homofobicznej organizacji American Family Association, warto odczytać ją nie tyle jako przykład nadętej tyrady, ile raczej jako przywołanie dezorientacji, jaką odmieńcze seksualności powinny wywoływać: „Aprobata dla albo obojętność wobec ruchu homoseksualnego doprowadzi do zniszczenia społeczeństwa, dając przyzwolenie na redefinicję porządku cywilnego i strącając nas, nasze dzieci i wnuki, w otchłań bezbożności. Zagrożone są same fundamenty zachodniej cywilizacji” (Wildmon 1997). Zanim z naszych ust posypią się pełne moralnego zadęcia komunały rodem z liberalnego pluralizmu, zanim padnie zapewnienie, że nasza miłość jest wprawdzie inna, ale to przecież miłość, zanim wygłosimy nabożnie litanię o naszym wkładzie w cywilizacje Wschodu oraz Zachodu, czy odważamy się zatrzymać na moment i przyznać, że pan Wildmon może, albo jeszcze lepiej – powinien mieć rację: że odmieńczość powinna i musi zredefiniować takie pojęcia jak „porządek cywilny” poprzez odcięcie się od naszej fundamentalnej wiary w reprodukcję przyszłości?

To prawda, że zastępy lesbijskich, gejowskich, transseksualnych i transpłciowych rodziców rosną z dnia na dzień i że nic rdzennie konstytutywnego dla osób identyfikujących się jako lesbijki, geje, osoby transseksualne, transpłciowe czy queer nie predysponuje ich do tego, aby odżegnywać się od przyszłości, opierać się pokusie prokreacji albo stawiać się poza akulturacyjną logiką Symbolicznego, tudzież w opozycji do niej. Co więcej, nie ma na zewnątrz tej logiki żadnego gruntu, na którym moglibyśmy stanąć. Promując alternatywę dla linii partyjnej, popieranej przez każdą partię, stawiając się na zewnątrz logiki reprodukcyjnego futuryzmu i przekonując, że odmieńcy mogliby pogodzić się z faktem, że są figuralnie kojarzeni z jego końcem, ani przez chwilę nie zakładam, że odmieńcy – przez co rozumiem wszystkich napiętnowanych tym określeniem, ponieważ nie przestrzegają heteronormatywnych nakazów – nie inwestują psychicznie w zachowanie dobrze znanej, familijnej narracji reprodukcyjnego futuryzmu. Jednak polityka, opozycyjna czy nie, nigdy nie opiera się na esencjalnych tożsamościach. Zamiast tego skupia się na figuralności, która jest dla tożsamości nieodzowna, a przez to na figuralnych relacjach, w które społeczne tożsamości są zawsze wpisane.

Być figurą demontażu społeczeństwa cywilnego, figurą popędu śmierci obowiązującego porządku, nie oznacza bynajmniej być albo stawać się tym popędem; takie „bycie” nie ma tu nic do rzeczy. Przyjęcie tej figuralnej pozycji charakteryzuje raczej rozpoznanie, w jaki sposób rzeczywistość jest fundowana na zaprzeczeniu popędu śmierci, oraz odrzucenie wynikających z tego faktu konsekwencji. Tak jak popęd śmierci rozpuszcza skrzepłe tożsamości, które pozwalają nam znać się i trwać jako „ja”, tak queer musi dążyć do zakłócania, queerowania, organizacji społecznej jako takiej – czyli do zakłócania i queerowania nas samych i naszych inwestycji w tę organizację. Odmieńczość nie może bowiem nigdy definiować tożsamości, może ją jedynie zakłócać. Kiedy więc dowodzę w moich rozważaniach, że ciężar odmieńczości należy lokować nie tyle w afirmacji opozycyjnej tożsamości politycznej, ile w opozycji do polityki rozumianej jako nadrzędny fantazmat spełnienia się, w nieokreślonej przyszłości, Wyobrażeniowych tożsamości, od których odcięło nas nasze konstytutywne poddanie się znaczącemu, nie proponuję żadnego programu ani żadnej pozycji, z której odmieńcza seksualność czy jakikolwiek queerowy podmiot mogłyby ostatecznie stać się sobą, tak jakby możliwe było tym sposobem osiągnięcie jakiejś esencjalnej odmieńczości. Sugeruję natomiast, że skuteczność queeru, jego strategiczna wartość, tkwi w oporze wobec Symbolicznej rzeczywistości, która inwestuje w nas jako podmioty o tyle tylko, o ile sami się w nią inwestujemy, trzymając się kurczowo jej nadrzędnych fikcji, jej uporczywych sublimacji, niczym samej rzeczywistości. W końcu tylko jej figurom znaczenia, które bierzemy za dosłowną prawdę, zawdzięczamy nasze istnienie jako podmiotom oraz relacje społeczne, w których żyjemy – relacje, za podtrzymanie których możemy nawet być gotowi oddać życie. 
[t]

wtorek, 28 maja 2013

analchizm

na fali Pomady...

 
 coś dla ucha:

 
  
[t]

poniedziałek, 20 maja 2013

bradley w bunkrze

W nawiązaniu do ubiegłorocznego wpisu "Bohaterowie i zdrajcy" dotyczącego Bradleya Manninga, warto odnotować pracę zainspirowaną częściowo tamtym wpisem (oraz, przede wszystkim, samym Bradleyem), która znalazła się na wystawie "Złość. Własnym głosem o sobie" w krakowskim Bunkrze Sztuki. Wystawa - czynna do 26 maja br. - odbywa się w ramach Queerowego Maja. Więcej na temat pracy można znaleźć tutaj oraz w katalogu przygotowanym przez kuratorki wystawy, Julie Land i Justynę Struzik.


Nota bene w amerykańskich środowiskach lgbtq toczy się obecnie burzliwa dyskusja wokół wyboru Bradleya Manninga na jednego z patronów (marshal) San Francisco Pride, a następnie POZBAWIENIA go tej honorowej funkcji w dziwnych, politycznie uwarunkowanych okolicznościach. Bradley okazał się zbyt radykalny, zbyt kontrowersyjny. Podobnych kontrowersji nie budzą za to korporacyjni sponsorzy Dumy.
[t]

wtorek, 30 kwietnia 2013

płeć i postpłciowość w czasach realnego neoliberalizmu

[Przedstawiam konkluzję artykułu pt. „Uwikłan[ ] w postpłciowość”, który ukazał się w książce Postpłciowość? Praktyki i narracjetożsamościowe w ponowoczesnym świecie pod redakcją A. E. Banot, A. Barabasz i R. Majki. Kłirowe formy fleksyjne zostały dodane przez redaktorki_ów tomu za zgodą autora.]  

Płeć i postpłciowość są nieodłączne, ale współistnieją zawsze w twórczym napięciu. Powoływanie się na kategorię płci nie zawsze bywa jednoznaczne: z jednej strony umożliwia redefiniowanie różnicy płciowej (zwłaszcza dzięki rozpoznaniu osób transpłciowych i interseksualnych, a także odmieńców seksualnych), z drugiej jednak strony nieustannie odradza się w nim tendencja do stabilizowania i naturalizowania różnicy. Występowanie pod szyldem postpłciowości, z kolei, pozwala dystansować się od katalogowania różnicy w imię liberalnego projektu „wielokulturowości”, a impulsowi do utwierdzania hegemonicznych kategorii przeciwstawia impuls niekończącego się różnicowania. Jest więc postpłciowość również atakiem na totalizujący i uniwersalizujący reżim płciowości (w tym sensie np. oddzielenie „lesbijki” od „kobiety” dokonane przez Monique Wittig jest podważeniem hegemonii odziedziczonego porządku płciowego, jest gestem stricte postpłciowym). Ten reżim ma swój ciężar, swoją historię, w którą uwikłani są zarówno sprawcy, jak i ofiary opresji; niesie dziedzictwo cierpienia i prześladowania, ale także oporu, walki i emancypacji. W najgorszym razie potrafi skutecznie narzucić swoje kategorie jako niepodważalny fakt albo fatum – tak jakby to, co już raz powiedziane (łac. fatum), nie mogło już być powiedziane inaczej. Przeciwko takiemu posługiwaniu się kategorią płci występuje, w moim rozumieniu, postpłciowość. Nie zrzuca lekkomyślnie ciężaru, bo wie, że obecny system „upłciowienia” jest niesprawiedliwy, krzywdzący, opresyjny i jako taki ma swoje bardzo odczuwalne, materialne, cielesne efekty. Jednocześnie potrafi zdobyć się na lekkość, jaką daje projekt niekończącego się różnicowania. Tak rozumiana płeć umyka zaborczej mocy fatum, waży się przeciwstawić losowi, tak jak tancerka czy tancerz przeciwstawia się grawitacji, choć przecież z niej korzysta. Tym samym zyskujemy wizję niezliczonych płci, nieprzyporządkowanych na stałe jednostce lub zbiorowi jednostek, ale raczej zależnych od wielu zmiennych parametrów (np. od niehegemonicznie pojmowanej rasy). Idąc jeszcze dalej, można zaproponować nową wizję płciowości, w której pojedynczy podmiot nie jest ograniczony do pojedynczej płci, bowiem płeć wyłania się zawsze w (hybrydycznej) relacji do innych podmiotów, ciał, atrybutów – uznanych za realnie istniejące lub fantazmatycznych, historycznie ukształtowanych lub takich, które dopiero mają nadejść. „Każdej_emu jej_ego własne płcie!” – jak głosi jedno z haseł postulowanej przez Deleuze’a i Félixa Guattariego rewolucji pożądania.

Jeśli, tak jak proponuję, za strategiczny cel postpłciowości uznamy porzucenie ciężaru (bagażu skamieniałej Płci, pomnikowej Historii, uzurpacji Losu), to powinnyśmy_iśmy zastanowić się, co faktycznie można uznać za odciążenie, a co nie – bez nadziei na ostateczną odpowiedź. Akt odciążenia jest zadziwiająco łatwy i niezmiernie trudny. Można go dokonać w każdym momencie, ale przecież ciągnie się latami. Nietrudno dać się zwieść fałszywemu poczuciu lekkości, a tymczasem swoboda, z jaką akrobatka czy akrobata wykonuje skomplikowane ewolucje, jest efektem wielu lat pracy. Należy uważnie odróżnić „radosną kontestację”, możliwą głównie w „uprzywilejowanych” kręgach – np. w kręgach akademickich – od mozolnego praktykowania lekkości. Nie wystarczy po prostu powiedzieć „nie” sile grawitacji, aby zacząć lewitować. Taniec jest możliwy tylko w polu grawitacji, w materii i poprzez materię.

Wspomniałem już wyżej o niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą nominalne wymazywanie z oficjalnego katalogu naszych pojęć kategorii rasy (oraz, per analogiam, płci), bez oglądania się na faktyczne struktury opresji i niesprawiedliwości społecznej oparte (często w niejawny sposób) na tych kategoriach. Goldberg zestawia ten rodzaj rzekomego „odciążania” z procesem postępującej neoliberalizacji gospodarki i, w konsekwencji, całej przestrzeni społecznej. W tym nowym paradygmacie ekonomiczno-społecznym rasa – tak jak wiele innych kategorii i elementów życia społecznego – jest relegowana do sfery prywatnej, czyli poza zakres interwencji państwa. Państwo decyduje się więc na formalną „ślepotę” wobec rasy, płci i innych parametrów różnicy, a tym samym pozostaje ślepe na realne, materialne skutki tych kategoryzacji. Sprywatyzowana płeć lub rasa przestają być dla państwa problemem: oto możemy sobie kontestować (lub nie kontestować) do woli – prywatnie. Warto w tym miejscu odnotować różnicę między klasycznie liberalną filozofią państwa, która gotowa jest uznać i usankcjonować pewne mniejszościowe tożsamości i objąć je ochroną prawną lub nawet aktywnym wsparciem, tak jak w przypadku kanadyjskiej polityki wielokulturowości (przy czym można się spierać, czy taka filozofia wielokulturowości jest po prostu uzupełnieniem politycznego liberalizmu, czy jego logiczną konsekwencją). Szkicowany przeze mnie projekt polityki postpłciowej nie zgadza się ani na neoliberalną ślepotę wobec różnicy, ani na skatalogowanie parametrów różnicy w systemie prawnym. Wydaje się więc, że projekt ten musi albo przyjąć anarchistyczną postawę negowania państwa, albo musi szukać takich rozwiązań, w których państwo będzie wrażliwe na niekończące się różnicowanie, a jednocześnie nie będzie dążyło do stabilizowania zmiennych parametrów różnicy.

Globalny neoliberalizm zasadza się między innymi na silnym dążeniu kapitalizmu do upłynniania, uwalniania, umożliwiania swobodnego przepływu wszelkich form kapitału. „Robotnik” jako taki przestaje istnieć, jest tylko płynna, mobilna siła robocza jako element „kapitału ludzkiego”. W sferze kulturowej procesowi temu odpowiada późnokapitalistyczna tendencja do swoistej desubstancjalizacji, dematerializacji, zastępowania „namacalności” wszechogarniającą symulacją. Kultura symulacji obiecuje fałszywą lekkość, czyli odciążenie, które wynika raczej z (i w równym stopniu prowadzi do) beztroskiego eskapizmu. Ucieczka wydaje się możliwa dzięki ogólnemu przyspieszeniu, które jest efektem bezprecedensowego postępu technicznego. Wraz z rozwojem technologii cybernetycznych osiągnęłyśmy_liśmy (lub tak nam się przynajmniej wydaje) „prędkość ucieczki”, by użyć celnej metafory Marka Dery’ego, czyli prędkość, która pozwala jednemu ciału uwolnić się z pola grawitacyjnego innego ciała. Coraz bardziej irytuje nas powolność, mozolność, nieprzezroczystość materii, usiłujemy więc uwolnić się od cielesności, od grawitacji, od społecznych ekologii. Nie twierdzę przy tym, że technologia jest wrogiem twórczego produkowania różnicy, w tym także różnicy płciowej. (Wystarczy wspomnieć Donnę Haraway i jej mit cyborga, który rozsadza zastany reżim płciowy dzięki konstruowaniu organiczno-cybernetycznych hybryd, a wraz z nimi nowych, nieopisanych dotąd kategorii płciowych.) Ostrzegam jedynie przed zbyt pochopnym, zbyt naiwnym zachłyśnięciem się lekkością, jaką zdają się obiecywać rozmaite nowe technologie.

Uważam, że jeśli postpłciowość ma być pojęciem w jakikolwiek sposób użytecznym, musi przede wszystkim m o b i l i z o w a ć, czyli wprawiać w ruch – zarówno w sferze pojęć, jak i w praktyce społecznej. Rozbijając hegemoniczne konstrukcje płci, postpłciowość uwalnia energię, bez której zmiana społeczna jest trudna do pomyślenia. Dla wielu nowoczesnych podmiotów ciężar odziedziczonych płci jest przytłaczający, wiktymizujący, demobilizujący, podczas gdy postpłciowość proponuje wizję twórczego odciążenia, wprawienia w ruch. Różni się przy tym zasadniczo od liberalnego modelu emancypacyjnego, który dąży raczej do stasis, do ostatecznego (żeby nie powiedzieć eschatologicznego) równouprawnienia, a więc obiecuje wszystkim jasno zdefiniowanym „jednostkom” i „mniejszościom” sprawiedliwość społeczną „na końcu drogi”. Model postpłciowy zakłada niekończącą się pracę (na rzecz) różnicy, która nie odwraca się od kwestii sprawiedliwości społecznej i walki z różnymi formami opresji, ale skupia się raczej na tym, co na potrzeby niniejszych rozważań nazwałbym uważnym praktykowaniem lekkości albo wyważaniem. Przez wiele lat projekt liberalny mógł pochwalić się znaczną skutecznością w osiąganiu zamierzonych celów, potrafił zyskiwać zbiorowe poparcie wokół czytelnych projektów i stabilnych kategorii społeczno-tożsamościowych. Teraz jego skuteczność wydaje się zagrożona postępującą neoliberalizacją przestrzeni politycznej, ekonomicznej, społecznej i prawnej, której efektem jest między innymi wymazywanie z oficjalnych słowników i katalogów dotychczasowych parametrów różnicy oraz ich radykalna prywatyzacja. Oparta na zasadzie różnicowania postpłciowość ma niewątpliwie trudne zadanie, jeśli pragnie stać się bodźcem do rozmaitych kolektywnych działań, bowiem z jednej strony musi politycznie odzyskiwać doświadczenia i postulaty, które w neoliberalnym reżimie zostały głęboko pogrzebane w sferze prywatnej, z drugiej zaś strony musi poszukiwać sposobów, aby zmobilizować podmioty społeczne nie, tak jak dotychczas, wokół znaturalizowanych, hegemonicznych pojęć, ale wokół samej zasady różnicowania, która jest w ogromnej mierze ignorowana przez obowiązujące obecnie reżimy polityczno-społeczne. 
[t]

niedziela, 27 stycznia 2013

Radykalizmy queer

Gdyby ktoś przypadkiem przeoczył ten wiekopomny fakt, przypominamy, że w grudniu ukazał się nowy numer czasopisma InterAlia. Żeby zachęcić, albo i zniechęcić, do lektury, poniżej kopiuję fragmencik ze wstępu (autorstwa T. Basiuka, T. Sikory i R. Majki).

***

Radykalizm jest w stanie kryzysu. Różne sposoby myślenia i działania, które tradycyjnie definiowały się jako „radykalne” tracą dziś grunt pod nogami postawione wobec faktu, że kryteria radykalizmu są w coraz większym stopniu wątpliwie i niestabilne. Czyż kapitalizm (wraz ze swoją liberalną podbudową) nie okazuje się na każdym kroku bardziej radykalny w swojej nieustannej „ucieczce do przodu” niż jego najradykalniejsi krytycy czy najradykalniejsze krytyczki? Czyż przypisywanie sobie radykalizmu nie staje się często pretekstem do elitystycznego wywyższania się i zbijania symbolicznego kapitału, co jednocześnie degraduje i „upomiotawia” tych wszystkich i te wszystkie, które „nie nadążają”? Kto może sobie pozwolić (materialnie, symbolicznie, a nawet psychologicznie) na subwersję, transgresję i radykalną opozycję jako długofalowe strategie życiowe lub polityczne? Kto w ogóle ma możliwość artykułowania swojej „radykalnej pozycji”? Krótko mówiąc: czy występowanie z „radykalnych pozycji” jest jeszcze w ogóle radykalne?

[...]

Niżej podpisani muszą się do czegoś przyznać. Nigdy dotąd wspólna praca nad artykułem wstępnym do numeru nie była dla nas tak uciążliwa i naznaczona tyloma (można by rzec: radykalnymi) różnicami zdań, co zdaje się potwierdzać aktualność pytań, które stawialiśmy rok temu przy planowaniu niniejszego numeru. Czasem nasze negocjacje kończyły się w prosty sposób: wystarczyła zmiana jakiejś formy językowej, powiedzmy z „jest” na „może być postrzegana jako”, aby stonować wydźwięk danej tezy, jeśli nie zgadzali się z nią inni współautorzy. Z pozostałymi kwestiami nie było już tak łatwo. Uważna_y czytelniczka_nik w dalszym ciągu odnajdzie w powyższym tekście pewne niespójności i dwuznaczności. Nasze zakulisowe dyskusje sprowadzały się w istocie do kilku fundamentalnych pytań: Co, jeśli w ogóle coś, można (nadal) uznawać za „kłirowe” (i gdzie)? Co, jeśli w ogóle coś, można uznać za „radykalne” (i gdzie)? Czy wreszcie słynne Leninowskie pytanie: Jak należy działać, tu i teraz? W imię czego, w oparciu o jaką polityczną kalkulację? O ile niektórzy współautorzy opowiadali się za sojuszem kłiru z ruchami antykapitalistycznymi i antykolonialnymi, inni wyrażali obawy, czy takie sojusze nie doprowadzą w końcu do zaniku specyfiki kłirowych pozycji w ramach projektów tak szerokich, że niezdolnych zapewnić kłirowi zachowanie tejże specyfiki. Z drugiej zaś strony, twierdzenie, że cele kłiru powinny pozostać „realistyczne” i „praktyczne”, a więc ruch kłirowy powinien skupiać się raczej na takich kwestiach, jak związki czy małżeństwa partnerskie, spotykały się z zarzutem, że taka postawa redukuje kłirowy „projekt” (jeśli takowy kiedykolwiek istniał) z powrotem do starej, dobrej polityki tożsamościowej w wydaniu LGBT. Ostatecznie współautorzy nie potrafili wypracować wspólnych wniosków ani też wskazać wspólnych kierunków działania.

[t]

środa, 22 sierpnia 2012

Bohaterowie i zdrajcy



Na majowym marszu równości w Krakowie pojawił się transparent "Panie Obama, dziękujemy". Była to przede wszystkim reakcja na wypowiedź Baracka Obamy, który mniej więcej tydzień wcześniej poparł małżeństwa homoseksualne w USA. W marszu miał nawet wziąć udział amerykański konsul, ale ostatecznie do tego nie doszło.

Gdybym był nieco bardziej przewidujący i nieco mniej leniwy, przygotowałbym zapewne taki transparent:


Jeśli ktoś nie wie, kim jest chłopak w mundurze na zdjęciu, to spieszę wyjaśnić, że jest to 25-letni Bradley Manning, amerykański żołnierz i analityk wywiadu oskarżony przez sąd wojskowy o długą listę przestępstw, w tym przede wszystkim, o "pomoc wrogowi", czyli zdradę stanu zagrożoną karą śmierci. Wszystko dlatego, że (prawdopodobnie) wykradł i przekazał serwisowi WikiLeaks tysiące tajnych informacji związanych z wojną w Iraku i w Afganistanie, w tym to bardzo znane nagranie pokazujące ostrzał cywilów z helikoptera:



Prezydent Obama, ignorując zasadę domniemania niewinności, oświadczył, że Manning złamał prawo i powinien ponieść konsekwencje. (W związku z tą samą sprawą Julian Assange, któremu grozi deportacja do USA – gdzie bywa nazywany przez niektórych wpływowych polityków "terrorystą" – poprosił o azyl w Ekwadorze.) Obecnie trwa proces Manninga, a jedną z linii obrony jest powoływanie się na szkodliwe konsekwencje psychiczne, jakie miała obowiązująca w armii amerykańskiej zasada "don't ask, don't tell" (zniesiona siedem miesięcy po aresztowaniu Manninga). 

Bradley Manning jest odmieńcem. Powiedzieć, że jest "gejem" byłoby nieuprawnionym uproszczeniem: w pewnym okresie Manning wykazywał (i deklarował) raczej tendencje transpłciowe, podejmując działania z tym związane (np. terapia hormonalna). Mimo to, jak twierdzą jego prawnicy, woli, aby (obecnie) używano w odniesieniu do niego męskich form językowych. A zatem Manning to postać niejednoznaczna, której na pewno nie da się wtłoczyć w proste kategorie płciowe i seksualne: ani do końca gej, ani transgender. Nie-wiadomo-co.

Nie mniej dwuznaczny jest, rzecz jasna, jego czyn (zakładając, że go popełnił, choć bardzo wiele na to wskazuje, łącznie z wypowiedziami samego Manninga). Dla jednych pozostaje narodowym zdrajcą, dla innych ("lewaków", pacyfistów, anarchistów) – bohaterem walczącym z okrucieństwem i hipokryzją armii i rządu USA. Nie będę się tu rozpisywał o częstym kojarzeniu osób nienormatywnych ze szpiegostwem, zdradą i zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego, ale i o tym warto pamiętać przy okazji tej sprawy; w łagodniejszej wersji skojarzenie to przypisuje odmieńcom niekoniecznie złą wolę, ale przynajmniej charakterologiczną słabość i niezrównoważenie psychiczne – cechy przez wielu komentatorów przypisywane także Manningowi.

Wokół Manninga narosło mnóstwo różnych narracji, co świadczy, powtórzę, o jego głębokiej niejednoznaczności i niemożności "odczytania" go poprzez stosowane powszechnie kategorie psycho-seksualne i społeczno-polityczne (zwłaszcza liberalne). Nie istnieje jedna odpowiedź na pytanie, co skłoniło go do skopiowania i ujawnienia tajnych danych wojskowych: czy były to raczej pobudki polityczno-idealistyczne (wskazuje na to jego wcześniejsza aktywistyczna działalność i niektóre jego wypowiedzi), czy raczej osobiste (zaburzenia osobowościowe, prywatna zemsta itp.) Moja własna narracja – gdybym chciał ją stworzyć – zaczynałaby się zapewne od "dziwnego" incydentu odnotowanego w dokumentach wojskowych: Bradleya znaleziono raz w pozycji embrionalnej obok krzesła, na którym wyrył nożem słowa "I want". Pragnę – bez dopełnienia. Czy chodziło o pragnienie seksualne? O pragnienie innego życia? Pragnienie lepszego świata? I czy koniecznie należy te pragnienia rozdzielać?

Bradley Manning nie stał się bohaterem środowisk LGBT. Strona Queer Friends of Bradley Manning na Facebooku ma oszałamiającą liczbę 63 fanów, grupa Queers In Solidarity for Bradley Manning  – 46 osób. O ile mi wiadomo, żaden z polskich portali LGBTI(Q) nie śledzi sprawy Manninga (na jednym z portali znalazłem utrzymaną w lekkim tonie wzmiankę sprzed dwóch lat). Bo to przecież nie "nasz" bohater. I w ogóle "nie nasza sprawa"; nasza sprawa to przyznanie prawa do związków jednopłciowych przez to samo państwo, które ochoczo przyłącza się do amerykańskich interwencji zbrojnych. Ale najpierw, rzecz jasna, musimy udowodnić, że jesteśmy porządnymi, lojalnymi i godnymi zaufania obywatelami. Nie jak ten zdrajca Manning.
(t) 

niedziela, 22 stycznia 2012

"Jak stolik z Ikei"

Pisząc na swoim blogu o Dziewczynie z tatuażem Bartek Żurawiecki dochodzi do wniosku, że "kultura popularna, sztuka masowa zawsze są i będę [...] konserwatywne i normatywne". To spore uproszczenie: przekonanie, że kultura popularna jest z założenia postępowa i/lub subwersywna jest równie naiwne jak przekonanie, że jest ona z założenia konserwatywna i normatywna. Subwersywność kultury popularnej zawsze tkwiła bardziej w (często nieprzewidywalnych) sposobach jej odbioru niż w radykalizmie twórców (chociaż ta druga opcja nie jest, oczywiście, wykluczona). Twórcy i producenci filmów z Judy Garland, na przykład, nie adresowali ich bynajmniej do subkultury gejowskiej (choć bez wątpienia znalazłby się wśród nich niejeden odmieniec), a jednak aktorka ta, obok kilku innych, stała się jedną z ikon tejże subkultury w Ameryce. W swojej ostatniej książce Judith Halberstam odkrywa iście wywrotowe treści w niektórych pixarowskich animacjach czy amerykańskich komediach zbudowanych wokół "głupkowatości" swoich męskich bohaterów.

Mimo to trudno nie zgodzić się z Bartkiem, że Dziewczyna z tatuażem przedstawia historię "poskromienia złośnicy", albo raczej poskromienia odmieńca. Jest jeszcze gorzej: to nawet nie świat zewnętrzny poskramia odmieńca, ale odmieniec poskramia sam siebie, zgodnie z "naturalnym" procesem dojrzewania. Podążając za sugestywnością filmu (tym większą, że reżysersko jest on zrobiony niezwykle sprawnie, wręcz uwodzicielsko), przeciętny widz nie pomyśli zapewne o licznych subtelnych sposobach, w jakie normy kulturowo-społeczne są narzucane, internalizowane i z czasem odbierane jako przejaw "samej natury", nie zaś jako "wgrawerowana" w naszą podmiotowość i cielesność autodyscyplina. Dojrzewanie jest głęboko normatywną ideą; obiegowa wiedza podpowiada, że każdy ma prawo do młodzieńczego buntu i do różnych eksperymentów ("młodość musi się wyszumieć"), ale przychodzi moment pogodzenia się ze światem i potrzeba stabilności emocjonalno-materialnej. W przypadku Lisbeth przygodny seks lesbijski ustępuje miejsca poważnemu uczuciu do Blomkvista, a jej ojcobójcze (a więc antyedypalne) zapędy z wczesnej młodości znajdują odkupienie w jej stosunku do ciężko chorego ex-kuratora. Zbuntowana dziewczyna wraca do normy, tzn. do "znalezienia sobie miejsca na świecie" w relacji do mężczyzn w ogóle, a do ojca i partnera/męża w szczególności.

Jednak film nie jest wyłącznie o męskich psychopatach, jak pisze Żurawiecki. Jak na mainstreamowy obraz z dużej amerykańskiej wytwórni zawiera niemałą dozę krytyki systemowego wykorzystywania kobiet i systemowej dominacji mężczyzn. To prawda, że w ostatecznym rozrachunku nie wydaje się proponować gruntowanej przebudowy tego systemu, a raczej zatrzymuje się na poziomie indywidualnej moralności konkretnych "przedstawicieli płci męskiej"; są po prostu źli mężczyźni i dobrzy mężczyźni, niezależnie od pełnionych funkcji w strukturach władzy. Źli to ci, którzy nie potrafią okiełznać swoich (czasem morderczych) chuci, a dobrzy to ci, którzy chronią kobiety od swoich (męskich) popędów seksualnych oraz od ich (kobiet) popędów autodestrucji. (Dodajmy, że zgodnie z najbardziej oklepanym schematem męskość jest tu w gruncie rzeczy sadystyczna, a kobiecość – masochistyczna.) Jest dobry kurator i zły kurator, dobry Vanger i zły Vanger, uczciwy obywatel Blomkvist i jego nieuczciwy oponent Wennerström. Dobro, rzecz jasna, zwycięża – ale miejmy się na baczności! - licho nie śpi.

Jeśli film nie proponuje zasadniczej zmiany systemu opresji kobiet (nie mówiąc już o opresji odmieńców – odmieńczość jest tu tylko przejściową fazą rozwojową, a więc właściwie nie istnieje), to chyba dlatego, że w ujęciu Finchera system ten jest w gruncie rzeczy zakorzeniony w naturze. Odwołanie się do tego, co niezmienne i fundamentalne - do "(ludzkiej) natury" - przynajmniej do pewnego stopnia rozgrzesza systemowy wyzysk kobiet; krytyka systemu może sięgać głęboko, ale musi w końcu dotknąć twardego dna natury i dalej ani rusz. Film bezkrytycznie utwierdza obiegowe opinie na temat "natury kobiecej": można powiedzieć, że na słynne Freudowskie pytanie "Czego pragnie kobieta?" odpowiada (wtórując całej mainstreamowej kulturze): pragnie ojca, męża, rodziny, opieki, stabilności, miłości. Ale i "męska natura" ma tutaj jasną definicję: mężczyźni są "napędzani" przez libido, z którym lepiej lub gorzej sobie radzą (albo: które przybiera raz bardziej, a raz mniej antyspołeczną postać). Wbrew pozorom różnica między Martinem Vangerem a Blomkvistem jest bardziej powierzchowna, niż mogłoby się wydawać – dzielą ich prywatne standardy moralne i zdolność samokontroli, ale niekoniecznie głębsza motywacja życiowa (jeśli popatrzeć na ich działalność zawodową, obaj wykonują pracę o wysokim prestiżu i dużej użyteczności społecznej). Sprowadzając rzecz do najprostszej formuły, film potwierdza truizm, że kobiety chcą miłości, a mężczyźni chcą seksu (przy czym męskie, heteroseksualne doznania seksualne często okupione są cierpieniem, a nawet życiem, kobiet).

Paradoksalnie najbardziej subwersywna i bezkompromisowa w całym filmie wydaje się postać starego faszysty (zupełnie, wydawałoby się, marginalna). Nie ukrywa on swojej faszystowskiej przeszłości pod cienkim lakierem hipokryzji i politycznej poprawności – "jak stolik z Ikei". Subwersywną lekturę filmu warto być może rozpocząć właśnie od tego miejsca: od stwierdzenia, że za ładną buzią liberalnego humanizmu, wraz z jego instytucjami "użyteczności publicznej", kryje się obrzydliwy systemowy faszyzm, który "podskórnie" organizuje przestrzeń społeczną, w tym także normy płciowe. Co się stanie, jeśli postawimy radykalną tezę, że obecne rozumienie "natury męskiej" i "natury kobiecej" jest z gruntu faszystowskie? W ten sposób udałoby nam się wydobyć z filmu radykalny potencjał skierowany niejako przeciwko niemu samemu, a przynajmniej przeciwko jego sentymentalnemu, normatywnemu przekazowi, który starałem się nakreślić powyżej.
(t)