Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapitalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapitalizm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 września 2013

Nędza (naszej) wyobraźni politycznej


Na „Elizjum” poszedłem z mieszanymi uczuciami, choć jeszcze dwa, trzy lata temu przesiedziałbym na nim z wypiekami, chłonąc każdy zwrot akcji na korzyść „proletariatu”. Z pewnością ma się ogromną przyjemność, choć jakże perwersyjną, kiedy wbitym czy wbitą w fotel, ogląda się albo czyta heroiczne narracje odgrywające rewolucyjną walkę 99% ludzkości przeciw temu 1%. Jeśli zatem ta klasycznie rozumiana wielka Rewolucja na razie nie stoi w progu, to można przynajmniej przeżyć jej popkulturową wersję, naładować się energią, zewrzeć szyki. I cieszyć się, że w przestrzeni publicznej pojawiają się coraz częściej takie teksty kultury, jak „Wyścig z czasem” czy „Elizjum”, czy też różne apokaliptyczne i postapokaliptyczne powieści, pokazujące prawdopodobne przyszłościowe scenariusze (końca) Kapitalizmu – ponieważ mają one potencjał uruchamiania refleksji, a za nią świadomości antykapitalistycznej; a tym samym mają szansę zwiększyć niechęć społeczną do globalnego imperium kapitalistycznego.

Ale czy na pewno?

Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że nie ma nic złego w konstruowaniu, jak również szukaniu pocieszenia i rozładowania w takich heroicznych narracjach – w końcu jest to kolektywne, cywilizacyjne imaginarium; to jednak dla radykalnej lewicowej wyobraźni politycznej są to narracje niebezpieczne, nie antysystemowe, ale – paradoksalnie – prosystemowe. Myślenie wyjścia z kapitalizmu lub przejścia do innego świata uwikłane jest bowiem w nieubłaganie nieuchronną teleologię katastrofizmu i apokalipsy: z horyzontem ekstremalnej katastrofy ekologicznej, morderczych wojen i wszechobecnej śmierci. Świadczy to o ubóstwie wyobraźni politycznej kultury zachodniej, której – jak dawno temu napisał Fredric Jameson, łatwiej przychodzi wyobrażenie sobie doszczętnego zniszczenia ziemi i przyrody, aniżeli końca kapitalizmu.

Perwersyjnym paradoksem jest zatem to, że choć rewolucyjny podmiot chce zwalczyć Kapitalizm, to – jeśli się krytycznie przyjrzymy – jego [sic!] polityczna i afektywna kompozycja, jego [sic!] rewolucyjna podmiotowość, on [sic!] jako byt (i to byt rosnący w siłę) – uzależnione są od rozwijania się tej katastroficznej, apokaliptycznej narracji kapitalistycznej.

Co więcej, takie heroiczne narracje rewolucyjne uwikłane są bardzo w tradycyjne i modernistyczne projekty polityczne: Hobbesowska wojna wszystkich ze wszystkimi jako figura stosunków społecznych czy też ich braku w (post)apokaliptycznym świecie; leninowska koncepcja straży przedniej (wódz, bohater, przewodnik); polityczna teologia zbawienia (poświęcenie dla ludzkości, figura zbawiciela, mesjasza); maskulinistyczne afekty (męstwo, honor, mocarność, władza – i wiążące się z tym odczuwanie przyjemności z takiego upozycjonowania przeciwko wrogowi, którego trzeba zniszczyć, obalić); manicheizm (dobro kontra zło, jeden Totalny system kontra inny Totalny system).

Jakub Majmurek w tekście „Ekran wciąż za mały” pisał, że:

Podobno po filmie 2012 Roland Emmerich planował serial telewizyjny 2013, przedstawiający dzieje ludzkości, która przetrwała armaggedon i po zmierzchu cywilizacji musi od nowa budować społeczeństwo. Sztab scenarzystów próbował opracować wizję „roku zerowego” ludzkości, tworzącego się od nowa porządku społecznego. Ale w końcu chyba nic nie wymyślili - producenci anulowali projekt, uzasadniając to tym, że projekt jest „zbyt wielki na mały ekran”. Problem współczesnej kultury, co potwierdza Blompkamp, polega na tym, że ekran jest w niej cały czas za mały. Nie mamy dość wielkiego ekranu, by rzutować na niego nie tylko nasze lęki co do dziś, ale także marzenia o jakimś jutrze. Jakkolwiek istotnie różniącym się od dnia dzisiejszego.

Jameson przytoczone przeze mnie wcześniej rozważania zakończył refleksją: „Może to wina słabości naszej wyobraźni” – i właśnie myślę, że tutaj tkwi problem. Podtrzymując bowiem w wyobraźni politycznej takie heroiczne narracje rewolucyjne, myśliciele i myślicielki są na dobrej drodze do doprowadzenia do końca katastroficznej logiki Kapitalizmu. Kapitalizmu pisanego przez duże „k”. Tego Kapitalizmu, o którym się myśli poprzez totalizujące, esencjalizujące, organicystyczne i umetafizyczniające metafory. Kapitalizmu, który wydaje się być tak wszechobecny i do tego stopnia penetrujący wszystkie aspekty życia społecznego, że nie jesteśmy w stanie go powstrzymać. Że nie ma ratunku oprócz właśnie tych apokaliptycznych, maskulinistycznych, heroicznych narracji rewolucyjnych.

I dlatego ta spektakularna antykapitalistyczna wyobraźnia polityczna, spętana melancholijnie przeszłością, reprodukująca „hegemonię hegemonicznej formacji”, a przez to uwięziona w katastrofizmie i koszmarnych scenariuszach, nie jest w stanie pomyśleć dla ludzkości „roku zerowego” ani innych stosunków społecznych niż te, które okupują dominującą wyobraźnię systemową.

Post Scriptum: Co najgorsze, symptomami – manifestującymi się coraz częściej w publicystyce czy nawet tekstach teoretycznych – takiej kapitulującej wyobraźni politycznej radykalnej lewicy jest zachłanne czerpanie z filozofii Carla Schmitta, nawoływanie do uczenia się od prawicy, koncepcje „świętego rewolucyjnego terroru”, jak również ekstremalne trawestacje polityki agonistycznej w stylu „im więcej faszyzmu, tym lepiej dla lewicy”.

(r)

wtorek, 30 kwietnia 2013

płeć i postpłciowość w czasach realnego neoliberalizmu

[Przedstawiam konkluzję artykułu pt. „Uwikłan[ ] w postpłciowość”, który ukazał się w książce Postpłciowość? Praktyki i narracjetożsamościowe w ponowoczesnym świecie pod redakcją A. E. Banot, A. Barabasz i R. Majki. Kłirowe formy fleksyjne zostały dodane przez redaktorki_ów tomu za zgodą autora.]  

Płeć i postpłciowość są nieodłączne, ale współistnieją zawsze w twórczym napięciu. Powoływanie się na kategorię płci nie zawsze bywa jednoznaczne: z jednej strony umożliwia redefiniowanie różnicy płciowej (zwłaszcza dzięki rozpoznaniu osób transpłciowych i interseksualnych, a także odmieńców seksualnych), z drugiej jednak strony nieustannie odradza się w nim tendencja do stabilizowania i naturalizowania różnicy. Występowanie pod szyldem postpłciowości, z kolei, pozwala dystansować się od katalogowania różnicy w imię liberalnego projektu „wielokulturowości”, a impulsowi do utwierdzania hegemonicznych kategorii przeciwstawia impuls niekończącego się różnicowania. Jest więc postpłciowość również atakiem na totalizujący i uniwersalizujący reżim płciowości (w tym sensie np. oddzielenie „lesbijki” od „kobiety” dokonane przez Monique Wittig jest podważeniem hegemonii odziedziczonego porządku płciowego, jest gestem stricte postpłciowym). Ten reżim ma swój ciężar, swoją historię, w którą uwikłani są zarówno sprawcy, jak i ofiary opresji; niesie dziedzictwo cierpienia i prześladowania, ale także oporu, walki i emancypacji. W najgorszym razie potrafi skutecznie narzucić swoje kategorie jako niepodważalny fakt albo fatum – tak jakby to, co już raz powiedziane (łac. fatum), nie mogło już być powiedziane inaczej. Przeciwko takiemu posługiwaniu się kategorią płci występuje, w moim rozumieniu, postpłciowość. Nie zrzuca lekkomyślnie ciężaru, bo wie, że obecny system „upłciowienia” jest niesprawiedliwy, krzywdzący, opresyjny i jako taki ma swoje bardzo odczuwalne, materialne, cielesne efekty. Jednocześnie potrafi zdobyć się na lekkość, jaką daje projekt niekończącego się różnicowania. Tak rozumiana płeć umyka zaborczej mocy fatum, waży się przeciwstawić losowi, tak jak tancerka czy tancerz przeciwstawia się grawitacji, choć przecież z niej korzysta. Tym samym zyskujemy wizję niezliczonych płci, nieprzyporządkowanych na stałe jednostce lub zbiorowi jednostek, ale raczej zależnych od wielu zmiennych parametrów (np. od niehegemonicznie pojmowanej rasy). Idąc jeszcze dalej, można zaproponować nową wizję płciowości, w której pojedynczy podmiot nie jest ograniczony do pojedynczej płci, bowiem płeć wyłania się zawsze w (hybrydycznej) relacji do innych podmiotów, ciał, atrybutów – uznanych za realnie istniejące lub fantazmatycznych, historycznie ukształtowanych lub takich, które dopiero mają nadejść. „Każdej_emu jej_ego własne płcie!” – jak głosi jedno z haseł postulowanej przez Deleuze’a i Félixa Guattariego rewolucji pożądania.

Jeśli, tak jak proponuję, za strategiczny cel postpłciowości uznamy porzucenie ciężaru (bagażu skamieniałej Płci, pomnikowej Historii, uzurpacji Losu), to powinnyśmy_iśmy zastanowić się, co faktycznie można uznać za odciążenie, a co nie – bez nadziei na ostateczną odpowiedź. Akt odciążenia jest zadziwiająco łatwy i niezmiernie trudny. Można go dokonać w każdym momencie, ale przecież ciągnie się latami. Nietrudno dać się zwieść fałszywemu poczuciu lekkości, a tymczasem swoboda, z jaką akrobatka czy akrobata wykonuje skomplikowane ewolucje, jest efektem wielu lat pracy. Należy uważnie odróżnić „radosną kontestację”, możliwą głównie w „uprzywilejowanych” kręgach – np. w kręgach akademickich – od mozolnego praktykowania lekkości. Nie wystarczy po prostu powiedzieć „nie” sile grawitacji, aby zacząć lewitować. Taniec jest możliwy tylko w polu grawitacji, w materii i poprzez materię.

Wspomniałem już wyżej o niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą nominalne wymazywanie z oficjalnego katalogu naszych pojęć kategorii rasy (oraz, per analogiam, płci), bez oglądania się na faktyczne struktury opresji i niesprawiedliwości społecznej oparte (często w niejawny sposób) na tych kategoriach. Goldberg zestawia ten rodzaj rzekomego „odciążania” z procesem postępującej neoliberalizacji gospodarki i, w konsekwencji, całej przestrzeni społecznej. W tym nowym paradygmacie ekonomiczno-społecznym rasa – tak jak wiele innych kategorii i elementów życia społecznego – jest relegowana do sfery prywatnej, czyli poza zakres interwencji państwa. Państwo decyduje się więc na formalną „ślepotę” wobec rasy, płci i innych parametrów różnicy, a tym samym pozostaje ślepe na realne, materialne skutki tych kategoryzacji. Sprywatyzowana płeć lub rasa przestają być dla państwa problemem: oto możemy sobie kontestować (lub nie kontestować) do woli – prywatnie. Warto w tym miejscu odnotować różnicę między klasycznie liberalną filozofią państwa, która gotowa jest uznać i usankcjonować pewne mniejszościowe tożsamości i objąć je ochroną prawną lub nawet aktywnym wsparciem, tak jak w przypadku kanadyjskiej polityki wielokulturowości (przy czym można się spierać, czy taka filozofia wielokulturowości jest po prostu uzupełnieniem politycznego liberalizmu, czy jego logiczną konsekwencją). Szkicowany przeze mnie projekt polityki postpłciowej nie zgadza się ani na neoliberalną ślepotę wobec różnicy, ani na skatalogowanie parametrów różnicy w systemie prawnym. Wydaje się więc, że projekt ten musi albo przyjąć anarchistyczną postawę negowania państwa, albo musi szukać takich rozwiązań, w których państwo będzie wrażliwe na niekończące się różnicowanie, a jednocześnie nie będzie dążyło do stabilizowania zmiennych parametrów różnicy.

Globalny neoliberalizm zasadza się między innymi na silnym dążeniu kapitalizmu do upłynniania, uwalniania, umożliwiania swobodnego przepływu wszelkich form kapitału. „Robotnik” jako taki przestaje istnieć, jest tylko płynna, mobilna siła robocza jako element „kapitału ludzkiego”. W sferze kulturowej procesowi temu odpowiada późnokapitalistyczna tendencja do swoistej desubstancjalizacji, dematerializacji, zastępowania „namacalności” wszechogarniającą symulacją. Kultura symulacji obiecuje fałszywą lekkość, czyli odciążenie, które wynika raczej z (i w równym stopniu prowadzi do) beztroskiego eskapizmu. Ucieczka wydaje się możliwa dzięki ogólnemu przyspieszeniu, które jest efektem bezprecedensowego postępu technicznego. Wraz z rozwojem technologii cybernetycznych osiągnęłyśmy_liśmy (lub tak nam się przynajmniej wydaje) „prędkość ucieczki”, by użyć celnej metafory Marka Dery’ego, czyli prędkość, która pozwala jednemu ciału uwolnić się z pola grawitacyjnego innego ciała. Coraz bardziej irytuje nas powolność, mozolność, nieprzezroczystość materii, usiłujemy więc uwolnić się od cielesności, od grawitacji, od społecznych ekologii. Nie twierdzę przy tym, że technologia jest wrogiem twórczego produkowania różnicy, w tym także różnicy płciowej. (Wystarczy wspomnieć Donnę Haraway i jej mit cyborga, który rozsadza zastany reżim płciowy dzięki konstruowaniu organiczno-cybernetycznych hybryd, a wraz z nimi nowych, nieopisanych dotąd kategorii płciowych.) Ostrzegam jedynie przed zbyt pochopnym, zbyt naiwnym zachłyśnięciem się lekkością, jaką zdają się obiecywać rozmaite nowe technologie.

Uważam, że jeśli postpłciowość ma być pojęciem w jakikolwiek sposób użytecznym, musi przede wszystkim m o b i l i z o w a ć, czyli wprawiać w ruch – zarówno w sferze pojęć, jak i w praktyce społecznej. Rozbijając hegemoniczne konstrukcje płci, postpłciowość uwalnia energię, bez której zmiana społeczna jest trudna do pomyślenia. Dla wielu nowoczesnych podmiotów ciężar odziedziczonych płci jest przytłaczający, wiktymizujący, demobilizujący, podczas gdy postpłciowość proponuje wizję twórczego odciążenia, wprawienia w ruch. Różni się przy tym zasadniczo od liberalnego modelu emancypacyjnego, który dąży raczej do stasis, do ostatecznego (żeby nie powiedzieć eschatologicznego) równouprawnienia, a więc obiecuje wszystkim jasno zdefiniowanym „jednostkom” i „mniejszościom” sprawiedliwość społeczną „na końcu drogi”. Model postpłciowy zakłada niekończącą się pracę (na rzecz) różnicy, która nie odwraca się od kwestii sprawiedliwości społecznej i walki z różnymi formami opresji, ale skupia się raczej na tym, co na potrzeby niniejszych rozważań nazwałbym uważnym praktykowaniem lekkości albo wyważaniem. Przez wiele lat projekt liberalny mógł pochwalić się znaczną skutecznością w osiąganiu zamierzonych celów, potrafił zyskiwać zbiorowe poparcie wokół czytelnych projektów i stabilnych kategorii społeczno-tożsamościowych. Teraz jego skuteczność wydaje się zagrożona postępującą neoliberalizacją przestrzeni politycznej, ekonomicznej, społecznej i prawnej, której efektem jest między innymi wymazywanie z oficjalnych słowników i katalogów dotychczasowych parametrów różnicy oraz ich radykalna prywatyzacja. Oparta na zasadzie różnicowania postpłciowość ma niewątpliwie trudne zadanie, jeśli pragnie stać się bodźcem do rozmaitych kolektywnych działań, bowiem z jednej strony musi politycznie odzyskiwać doświadczenia i postulaty, które w neoliberalnym reżimie zostały głęboko pogrzebane w sferze prywatnej, z drugiej zaś strony musi poszukiwać sposobów, aby zmobilizować podmioty społeczne nie, tak jak dotychczas, wokół znaturalizowanych, hegemonicznych pojęć, ale wokół samej zasady różnicowania, która jest w ogromnej mierze ignorowana przez obowiązujące obecnie reżimy polityczno-społeczne. 
[t]

środa, 26 października 2011

Koniec kapitalizmu (w naszych głowach)

Czym jest kapitalizm? Jak funkcjonuje jego społeczna reprezentacja? I jakie są jej implikacje? Jak przekłada się ona na wyobraźnię i praktykę polityczną? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że na te jakże oklepane pytania udzielono wyczerpujących odpowiedzi. Odpowiedzi, które stanowią podstawowe abecadło antykapitalistycznych ruchów lewicowych i anarchistycznych. Teraz, gdy kapitalistyczny system jest opisany i zdiagnozowany w całej rozciągłości, pozostaje nam pracować nad efektywnymi narzędziami zmiany systemowej i społecznej, tak aby zbudować projekt alternatywny, taki, który - podobnie jak kapitalizm - "myślałby o wszystkim".

W teoriach politycznych głównego nurtu oraz teoriach (neo)marksistowskich kapitalizm jawi się jako żywy system, który podporządkował swoim imperatywom cały świat; który stanowi matrycę dla projektu demokracji liberalnej; który reorganizuje całe społeczeństwa podług własnych logik; który spenetrował i determinuje praktycznie wszystkie aspekty życia ludzkiego.

Jako antykapitalistyczne aktywistki i aktywiści budzimy się co rano w kapitalizmie i na kapitalizm. Kapitalizm jawi się naszej wyobraźni jako swoisty wszechwładny duch historii, samonapędzająca i samoorganizująca się energia. Potężny, wytrwały, aktywny, ekspansywny, dynamiczny, penetrujący, dyscyplinujący, kolonizujący, reprodukujący się samoistnie, racjonalny, motywowany swoimi własnymi prawami oraz logikami, zwycięski, organizujący i zorganizowany, zawsze dominujący. Słowem - wszechogarniająca totalność, nie mająca sobie równych totalności, przynajmniej jak na razie.

Przy takiej konceptualizacji kapitalizmu w naszych głowach perspektywa innego, lepszego świata jest, jeśli nie niemożliwa za naszego życia, to na pewno zamieszkująca odległe horyzonty przyszłości.

I tak na pytanie, czy możliwe jest, że my - jako my z krwi i kości - obudzimy się kiedyś nie w kapitalizmie i nie na kapitalizm, odpowiedzieć musimy, po ciężkim westchnięciu, przecząco...

A jednak taka perspektywa jest, jak przekonuje nas feministyczny duet J.K. Gibson-Graham w błyskotliwych rozprawach The End of Capitalism (As We Knew It) oraz A Postcapitalist Politics, jak najbardziej możliwa.

Jak to jest, pytają badaczki, że to, co społeczne, rozumiemy jako przestrzeń, w której różne dyskursy rywalizują ze sobą o ustanowienie hegemonii, poprzez którą organizują konkretny porządek społeczny, a to, co ekonomiczne - przestrzeń ekonomiczną - myślimy jako zabetonowany monolit. Czemu w odniesieniu do kapitalistycznej ekonomii uaktywniamy myślenie metafizyczne i esencjalizujące, a nie robimy tego wobec płci i seksualności, które poddajemy poststrukturalistycznej dekonstrukcji? Dlaczego myślimy kapitalizm poprzez organicystyczne metafory, przyznając mu racjonalność, logikę, cechy myślącej, żyjącej istoty? Jak to się dzieje, że uciekając od binarnego myślenia, ten nieszczęsny binaryzm zatrudniamy, lokując praktyki niekapitalistyczne jako podporządkowane kapitalizmowi, jako negatywne w opozycji binarnej kapitalizm/niekapitalizm, myślane w relacji do i poprzez kapitalizm?

I tak myśląc to, co społeczne, i to, co ekonomiczne, poprzez (metafizycznie i esencjalnie rozumiany) kapitalizm, narratywizowany jako projekt "koniecznie i naturalnie hegemoniczny", tworzymy pewną społeczną reprezentację, którą następnie legitymizujemy i dalej "uhegemoniczniamy", podtrzymujemy, kiedy wyobrażamy sobie wszystko jako wyrosłe, zanurzone, funkcjonalne poprzez, w i wobec ekonomii kapitalistycznej.

Jak zauważają J.K. Gibson-Graham, "kiedy teoretyczki i teoretycy opisują patriarchat, rasizm lub obowiązkową heteroseksualność, czy też kapitalistyczną hegemonię, nie tylko nakreślają formację, którą mają nadzieje zdestabilizować lub zastąpić. Tworzą również reprezentację przestrzeni społecznej, obdarzając ją równocześnie mocą sprawczą. Na tyle, na ile ta reprezentacja stanie się wpływowa, może przyczynić się do hegemonii 'hegemonicznej formacji'; bez wątpienia wpłynie ona na nasze wyobrażenia dotyczące możliwości różnicy oraz zmiany, w tym możliwość udanych interwencji politycznych."

Stąd metafizyka, esencjalizm, binaryzm czy wreszcie organicystyczne metafory, zatrudniane w myśleniu kapitalizmu, prowadzą do konceptualizacji wszystkich praktyk niekapitalistycznych jako praktyk z konieczności i naturalnie wyrosłych z kapitalizmu, niewystarczających, nieracjonalnych, nieskutecznych, słabych, bo lokalnych (w przeciwieństwie do mocarnego, "globalnego kapitalizmu"). "Inne i inni kapitalizmu nie spełniają oczekiwań jako prawdziwa forma ekonomii: sfeminizowana inna kapitalizmu - gospodarstwo domowe - wydaje się być pozbawiona jego wydajności i racjonalności; jego ludzki inny - socjalizm - wydaje się nie mieć jego produktywności; a inne formy ekonomii nie mają jego globalnej rozpiętości bądź też wrodzonej tendencji do dominacji i ekspansji".

Dlatego, jak sugerują badaczki, zanim zaczniemy zmieniać świat, warto by było przyjrzeć się naszym wyobrażeniom o świecie, w którym żyjemy i w którym mamy organizować ruch oporu, pomysły na inny, lepszy świat. Bo jeśli - zapominając o zastosowaniu pewnych, wypracowanych w ramach współczesnych teorii krytycznych, narzędzi - nadmuchamy konceptualnie ten kapitalistyczny balon do rozmiarów uciskających prawie absolutnie wyobraźnię polityczną, to będzie nam ciężko walczyć z czymś, co jest tak potężne jak wszechświat, co jest tak totalne, jak powietrze, którym oddychamy. Pozostanie nam stworzyć tak samo potężną totalność (co proszę?), jak sam totalny kapitalizm, albo skapitulować przed kapitalizmem z ludzką twarzą. Możemy też czekać kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt lat na kolejny kryzys, mając nadzieję, że być może on zapoczątkuje przewrót systemowy (choć z kryzysem też możemy mieć problem, jeśli - konceptualizując kapitalizm jako organizm - pomyślimy o kryzysie jako o antybiotyku, który ma oczyścić chorujący organizm, dając mu kolejnego kopa).

(r)

niedziela, 9 października 2011

Przeciwko reprezentacji (notatek cz. 1)

Na tezę o "końcu historii" i ustanowieniu ostatecznego (bo naturalnego, lub przynajmniej "najlepszego z możliwych") porządku rzeczy – tezę, która nabrała cech samospełniającej się przepowiedni – możliwa wydaje się, ze strategicznego punktu widzenia, tylko jedna odpowiedź: całościowe odrzucenie tego porządku. Orędownicy globalnego neoliberalizmu kopią sobie własny grób, usiłując wyeliminować z pola widzenia alternatywne wizje społeczno-polityczno-ekonomiczne (które, rzecz jasna, nie zniknęły z powierzchni Ziemi, zostały jednak skutecznie zneutralizowane jako propozycje niedojrzałe, niebezpieczne, a przede wszystkim – nierealne). W tej sytuacji tylko całościowe zanegowanie symbiozy ekspansywnego kapitalizmu z (nie mniej ekspansywną) proceduralną demokracją liberalną wydaje się mieć jeszcze jakąkolwiek polityczną wartość, jakąkolwiek siłę nośną.

To zanegowanie przybiera różne postacie. Jedną z nich jest rosnący w siłę w wielu częściach świata fundamentalizm religijny. Inną, najbardziej oczywistą, są różne odmiany terroryzmu. Jeszcze inna to powracający zza (przedwcześnie wykopanego) grobu komunizm, nabierający ostatnio impetu zarówno w rozważaniach zachodnich intelektualistów (Žižek, Badiou i in.), jak i wśród ludzi najbardziej pokrzywdzonych przez globalną ekspansję kapitału (np. w Indiach). Wszystkie te przykłady wskazują na takie formy polityczności, które zasadzają się na zerwaniu, negacji, odmowie.

Niekiedy odmowa przybiera bardzo gwałtowny, "nihilistyczny" charakter, jak np. w przypadku aktów terrorystycznych albo, jak miało to miejsce w Wielkiej Brytanii, pełnych agresji, pozornie "nieukierunkowanych" politycznie rozruchów ulicznych. Ale są też działania bliższe idei bojkotu, strajku generalnego, obstrukcji, wypowiedzenia umowy społecznej; taki charakter miały w większości rewolucje arabskie, a ostatnio akcja "Occupy Wall Street" w USA. Oczywiście każda z tych rewolucji czy demonstracji odbywa się w róznych warunkach społecznych i przybiera rożne formy; niektóre wydają się mieć określony cel, np. obalenie istniejącego reżimu (chociaż np. w Egipcie demonstracje nie ustały po obaleniu Mubaraka, o czym warto pamiętać) albo sprzeciw wobec posunięć danego rządu. Często gwałtowniejsze, aktywniejsze formy negacji przeplatają się ze strategią bojkotu.

Wspólną cechą tych różnorodnych ruchów społecznych jest, po pierwsze, powrót do cielesnego i zbiorowego wymiaru polityczności, tj. "odzyskiwanie terenu" (dosłownie i w przenośni) za pomocą fizycznej obecności, szczególnie przez okupację konkretnej przestrzeni publicznej, a po drugie – mniej lub bardziej jawnie wyrażana delegitymizacja władzy. Można powiedzieć, że to dość oczywiste strategie protestu społecznego, co najmniej od XIX wieku, jeśli nie wcześniej. Ciekawe jest jednak "epidemiczne" rozprzestrzenianie się tych ruchów w różnych częściach świata, przy ich jednoczesnym zróżnicowaniu (także wewnętrznym). Te ruchy protestu nie mówią "jednym głosem", ale przecież pomimo swej wielogłosowości, na ogólniejszym poziomie ich przekaz wydaje się dość prosty: obecny porządek świata musi odejść.

Ironią obecnej sytuacji jest to, że kraje zachodniej demokracji – nieodmiennie przekonane, że wyznaczają powszechną Normę i oczekujące np. od krajów arabskich przyjęcia owej Normy – same zmagają się z poważnym kryzysem ustrojowym, spowodowanym w dużej mierze, choć nie tylko, przez kryzys finansowy. Fundamentem i wewnętrznym uzasadnieniem tego ustroju jest nade wszystko idea reprezentacji. "Nie reprezentujecie nas!" to jedno z najbardziej wymownych haseł wznoszonych podczas obecnej fali demonstracji przetaczającej się przez kraje zachodnie.

Fetyszem współczesnego Imperium jest "wolność wyboru": jako konsument, masz wolność wyboru dowolnego produktu, jako wyborca masz wolność wyboru dowolnej reprezentacji politycznej. Jednak na innym poziomie jesteś wyboru radykalnie pozbawiony: nie możesz nie wybrać spośród tego, co jest ci oferowane – a jeśli już (co nie jest łatwe), to pozbawiasz się z jednej strony "dobrego życia", jakie oferuje ci rynek, a z drugiej – dobrodziejstw politycznej reprezentacji (w tym zwłaszcza swojej rzekomej politycznej podmiotowości). Tak czy inaczej, twoje "wolałbym nie" nie zostanie zinterpretowane przez system jako odebranie mu legitymizacji – szybciej jako twoja własna głupota, frajerstwo albo, w najlepszym razie, naiwny utopizm.

W sytuacji, w której rządy reprezentują przede wszystkim interesy kapitału (zawsze przecież skorelowane z interesami elit władzy), musi narastać społeczne wyalienowanie i frustracja. Nawet gdybyśmy chcieli trzymać się klasycznego ideału, jakim jest dążenie do możliwie wiernej "reprezentacji" społeczeństwa w organach władzy, to gołym okiem widać, że obecne procedury demokratyczne do osiągnięcia tego celu nie prowadzą. "Nie reprezentujecie nas" – mimo że zostaliście wybrani w (formalnie) demokratycznych wyborach; mimo że mamy "wolność wyboru".

Jednak w moim przekonaniu nie chodzi po prostu o doprowadzenie do takiego stanu rzeczy, w którym społeczeństwo poczuje się odpowiednio reprezentowane przez struktury władzy (albo w strukturach władzy – różnica jest nie tylko stylistyczna); należy raczej gruntownie przemyśleć całą politykę zorganizowaną wokół pojęcia reprezentacji, pojmowanej głównie w kategoriach ilościowych. Już sama arytmetyka wyborcza daje sporo do myślenia – np. na rządzące w poprzedniej kadencji partie głos (często negatywny) oddało w sumie ok. 25% uprawnionych do głosowania.

Chodzi jednak o coś więcej. Każda reprezentacja (zarówno w sensie politycznym, jak i estetycznym) jest w nieunikniony sposób "misreprezentacją", jest spłaszczonym, zredukowanym (wedle pewnych parametrów), zniekształconym, "zamrożonym" obrazem tego, co reprezentuje – mimo że w potocznej świadomości myślenie w kategoriach mimetycznego realizmu, czyli wiara w możliwość wiernego odwzorowywania rzeczywistości, nadal trzyma się mocno. Kontynuując tę estetyczną analogię powiedziałbym, że przeżytkiem staje się polityka, która (niczym malarz-realista) dąży do odtworzenia w reprezentatywnych ciałach politycznych pewnego obrazu społeczeństwa. Nadchodzi, być może, czas polityki, dla której modelem będzie raczej sztuka performance'u, oparta na fizycznej, cielesnej obecności twórcy/tworzywa i na jego bezpośrednim działaniu. (Nie mam tu na myśli, rzecz jasna, popularnych w ostatnim czasie, prostackich "happeningów politycznych", których celem jest głównie przyciągnięcie uwagi mediów – to zupełnie inna historia.)

Choć w założeniu reprezentacja ma "dać mi głos" (pan X może uważać, że partia Y mówi "jego głosem"), to w istocie rzeczy, paradoksalnie, głos mi odbiera – zasadza się bowiem na mojej nieobecności, na przekazaniu "mojego głosu" do dyspozycji temu, który odtąd ma mnie reprezentować. Oczywiście w obecnym modelu demokracji partie będą zabiegać o mój formalny głos w czasie wyborów, ale "oddając swój głos" w jakimś sensie się go pozbywam. W efekcie staję się pokornym petentem w obliczu tego, który mnie rzekomo reprezentuje; oddelegowuję swoją władzę, swoje sprawstwo (a raz oddelegowana władza zaczyna żyć swoim własnym, odległym życiem).

[część druga tutaj]
(t)

poniedziałek, 5 września 2011

Funkcjonariusze i podrzędni

W artykule Marka Neocleousa, którego szczegółowe streszczenie zamieściłem niedawno na blogu, można znaleźć paradygmatyczny, jak sądzę, przykład na coś, co nazwałbym "liberalną przemocą wkluczenia" (o której zresztą już na blogu pisałem). Gestem założycielskim liberalnego humanizmu jest właśnie gest przymusowego, powszechnego wkluczenia, które – paradoksalnie – może prowadzić do jeszcze bardziej radykalnego (wewnętrznego) wykluczenia, do jeszcze większej degradacji lub dehumanizacji.* Przypomnijmy: dla rodzącej się ideologii liberalnej włączeni do "wielkiej ludzkiej rodziny" Indianie muszą sprostać niezbywalnym i uniwersalnym "wymogom człowieczeństwa", zdefiniowanym rzecz jasna przez tego, który uzurpuje sobie prawo "wkluczania", czyli przez kolonizatora. Jeśli sprzeciwiają się np. wolnemu handlowi, to działają nie tyle przeciwko Hiszpanom po prostu, ile przeciwko ludzkości jako takiej, a tym samym sprzeniewierzają się swojemu człowieczeństwu: okazują się ludźmi zdegenerowanymi, których należy nauczyć, jak być człowiekiem – lub po prostu eksterminować. (Podczas wojen z rdzennymi plemionami oficerowie armii amerykańskiej wznosili toast słowami: "Cywilizacja albo śmierć dla amerykańskich dzikusów!")

A zatem włączenie kogoś do "naszej rodziny" to poddanie go naszym – czyt. "uniwersalnym" – miarom i kryteriom, wedle których nowowkluczone podmioty nie wypadają zbyt dobrze. Oto dajemy ci szansę dowieść, że jesteś godzien naszego rozpoznania i praw, które stopniowo będziemy ci przyznawać; jeśli jednak uznamy, że naszych kryteriów nie spełniasz, to w każdej chwili mamy prawo cofnąć wyciągnietą w akcie łaski rękę i spisać cię na straty – czemu winny będziesz wyłącznie ty sam.

Jednym z kluczowych, założycielskich gestów Imperium (a zwłaszcza globalnego imperium kapitału) jest symboliczne objęcie swoim zasięgiem (swoją jurysdykcją) wszystkich dostępnych terytoriów i podmiotów. (Europejscy "odkrywcy", stając na każdym nowoodkrytym lądzie, dokonywali rytualnego "objęcia go w posiadanie" w imieniu reprezentowanej przez siebie potęgi.) Oto wszyscy należymy do Imperium, a Imperium nadaje nam właściwe miejsce w porządku. Innymi słowy, jedną z podstawowych zasad funkcjonowania Imperium jest dysponowanie podmiotami w taki sposób, aby stały się one funkcjonalne dla systemu, aby stały się jego funkcjonariuszami (a jeśli w przypadku niektórych jednostek i populacji jest to niemożliwe lub nieopłacalne – Imperium skazuje je na symboliczną lub fizyczną eliminację; w teorii postokolonialnej nazywa się je "subalternami", czyli podrzędnymi). Nawet buntownicy i rewolucjoniści są dla Imperium użyteczni: z jednej strony dostarczają alibi dla utrzymywania "żelaznego porządku" (w imię bezpieczeństwa publicznego i ochrony wspólnego dobra), z drugiej – pozwalają Imperium dokonywać niezbędnych do przetrwania "autokorekt" na drodze reformistycznych ustępstw.

Zauważmy na marginesie, że w praktyce liberalnego humanizmu prawo do czegoś nabiera niekiedy cech przymusu. I tak prawo do wolnego handlu staje się przymusem wolnego handlu, prawo do dialogu staje się przymusem dialogu (wrogiem liberalnego systemu są ci, którzy uparcie odmawiają przystąpienia do wspólnoty deliberacyjnej, np. niektórzy rdzenni Amerykanie w USA, niektórzy Romowie w Polsce, terroryści itd.). Samowykluczenie (które pod wieloma względami jest niezwykle problematyczną i często kontrskuteczną strategią) jest mimo wszystko aktem, dzięki któremu możliwe jest zachowanie minimum autonomii i samostanowienia, jest aktem oporu wobec zarówno wkluczającej, jak i wykluczającej hegemonii Imperium. Nawet fetyszyzowane przez dyskurs (neo)liberalny "prawo wyboru" przeradza się w przymus wyboru (np. możesz wybrać dowolne towary w hipermarkecie, pod warunkiem, że w ogóle coś wybierzesz, spełniając swój konsumpcyjny obowiązek i napędzając kapitalistyczną machinę; indywidualna wolność wyboru maskuje zniewolenie na głębszym, strukturalnym poziomie).**


Odmieńcy od dawna uznawani byli za zagrożenie dla porządku publicznego lub bezpieczeństwa narodowego (wystarczy przypomnieć słynną tezę o upadku Cesarstwa Rzymskiego wskutek upowszechnienia się praktyk homoseksualnych lub częste kojarzenie odmieńców ze szpiegostwem, zdradą narodową lub po prostu "słabością" charakterologiczną i moralną). Porządek Imperium musi się jawić jako porządek naturalny, a więc każdy akt postrzegany jako "nienaturalny" jest w mniej czy bardziej bezpośredni sposób zagrożeniem dla owego porządku. Dokonujące się w ostatnich latach włączanie odmieńców (definiowanych głównie jako "lesbijki i geje") do katalogu podmiotów prawnych oznacza ich naturalizację, a co za tym idzie legitymizację porządku, który zapewnia im prawa (zdefiniowane przez ów porządek) w zamian za spełnienie określonych kryteriów politycznych i społecznych. Odmieńcy stają się więc funkcjonariuszami systemu, co oczywiście niekoniecznie należy uznać za "samo zło", bowiem odczuwana jakość życia czy poczucie sprawiedliwości społecznej mogą – przynajmniej w przypadku pewnych grup odmieńców – wyraźnie się zwiększyć.

Jednocześnie jednak coraz wyraźniejsze staje się zjawisko homonacjonalizmu: lojalności wobec określonego, z góry założonego "wspólnego dobra" (utożsamianego z pewnym porządkiem prawnym, z pewną liberalną aksjologią polityczną i z "interesem narodowym", który postrzegany jest jako zgodny z interesem "całej ludzkości"). "Równouprawnienie gejów i lesbijek" staje się dowodem na "wolność" w rozumieniu (neo)liberalnym i legitymizuje ekspansję Imperium. Podobnie jak Indianie w czasach kolonizacji, odmieńcy otrzymują dziś od systemu szansę udowodnienia swojego człowieczeństwa i obywatelskiej przydatności. (W dużej mierze sami sobie tę szansę wywalczyli, oczywiście – choć można argumentować, że nie mieliby możliwości wywalczenia jej, gdyby system uprzednio nie nadał im jednak pewnej podmiotowości, jakkolwiek upośledzonej.) Niektórzy z wielkim zapałem starają się z tej szansy skorzystać.***


Może się wydawać, że bezmyślnie fetyszyzuję "antysystemowość" jako cel sam w sobie, ale przecież trudno byłoby przekonująco dowieść, że możliwe (i pożądane) jest życie poza wszelkim systemem społecznym, politycznym etc. Postuluję raczej nieustanne, czujne badanie granic systemu, jego dyskursywnych praktyk, jego wewnętrznych reguł organizacyjnych i jego materialnych efektów dla różnie usytuowanych podmiotów. Mówiąc najprościej, postuluję przyglądanie się dystrybucji rożnych rodzajów władzy. Co więcej: w świecie zdominowanym przez hegemonię liberalnego humanizmu nieuniknione jest "układanie się" z dominującym porządkiem, a kontestowanie i redefiniowanie kluczowych pojęć tego porządku, za pomocą których dokonuje on autolegitymizacji (np. wolność czy tolerancja), wydaje się jednym z najważniejszych narzędzi oporu dla każdego współczesnego ruchu związanego z oporem, emancypacją i autentyczną zmianą społeczną.

-----------------------------------------------
* W ogóle kategoria "wykluczenia" zakłada aprioryczne "wkluczenie"; nie można być "wykluczonym" jeśli w żaden sposób – choćby symboliczny – nie jest się już uprzednio (przynajmniej potencjalnie) wkluczonym. I tak np. dopiero uniwersalistyczna koncepcja "człowieka" umożliwia mówienie o wykluczeniu z rodziny ludzkiej; to samo dotyczy innych hegemonicznych kategorii, takich jak naród czy kategorie płciowe.

** Przy okazji warto zauważyć, że czymś innym jest sprzeciw wobec przymusu X, a czymś innym sprzeciw wobec X; np. sprzeciw wobec przymusowej demokracji w krajach objętych zachodnią "kuratelą" nie musi być wcale tożsamy ze sprzeciwem wobec samej idei demokracji.

*** Oczywiście wszelkie porównania sytuacji współczesnych odmieńców do sytuacji rdzennych mieszkańców kolonizowanych przez Europę terytoriów mają ograniczony charakter i muszą być dokonywane z największą ostrożnością. Można jednak pokusić się o tezę, że współczesne kapitalistyczne Imperium, którego ideologiczną podporą jest liberalizm, w coraz większym stopniu zamienia kolonizację ekstensywną, czyli nastawioną na ekspansję terytorialną, na kolonizację intensywną, czyli "terytorializowanie" coraz drobniejszych przejawów ludzkiej aktywności i zdobywanie wsparcia tradycyjnie pomijanych grup społecznych. (Do normatywizującej funkcji rynkowego "targetowania" pewnych grup społecznych być może jeszcze kiedyś wrócę.)
[t]

niedziela, 26 czerwca 2011

"Wojna jako pokój, pokój jako pacyfikacja"

[Ponad rok temu ukazał się w czasopiśmie Radical Philosophy artykuł jednego z najciekawszych, moim zdaniem, myślicieli politycznych, Marka Neocleousa, pt. "War as peace, peace as pacification" ("Wojna jako pokój, pokój jako pacyfikacja"). Tekst nie jest być może sam w sobie przełomowy – korzysta z dokonań wielu myślicieli przeszłych i obecnych, jednak doskonale splata wiele wątków, które pojawiają się – choćby na poziomie niedopowiedzianych intuicji – w niektórych moich rozważaniach, np. dotyczących prawa czy ideologii liberalnego humanizmu. W ostatnich wpisach, dla których punktem wyjścia był film X-Men: Pierwsza klasa, wspomniałem o pokoju jako nadrzędnej wartości liberalnej wspólnoty politycznej, a artykuł Neocleousa przekonująco nakreśla genealogię tej współczesnej ideologii pokoju. Poniżej przedstawiam dość szczegółówe streszczenie artykułu; zapewne zdarzy mi się odwoływać w przyszłości do niektórych zawartych tu tez i spostrzeżeń.]

Na początek Neocleous zauważa szeroki konsesus wśród współczesnych lewicowych myślicieli (Badiou, Žižek, Negri) w odniesieniu do zatarcia się – w kontekście "wojny z terroryzmem" – różnicy między wojną a pokojem. Następnie wytyka owym czołowym intelektualistom wyważanie otwartych drzwi, cytując teoretyków międzynarodowego prawa, którzy już co najmniej pół wieku temu opisywali podobne zjawisko. Neocleous kwestionuje nie tyle samo twierdzenie o "pomieszaniu" stanu wojny i pokoju, ile rzekomą nowość tego procesu. Takie myślenie, jego zdaniem, niechcący powiela zasadniczo liberalną narrację o "klasycznym" wieku, w którym wojnę i pokój rzeczywiście dało się klarownie rozróżnić, w przciwieństwie do definiowanej przez wojnę z terrorem teraźniejszości, ufundowanej na micie założycielskim 9/11. Zamiast tego Neocleous dowodzi, że zacieranie granicy między wojną i pokojem jest inherentną strategią liberalizmu od jego zarania. Liberalizm zorganizował się (a raczej: zorganizował nowoczesne wspólnoty polityczne) wokół idei pokoju oraz praktyki prawa międzynarodowego jako narzędzia zapewniania pokoju między państwami. Wojna, zgodnie z tą narracją, jest formalnym zaangażowaniem militarnym pomiędzy państwami, a decyzja o jej zaistnieniu (lub nie) jest decyzją prawną. Stąd należy przyjrzeć się krytycznie liberalnemu rozumieniu relacji między pokojem (który zwykle wiąże się z kwestią bezpieczeństwa narodowego) i porządkiem prawnym, a następnie rozważyć najważniejszy i najbardziej podstawowy rodzaj wojny: społeczną wojnę kapitału.

Neocleous wywodzi liberalizm od ideologii kolonializmu, której pionierami byli rzecz jasna Hiszpanie. Dlatego zasadnicza część artykułu rozpoczyna się od analizy filozofii politycznej renesansowego myśliciela Francisca de Vitorii, którego przedstawia się zwykle jako jednego z pierwszych zwolenników idei uniwersalnych praw człowieka i obrońcę Indian (a więc "protoliberała"). Rzeczywiście, z jednej strony uznawał on prawa własności Indian oraz ich rozumność, dającą im przepustkę do statusu "człowieka". Jednak ustanowienie uniwersalnych norm cywilizowanej ludzkości (zakorzenionych w "prawie naturalnym") jednocześnie spycha konkretnych ludzi odstających od tych norm do kategorii "barbarzyńców", charakteryzujących się "nienaturalnym", z punktu widzenia owych norm, zachowaniem. A zatem liberalny projekt uniwersalnego humanizmu od początku powiązany jest z projektem imperialnym, który szukał dla siebie usprawiedliwienia w obronie prawa do "wolnego handlu" jako jednego ze składowych elementów prawa naturalnego. Zgodnie z tym prawem, Hiszpanie mają naturalne prawo podróżować i handlować z barbarzyńcami, o ile nie wyrządzają krzywdy ich krajowi. Jednak odmowa udziału w handlu lub niedopuszczenie Hiszpanów do korzystania z dóbr wspólnych muszą być potraktowane jako złamanie prawa naturalnego albo "prawa narodów", a tym samym jako "atak" na hiszpańską własność. W liberalnej etyce szukanie zysków (akumulacja kapitału) jest uprzywilejowanym motywem ludzkich działań, a nieuczestniczenie w wymianie handlowej jest działaniem na szkodę wspólnego interesu, czyli na szkodę "ludzkości". Hiszpanie mają więc prawo bronić swoich praw (które są jednocześnie uniwersalnymi "prawami narodów") przed atakami Indian, czyli mają prawo wypowiedzieć im wojnę. Ta wojna przeciwko rdzennej ludności, z góry uznana za wojnę permanentną, jest wojną o prawo do handlu i akumulację kapitału, przy czym niemożność ustanowienia wolnego handlu uprawnia Hiszpanów, zgodnie z rozumowaniem Vitorii, do całkowitej eksterminacji wroga.

Następnie Neocleous pokazuje, jak ścisły historyczny związek istnieje między budowaniem imperium a ideologią swobód obywatelskich. Utrzymywanie i ekspansja imperium uzasadniane są obroną i krzewieniem prawdziwej wolności we wrogim świecie. Uniwersalny humanizm zakłada podbój kolonialny, który produkuje nowych wrogów imperium, a zatem uzasadnia konieczność użycia siły przeciwko nim. Wewnętrzny porządek imperium oparty na idei wolności i bezpieczeństwa (które zasadniczo odnoszą się do obrony własności prywatnej) nie może się obyć bez militarnego podboju: imperium wolności jest już z założenia imperium przemocy. Wojny prowadzi się w imię naczelnej wartości - pokoju, militaryzm zaś (którego ostrze wymierzone jest zarówno we wroga zewnętrznego, jak i – co należy podkreślić – wewnętrznego) staje się sine qua non istnienia państwa. Tak więc wyniesiona do rangi głównej wartości liberalnej wspólnoty politycznej, idea pokoju stała się ideologicznym usprawiedliwieniem permanetnej maszyny wojennej, przy czym utrzymanie "światowego pokoju" jest w istocie tym samym działaniem, co utrzymanie wewnętrznego porządku w ramach narodowego, suwerennego, zjednoczonego państwa. Nowoczesne imperia odwołują się przy tym do idei Pax Romana (Pax Britannica, Pax Americana), jakby tuszując fakt, że rzymskie pojmowanie pax zasadzało się otwarcie na militarnym narzuceniu hegemonicznego porządku imperium. Tak rozumiany pokój jest zawsze pokojem zdobywcy i formą dominacji.

To prowadzi Neocleousa do zdefinowania prawa (wbrew Foucaultowi) jako pacyfikacji. Przytoczywszy kilka historycznych (i lingwistycznych) przykładów, Neocleous zwraca uwagę na znaczenie pacyfikacji jako siłowego przywrócenia – albo wręcz narzucenia – (hegemonicznego) wewnętrznego porządku. Pacyfikacja jest aktem wojny ubranym w szaty pokoju; aktem, który normalizuje stan wojny w stan imperialnego pokoju. Imperialny porządek prawny jest zatem (ukrytym) narzędziem i kontynuacją wojny w imię pokoju, co przeczy liberalnemu poglądowi, że prawo zastępuje wojnę i jej zapobiega. Nawet klasyczni, XVII-wieczni teoretycy umowy społecznej zakładali w swoich rozważaniach stan nieustannej walki. Hobbes, na przykład, utrzymywał, że państwowy monopol na przemoc realizuje się przez wojnę, jeśli zwrócony jest przeciwko obcemu państwu, oraz poprzez prawo, jeśli dotyczy własnego terytorium. Lud (wielość) jest w każdym momencie na progu rewolucji, a społeczeństwo obywatelskie na progu chaosu; Lewiatan oznacza w tej sytuacji pacyfikację permanetnej wojny domowej. Podobnie u Locke'a: zaprowadzenie rządów w imię liberalnego pokoju zawsze dokonuje się przeciwko buntującym się niewolnikom, wrogim Indianom, niezdyscyplinowanym robotnikom, kryminalistom itp. A zatem społeczeństwo obywatelskie jest zawsze w stanie wojny: z jednej strony jest to wojna kapitału (pokój jako gwarancja wolnego handlu), z drugiej strony wojna z wrogami wewnętrznymi (narkotyki, terroryzm, bieda, bezrobocie itd.). Wszystkie te "moduły" wojny składają się na stan permanetnej pacyfikacji, koniecznej dla konstytuowania się i umacniania burżuazyjnego porządku społecznego. Neocleous konkluduje, że liberalna mistyfikacja, która nazywa wojnę pokojem, ma za sobą długą historię napędzaną dążeniem do akumulacji kapitału. Lewicowe, kreatywne myślenie musi wyjść poza ramy liberalnie zdefiniowanych i naiwnie pojmowanych koncepcji "pokoju" i "bezpieczeństwa".
(t)

wtorek, 11 stycznia 2011

Via politica negativa, cz. 3

[Część pierwsza tutaj, część druga tutaj.]

Szanujący się liberał musi zadrżeć na myśl o włączeniu negatywności do praktyki społeczno-politycznej. Czyż nie oznacza to budzenia śpiących potworów? W naszej anestetycznej kulturze ból i trauma są relegowane do najdalszych zakątków świadomości, a flirt z negatywnością postrzegany jest jako niewybaczalne nawoływanie do przemocy lub, w najlepszym razie, patologiczny masochizm. Chyba jedynie artystom liberał jest gotów wybaczyć świadome igranie z traumą – uzasadnione o tyle, o ile ma służyć "pobudzeniu impulsu twórczego". Nie twierdzę bynajmniej, że należy dążyć do bólu czy traumy jako takich, jednak nieustanne i pospieszne wypełnianie wszelkich potencjalnych "dziur" w materii społeczno-politycznej nowymi dobrami konsumpcyjnymi i nowymi projektami modernizacyjnymi skutecznie neutralizuje potencjalnie twórcze konsekwencje negatywności. Negatywność sama w sobie nie powinna stać się celem pożądania (stąd już niewielki krok do faszyzmu), ale jeśli tylko w niej znaleźć można realną alternatywę dla obowiązującej, zagarniającej pozytywności, to jej strategiczne użycie wydaje się zasadne i konieczne.

(Zresztą neoliberalizm doskonale "zarządza" społeczną traumą i cierpieniem, które sam wywołuje: neoliberalna "terapia szokowa" obiecuje szybką modernizację, która ma w konsekwencji doprowadzić do powszechnego dobrobytu za cenę "przejściowej" pauperyzacji ogromnej części społeczeństwa i skapitalizowania relacji społecznych. Być może jedynym sposobem na neoliberalną terapię szokową jest przeciwstawna terapia szokowa, jakiś polityczny Blitzkrieg, który oczyści pole i otworzy nowe możliwości działania. W pewnym sensie neoliberalizm sam przyczynia się do takiej kontrterapii, o czym może świadczyć na przykład niedawny – lub wciąż obecny – kryzys finansowy. W neoliberalnym myśleniu lekiem na kryzysogenne "niedostatki systemu" ma być jeszcze więcej tego samego, co prowadzi do nieuchronnej konkluzji, że – jak obrazowo ujął to Karol Marks – kapitalizm hoduje swoich własnych grabarzy.)

Chociaż ambicje tego niewielkiego tekstu wykraczają poza wąsko rozumianą problematykę odmieńczości i zmierzają (mgliście i ogólnikowo) w kierunku szerszej strategii politycznej, to nie będę ukrywał, że moje rozważania na temat negatywności zostały w dużej mierze zainspirowane "rehabilitacją" negatywności w teorii queer. Nie wchodząc w szczegóły, wspomnę tylko o tzw. "antyspołecznym zwrocie" w teorii queer, kojarzonym zwłaszcza z amerykańskim teoretykiem Lee Edelmanem. Choć nie zgadzam się z wieloma założeniami książki No Future Edelmana, to jednak rozumiem i doceniam gest radykalnego odrzucenia społeczeństwa opartego nieuchronnie na "rozrodczym futuryzmie", gest odwrócenia się plecami i radykalnej odmowy. Edelman próbuje uciec przed obezwładniająca pozytywnością współczesnej machiny politycznej, nastawionej na budowanie "lepszej przyszłości" (w domyśle: dla naszych dzieci). Jednak ekonomię pozytywności, przed którą Edelman (słusznie) próbuje uciec, można uznać za strukturę uwarunkowaną historycznie, za jeden z etapów urzeczywistniania się "polityczności", nie zaś za "esencję" wszelkiej polityczności. A zatem to, czemu Edelman nadaje status radykalnej "prawdy" o (anty)społecznej roli odmieńczości "w ogóle", ja postrzegam jedynie jako strategię działania dostosowaną do obecnych warunków społeczno-politycznych. Dla mnie negatywność jest strategiczna, a nie strukturalna.

Tak jak powrót do idei komunizmu może stanowić "negatywistyczną" przeciwwagę dla liberalno-kapitalistycznego "Imperium Dobra", tak radykalna odmowa uznania legitymizacji obecnej struktury społecznej może przeciwstawić się pozytywizmowi mainstreamowych ruchów LGBT i wyznaczyć inną trajektorią dla odmieńczych praktyk politycznych i społecznych.

Weźmy na przykład kwestię tolerancji, która jest jednym z najwidoczniejszych przejawów pozytywności współczesnego porządku politycznego i do której niektórzy działacze LGBT próbują sprowadzić całość albo przynajmniej lwią część obecnej polityki antydyskryminacyjnej. W optyce liberalnego humanizmu, tak jak zło jest brakiem dobra, tak nietolerancja nie jest realną alternatywą, ale (naprawialnym) brakiem podstawowego dobra, jakim jest tolerancja. Nie wdając się szczegółowo w krytykę tego pojęcia, przytoczę tylko ciekawe spostrzeżenie Immanuela Kanta: "Tolerancja musi być nietolerancyjna wobec nietolerancji". W tym zdaniu zawiera się cały paradoks, ale i cała perfidia współczesnego liberalnego humanizmu, który z zasady toleruje wszystko, chciałby wszystko wkluczyć – ale nie może przecież tolerować radykalnie alternatywnych aksjologii. Wiara, że da się stworzyć idealną rzeczywistość, w której wszyscy tolerują wszystkich, a nietolerancja przestaje istnieć, zakłada totalną kastrację różnicy i sprowadzenie wszystkich do jednego wspólnego mianownika. (Jakkolwiek niemiło to zabrzmi, istnienie nietolerancji można uznać za wyznacznik realnej różnicy.) Plusem Kantowskiej konstatacji jest pośrednie przyznanie, że dobroczynna, pacyfistyczna gęba liberalnego humanizmu to fikcja: wbrew pieczołowicie podtrzymywanym pozorom nie jest on i nie może być bezzębną, miękką ideologią, musi natomiast rozpoznać się (wbrew sobie) jako ideologia wojująca. Widać to zresztą po rosnącej fali antyimigranckich, ksenofobicznych nastrojów w całej Europie: idea tolerancji osiągnęła pewien limit i niepostrzeżenie przeradza się w swoje przeciwieństwo. (Wygląda to trochę tak, jakby atrybut "tolerancyjności" zapewniało Europie coraz bardziej liberalne podjeście do "mniejszości seksualnych", podczas gdy drugą stroną tej transakcji jest wypychanie poza margines "nietolerancyjnych" muzułmanów i innych personae non gratae.) Nie mówię, że tolerancja jest z założenia złą wartością i nie postuluję bynajmniej nietolerancji; mówię, że sprowadzenie odmieńczej i antydyskryminacyjnej polityki głównie do idei tolerancji jest błędem, który w konsekwencji może doprowadzić do ogólnego wzrostu nietolerancji. Innymi słowy, trzeba wyjść poza myślenie w kategoriach "tolerancja" (dobro) contra "nietolerancja" (brak dobra) i w ogóle zmienić sposób formułowania problemu.

Teorię queer zwykle kojarzy się z krytyką wykluczeń społecznych, zapomina się jednak, że od samego początku (a ostatnio coraz wyraźniej) jest ona również krytyką wkluczania. Do tej pory krytyka wkluczania ograniczała się głównie do krytyki określonych mechanizmów wkluczania, które powodowały normatywizowanie odmieńczości i zacieranie radykalnych parametrów różnicy, niestrawnych dla systemu. Ale można tę krytykę posunąć o krok dalej i zakwestionować samą logikę warunkujących się wzajemnie mechanizmów wkluczania i wykluczania. W istocie bowiem liberalny humanizm zasadza się właśnie na fundamentalnej zasadzie wkluczania, zgodnie z ideą powszechnego, niewykluczającego dobra. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, jest to zasada pierwotniejsza od zasady wykluczania (tę drugą można natomiast uznać za bardziej fundamentalną w ideologiach neokonserwatywnych i faszyzujących). Aktorzy społeczni, którzy zyskują widzialność i status podmiotu, prędzej czy później muszą zostać wchłonięci przez system, inaczej system zaprzeczyłby samemu sobie, swojemu modus operandi. O ile ruchy LGBT domagają się wkluczania (realizując tym samym wewnętrzną logikę systemu), o tyle queer kwestionuje nie tylko konkretne parametry wkluczania, ale niekiedy rownież sam przymus wkluczania. Niczym dobry chrześcijanin, system "modli się" za nas, wklucza nas a priori, nawet zanim jeszcze nada nam równe prawa (na swoich zasadach). A zatem teoria queer może być w tym samym stopniu antywykluczeniowa jak i antywkluczeniowa , przy czym wewnętrzna sprzeczność tego stwierdzenia jest pozorna. Tylko pewnego rodzaju odmieńcza negatywność może zakwestionować całościowo sposób, w jaki liberalny humanizm parametryzuje płeć, seksualność i tożsamość. Polityka zafiksowana wyłącznie na pozytywności ("Gay is OK" itp.) na pewno do tego nie doprowadzi, a jedynie wzmocni legitymizację systemu i jego obowiązującej aksjologii.
(t)

niedziela, 12 września 2010

Zniszczyć seksualność


Poniżej zamieszczam autorski przekład (z wersji angielskiej) wybranych fragmentów z manifestu Guy Hocquenghema (1946-1988), francuskiego filozofa, pisarza, jednego z liderów Front Homosexuel d'Action Révolutionnaire (FHAR). Ciekawi mnie, jak czyta się ten wolnościowy manifest (napisany w 1973 roku) w czasach tak bardzo naznaczonych przez AIDS. Czy traumę "zarazy" i czasy poprawnego, bezpiecznego seksu można już uznać za minione, jak mogłaby o tym świadczyć np. rosnąca popularność praktyk barebacking, czy raczej manifest razi naiwnością przynależną pokoleniu '68? Jak postulaty Hocquenghema mają się do dzisiejszego aktywizmu LGBT, a zwłaszcza queer? Jak zmienił się od tamtej pory kapitalizm, a wraz z nim relacje społeczne, pod wpływem triumfującego dziś neoliberalizmu? Jak zmieniły się społeczne postawy wobec cielesności i seksualności? Czekam na komentarze!

***

Zniszczyć seksualność

(fragmenty)

Poprzez wstrzymanie, zastój, skaryfikację i neurozę kapitalistyczny ustrój narzuca swoje normy i wzorce, odciska swoje znamiona, przydziela swoje role, wdraża swoje programy. Przenika nasze ciała, wciska swoje śmiercionośne korzenie w nasze najgłębsze szczeliny. Przejmuje nasze organy, okrada nas z funkcji życiowych, okalecza nasze przyjemności, zaprzęga całą naszą witalną produktywność w paraliżujące tryby swej administracji. Czyni z każdego i każdej z nas kalekę, odciętą od własnego ciała i wyobcowaną z własnych pragnień.

Tutaj rządzi kastracja, która redukuje "podmiot" do pełnej poczucia winy, neurotycznej, pracowitej istoty, niewiele różniącej się od zwykłego wyrobnika. Ten stary porządek, przerażający i cuchnący padliną, zmusił nas do skierowania rewolucyjnej walki przeciwko kapitalistycznemu wyzyskowi tam, gdzie jest on zakorzeniony najgłębiej: w żywej tkance własnego ciała.

"Rewolucyjna świadomość" jest li tylko chimerą, dopóki istnieje poza "rewolucyjnym ciałem" – ciałem, które wytwarza swoją własną wolność.

Pragniemy pozbyć się raz na zawsze wszystkich ról i tożsamości opartych na fallusie. Pragniemy pozbyć się płciowej segregacji. Pragniemy pozbyć się takich kategorii, jak mężczyzna i kobieta, homo i hetero, posiadacz i posiadany, ważniejszy i pomniejszy, pan i niewolnik. Pragniemy wyjść poza wszelkie kategorie płciowe, być autonomicznymi, mobilnymi i wielowymiarowymi istotami ludzkimi.

Nie możemy już dłużej stać bezczynnie, gdy rabują nasze usta, nasze odbyty, nasze organy płciowe, nasze flaki, nasze żyły – po to, by przerobić je potem na części tej haniebnej machiny produkującej kapitał, wyzysk i rodzinę. Nie możemy już dłużej stać bezczynnie, gdy kontrolują, regulują i okupują nasze błony śluzowe, pory w naszej skórze, całą czującą powierzchnię naszego ciała. Nie możemy już dłużej "dochodzić" ani powstrzymywać swego gówna, swojej śliny, swojej energii podług ich praw, dopuszczających drobne wykroczenia. Chcemy rozwalić na kawałki to pełne zahamowań, umartwione ciało, w jakie kapitalizm stara się usilnie zamienić naszą żywą tkankę.

Chcąc, żeby fundamentalna wolność stała się częścią tych rewolucyjnych praktyk, musimy uciec od granic własnego "ja". Musimy przewrócić do góry nogami ten "podmiot" wewnątrz nas samych, porzucić osiadły tryb życia, uciec od stanu "ucywilizowania" i przemierzać otwarte przestrzenie ciała bez granic; żyć w samowolnej mobilności poza seksualnością, poza terytorium i inwentarzem normalności.

Po to, by wzajemnie zgłębiać nasze indywidualne historie, postanowiliśmy zbadać, w jaki sposób nasze życie – odbijające się w naszych pragnieniach – było w pełni kontrolowane przez podstawowe prawa naszego biurokratycznego, burżuazyjnego i judeochrześcijańskiego społeczeństwa, w jaki sposób podporządkowano je regułom maksymalizacji zysków, wartości dodanej i reprodukcyjności. Skonfrontowaliśmy nasze jednostkowe "doświadczenia", aby odkryć, że jakkolwiek "wolni" mogliśmy się sobie wydawać, w istocie nieustannie podporządkowujemy się stereotypom oficjalnej seksualności, która kontroluje każde seksualne doświadczenie, od łoża małżeńskiego po burdel, nie wspominając już o toaletach publicznych, dyskotekach, fabrykach, konfesjonałach, sex shopach, więzieniach, szkołach, przejściach podziemnych itp.

Nie chodzi nam po prostu o złamanie zasad tej oficjalnej seksualności, tak jak można złamać warunki zniewolenia wewnątrz pewnej struktury; chcemy ją zniszczyć, zlikwidować, ponieważ w gruncie rzeczy funkcjonuje ona jako powtarzająca się bez końca maszyna kastrująca, zaprojektowana po to, by odtwarzać wszędzie i we wszystkich bezkrytyczne posłuszeństwo niewolnika.

Seksualność jest tak samo monstrualna w tym, na co "przyzwala", jak i w tym, co ogranicza; nie ma wątpliwości, że "zliberalizowane" obyczaje seksualne i rozprzestrzenianie się "erotyki" poprzez reklamę na całość życia społecznego, kształtowanego i kontrolowanego przez menadżerów "zaawansowanego" kapitalizmu, w rezultacie zwiększają tylko wydajność "reprodukcyjnej" funkcji oficjalnego "libido". Zamiast niwelować niezadowolenie seksualne, praktyki te w istocie poszerzają sferę frustracji i "braku", co ułatwia przekształcenie pożądania w kompulsywny konsumpcjonizm oraz zapewnia "tworzenie popytu", który dostarcza kapitalizmowi świetnego alibi.

Chcemy dać kopa tej fasadzie nałożonej na seksualność i jej reprezentacje, tak byśmy mogli przekonać się, czym naprawdę jest nasze żywe ciało. Pragniemy uwolnić, wyzwolić, rozpętać, obudzić to żywe ciało, tak aby uwolnić wszystkie jego energie, pożądania, pasje, dławione przez nasz werbunkowy, zaprogramowany system społeczny.

Pragniemy odkryć na nowo doznania tak podstawowe, jak przyjemność oddychania, którą stłumiły siły przymusu i zanieczyszczenie powietrza; albo przyjemność jedzenia i trawienia, którą zakłóciła pogoń za zyskiem i wytwarzane za jej przyczyną surogaty żywności; albo przyjemność srania i pederastii, która jest systematycznie atakowana przez poglądy kapitalistycznego establishmentu na temat zwieracza. Chcemy odnaleźć przyjemność wibrowania, nucenia, mówienia, chodzenia, poruszania się, wyrażania się, szalenia, śpiewania – pragniemy w każdy możliwy sposób znajdować przyjemność w naszych ciałach. Chcemy odkryć na nowo przyjemność pomnażania przyjemności i tworzenia – przyjemność, którą bezlitośnie spętano przy pomocy systemu edukacji, mającego na celu jedynie produkcję bezwolnych robotników i konsumentów.
(t)

wtorek, 16 lutego 2010

Flaki się przewracają

Z góry przepraszam za to wyznanie, ale flaki mi się przewracają.

Wiem, że reklamy drażnią wszystkich, albo prawie wszystkich. I nie oczekuję od ich twórców pogłębionej refleksji etycznej, ani szczególnej wiedzy historycznej. W ogóle unikam telewizji i reklam jak ognia, ale niestety czasem coś się przez ten firewall przedrze.

Irytacja to jedno, ale są dwie reklamy (i zapewne wiele innych opartych na podobnym pomyśle, jednak szczęśliwie mi nieznanych), które budzą we mnie instynkty niemal mordercze. Są to reklamy luksusowych samochodów – marek oczywiście nie podam – w których wykorzystano legendarne piosenki czarnych wykonawców: „What a Wonderful World” Louisa Armstronga i „Ain’t Got No … I Got Life” Niny Simone.

Obydwie piosenki mają bardzo pozytywne przesłanie, są wyrazem ogromnej radości życia. Obydwie są owocem kultury czarnoskórych Amerykanów, którzy przeszli piekło niewolnictwa, lynchów, segregacji, skrajnego ubóstwa i niezliczonych przejawów rasizmu – a mimo to potrafili nie dać się zamknąć w roli ofiary, umieli afirmować życie. Tekst piosenki Niny Simone jest pod tym względem niezwykle wymowny:

Ain't got no home, ain't got no shoes
Ain't got no money, ain't got no class
Ain't got no skirts, ain't got no sweater…

Ta smutna wyliczanka idzie dalej, ale kończy się pozytywnym przesłaniem: „I got life, I got my freedom!”



Kiedy to przesłanie zestawi się z widokiem – o ironio! – wypasionego auta, prowadzonego przez równie wypasionego i uśmiechniętego przedstawiciela klasy średniej, to flaki się przewracają. Przynajmniej mnie. Wielka pochwała życia na przekór przeciwnościom losu zostaje zamieniona na kapitalistyczną obietnicę szczęścia przez nabywanie luksusowych towarów.

Jest to taki rodzaj kulturowego zawłaszczenia, który jest etycznie nie do przyjęcia. To tak, jakby „Bajkę o przygodach czarnego kurczątka” (czyli jedną z bajek powstałych w Auschwitz) wykorzystano, za przeproszeniem, w reklamie pasztetu drobiowego. Nawet jeśli współczesna kultura jest kulturą miksowania, coverowania, samplowania, gry z zastanymi znaczeniami itp., to jednak całkowite wypranie niektórych tekstów kulturowych z ich historycznego kontekstu jest po prostu obrzydliwe – zwłaszcza wtedy, kiedy służy interesom wypasionych korporacji i luksusowych marek.
(t)

czwartek, 28 stycznia 2010

Rodzina jako podstawowa komórka antyspołeczna

każdy w bunkrze na swoim cukrze (Miron Białoszewski)


Jedną z najbardziej zagadkowych wypowiedzi Chrystusa jest ta przytoczona przez Mateusza (10:34-36):

Nie sądźcie, że przyszedłem nieść pokój po ziemi. Nie przyszedłem nieść pokoju, lecz miecz. Przyszedłem bowiem przeciwstawić syna jego ojcu, a córkę jej matce, a synową jej teściowej; bo wrogami człowieka mieszkańcy jego domu.

Z kolei jeden z najmniej ortodoksyjnych czytelników Bilbii, angielski poeta, malarz i mistyk William Blake, rozwinął tę myśl w swojej unikalnej wersji chrześcijaństwa. Otóż to, co rozumie się powszechnie pod pojęciem „rodziny”, jest w istocie jedną z konsekwencji (i jednym z symptomów) upadku człowieka. Jest to model rodziny oparty na „okrutnej patriarchalnej dumie”, na zazdrości i zaborczym odizolowaniu tej „podstawowej jednostki społecznej” od reszty świata. Blake był świadkiem formowania się nowoczesnego, burżuazyjnego modelu rodziny, rozumianej w dużej mierze jako zbiór relacji własnościowych (żona jako własność męża; dzieci jako własność rodziców i inwestycja na przyszłość; kwestie spadkowe itp.) Taka rodzina (którą potem nazwano „nuklearną”) pielęgnuje postawy swoistego egoizmu, miałkiej „miłości rodzinnej” i wrogości dla obcego (która potem przekłada się na niejednokrotnie na postawy nacjonalistyczne); dla niektórych krzepiąca, potrafi też być duszna i toksyczna. O takiej właśnie rodzinie psychoanaliza może powiedzieć (pół żartem, pół serio), że jest „wylęgarnią nerwic”.

William Blake, "Glad Day"


Przypomniałem sobie o tym, kiedy moja przyjaciółka opowiedziała mi o swoim dziadku, który w czasie wojny ratował Żydów z transportów jadących do Auschwitz. Ta historia rodzinna – jakże, wydawałoby się, zacna i godna pochwały – nie była jednak w rodzinie mojej przyjaciółki rozpamiętywana i hołubiona. Wręcz przeciwnie, żona i dzieci dziadka do końca życia nie potrafiły mu wybaczyć, że narażał siebie i całą rodzinę na śmiertelne niebezpieczeństwo dla ratowania obcych ludzi. Można tę historię postrzegać jako historię konfliktu między etosem, powiedzmy, „prospołecznym” a etosem rodziny nuklearnej. (Pamiętajmy jednak, że ze względu na tradycyjne powiązanie mężczyzn z tym, co publiczne i kobiet z tym, co prywatne, wyjście poza wąskie ramy „nuklearnej rodziny” w imię „wyższych celów” zwykle łatwiej przychodzi mężczyźnie, podczas gdy kobiety w większym stopniu poczuwają się do obowiązku zapewnienia rodzinie fizycznego przetrwania.)

Wizja społeczeństwa oparta na (nuklearnej) rodzinie jako „podstawowej komórce społecznej” jest okrutnie zawężająca. Można na społeczeństwo patrzeć inaczej, jako na pole nieskończenie wielu możliwych oddziaływań, połączeń, relacji, sił, prądów, przekształceń, samoorganizujących się grup itp. Jest to wizja oparta nie na „okopywaniu się” w rodzinnej twierdzy, ale na zasadzie nieskończonego przenikania się i tworzenia wielowymiarowych kłączowatych sieci. Zresztą wbrew wszelkim normatywizującym prawom i regułom to przenikanie i tak ma miejsce, bo jest istotą życia społecznego. Zanim człowiek jest jednostką albo członkiem rodziny, narodu lub kościoła, jest przede wszystkim istotą społeczną, połączoną siecią widzialnych i niewidzialnych zależności z tysiącami innych podobnych istot. Rodzina wyzwolona z kapitalistycznej mentalności oraz z płytkiego kościelnego i państwowego normatywizmu, oparta na etosie otwartości, przyjaźni, dzielenia się, szukania nowych powiązań – oto rodzina, którą można by nazwać prawdziwie „prospołeczną”. Każdy inny rodzaj rodziny – choć korzystny dla kościoła, państwa i wolnego rynku – stoi w sprzeczności z tym, co zapewnia społeczeństwu jego witalność i zdolność twórczego samorozwoju.

Blisko tak rozumianej istoty życia społecznego sytuują się odmieńcy. To oni często wymykali się istniejącym strukturom rodzinnym, lub przynajmniej funkcjonowali na ich obrzeżach. Nie przedłużali ciągłości rodu, niekiedy byli wydziedziczani, nie tworzyli nowych nuklearnych rodzin. Tworzyli za to swoje własne rodzaje związków, wspólnot, grup wsparcia, często „w poprzek” istniejących podziałów społecznych, takich jak klasa, rasa czy wiek. Takie quasi-rodziny tworzone w latach 80. XX w. przez nie-białych odmieńców w Nowym Jorku prezentuje np. film dokumentalny Jennie Livingston Paris Is Burning. Także czas kryzysu związanego z początkami epidemii AIDS w Stanach Zjednoczonych pokazał niezwykłą żywotność społeczności LGBTQ i zdolność oddolnego samoorganizowania się. (Szkoda, że znamy tak niewiele przykładów z życia polskich odmieńców.)

Willi Ninja, jeden z bohaterów filmu Paris Is Burning


Obecny model rodziny, promowany i podtrzymywany przez kościół katolicki i w dużej mierze przez struktury państwowe, stał się doskonałym alibi dla neoliberalnego kapitalizmu. Wszyscy znamy ten sentymentalny kokon, w jaki owija się pojęcie „rodziny”, wszyscy setki razy słyszeliśmy, że przecież „rodzina jest najważniejsza”. Ekstremalne sprywatyzowanie rodziny stwarza wolne pole dla żarłocznych rekinów wolnego rynku i prowadzi do erozji tego, co społeczne. Rodzina jawi się jako „bezpieczna przystań” w tym niepewnym, okrutnym świecie. Czyż nie lepiej skoncentrować się po prostu na wąsko rozumianej rodzinie, nie wchodząc rekinom w drogę? Nadmierna wielość i różnorodność powiązań między ludźmi jest potencjalnie niebezpieczna ze względu na niekontrolowany przepływ idei i na wypracowywanie różnych form kolektywnej inteligencji; lepiej trzymać się sprawdzonych, patriarchalnych wzorów. Rodzina doskonale sprawdza się jako kapitalistyczny target, obiecując jednocześnie poczucie osobistego spełnienia i bezpieczeństwa.

Wyobraźmy sobie jednak inny model rodziny, zbliżony raczej do wolnego stowarzyszenia niż do nuklearnej fortecy. „Więzy krwi” czy instytucje prawne (np. małżeństwo) nie mogą determinować relacji międzyludzkich. Wyobraźmy sobie coś w rodzaju „spółdzielni”, w której ludzie z różnych środowisk, różnego wieku, różnych płci i orientacji wspólnie zajmują się gospodarstwem domowym, wychowywaniem dzieci, pracą i twórczym samorozwojem. Wyobraźmy sobie mikrospołeczność, która ustala własne zasady współżycia i współdziałania. Nie oznacza to ani braku zobowiązań, ani jakiejś utopijnej przestrzeni bez konfliktów czy nerwic (nie wolno też lekceważyć „spontanicznej” tendencji do odtwarzania się hierarchii społecznej na różnych poziomach i w różnych grupach.) Oznacza to natomiast „stowarzyszenie rodzinne” oparte na samostanowieniu i dobrowolności, na wzajemnym wsparciu i współpracy, na kolektywnej inteligencji, zdolności negocjacji, swobodnym przepływie wiedzy, przyjazności względem Innego, odpowiedzialnym kultywowaniu różnicy.

Jeśli państwo musi dla swoich ewidencyjno-podatkowych celów prowadzić jakiś rejestr, niech zrezygnuje z rejestrowania małżeństw i jakichkolwiek związków, a zacznie rejestrować gospodarstwa domowe, bez wnikania w rodzaj relacji, jakie łączą członków danego gospodarstwa. Być może wprowadzenie Powszechnego Dochodu Podstawowego przyczyniłoby się częściowo do realizacji takiej wizji, dając wszystkim względną swobodę w podejmowaniu decyzji życiowych, a jednocześnie zachęcając do tworzenia „wolnych stowarzyszeń rodzinnych” dla podniesienia jakości życia i zaspokojenia szeregu potrzeb społecznych. Sensowna polityka państwa, np. w zakresie budownictwa mieszkaniowego, również mogłaby się do tego przyczynić.

W bunkrze naprawdę nie mieszka się dobrze.
(t)

czwartek, 7 stycznia 2010

Pochwała wyjątku

Są wyrobnicy reguły i pracownicy wyjątku. Nie, nie odrzucam reguły, bo do pewnego momentu zapewnia ona stabilność systemu, zapewnia (prze)trwanie. Ale reguła jest zaborcza, uzurpatorska, uciskająca. Przez samą swoją powtarzalność i (samozwańczą) powszechność ma zawsze przewagę nad wyjątkiem. I dlatego staję po stronie wyjątku.

Mówi się: wyjątek potwierdza regułę. (Już samo to zdanie nabrało mocy reguły.) Tego przynajmniej domaga się reguła, więc każde potencjalne zagrożenie ze strony wyjątku stara się zneutralizować, umniejszyć, wyeliminować.

Obejrzałem niedawno amatorskie przedstawienie sztuki "Chitra" Rabindranatha Tagore (pierwszego niezachodniego laureata literackiej Nagrody Nobla). W historii tej, opartej na Mahabharacie, pojawia się dżenderowo nienormatywna postać księżniczki Chitrangady, która ubiera się i zachowuje jak mężczyzna, a także odgrywa szereg męskich ról społecznych (władczyni, wojowniczka, strażniczka porządku). Jednak nie trzeba długo czekać, zanim w księżniczce obudzi się „prawdziwa kobieta”, oczywiście dzięki miłości do mężczyzny, księcia Arjuny.

Oto jedna z odwiecznych strategii narracyjnych: jakikolwiek wywrotowy potencjał odmieńczości (jeśli w ogóle znalazło się dla niej miejsce w opowieści) musi prędzej czy później zostać wpisany w (hetero)normatywny porządek, tak aby w ostatecznym rozrachunku wyjątek potwierdził istniejącą regułę. Ale jako odbiorcy nie jesteśmy zupełnie bezsilni, możemy bowiem przyjąć przekorną politykę czytelniczą, która z podobnych historii wyciśnie ich wywrotowy, odmieńczy potencjał. Można bronić wyjątku przed zaborczością reguły – przed zaanektowaniem, spacyfikowaniem, normatywizacją.

(Dodajmy, że w niektórych tradycjach kulturowych postacie nienormatywne były traktowane z ogromnym szacunkiem, a ich wyjątkowość – po części groźna, a po części fascynująca – plasowała je raczej bliżej boskości niż zła, grzechu, czy patologii.)

Podobny mechanizm można zauważyć również w funkcjonowaniu kapitalizmu, który w swej wszystkożerności potrafi wchłonąć i strawić niemal wszystko – nawet to, co wyrosło ze szczerego sprzeciwu wobec niego. Czy punk (z niewielkimi, choć znaczącymi wyjątkami) jest dziś czymś więcej, niż po prostu „stylem”, który można nabyć w „alternatywnych” sklepach za niemałe pieniądze? Kapitalizm cudownie poradził sobie z tym oddolnym buntem, wpisując jego estetykę do katalogu „subkultur młodzieżowych” i wytrącając mu tym samym broń z ręki. Bunt też ma swoją wartość rynkową (może pani Chylińska miałaby na ten temat coś ciekawego do powiedzenia?) Przeciwnicy kapitalizmu są wkalkulowani w sposób jego funkcjonowania i (prawie?) zawsze znajdzie się sposób, żeby ich urynkowić i zneutralizować.

Być może każdy wyjątek marzy skrycie, żeby stać się regułą. Ale dopóki jest wyjątkiem, brońmy go. Brońmy do upadłego wyjątkowości wyjątku; nie pozwalajmy regule wyjątku ujarzmić i podporządkować. Nie, wyjątek NIGDY nie potwierdza reguły, chyba że przytnie mu się pazury, zamknie w klatce i wytresuje.
(t)