Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 maja 2016

KLUB COCON I PRZEMOC W ŚRODOWISKU LGBTQ

[tekst ukazał się oryginalnie na stronie Codziennika Feministycznego]

przemoc klub coconJako wieloletni sympatyk i współpracownik Queerowego Maja, a także osoba od dawna aktywnie zaangażowana w rozwój teorii queer oraz aktywizmu queerowego w Polsce, z ogromnym rozczarowaniem przyjąłem do wiadomości informację, że tegoroczna impreza pomarszowa ma odbyć się w klubie Cocon.

W dniu 30 stycznia zostałem w tymże klubie wielokrotnie obrażony oraz dotkliwie pobity – najpierw przez jednego z klientów klubu, a następnie przez tzw. ochroniarzy. Sytuacji można było łatwo uniknąć, ponieważ nieodpowiednie zachowanie klienta zgłosiłem dużo wcześniej do tzw. menadżera klubu, który nie tylko zignorował moją interwencję, ale zrobił to w sposób, eufemistycznie mówiąc, niegrzeczny. O pobiciu została poinformowana policja, która przybyła na miejsce zdarzenia. Na oddziale SOR jednego z krakowskich szpitali lekarze poddali mnie szeregowi badań, w tym tomografii krtani, w związku z jej naruszeniem po bardzo silnym duszeniu. Poniosłem również dotkliwe straty psychiczne i moralne. 

Skierowałem do właściciela klubu pisemne (odebrane) żądanie zadośćuczynienia, a następnie podjąłem próbę nawiązania kontaktu przez pocztę elektroniczną. Zaznaczę, że w ramach zadośćuczynienia zaproponowałem właścicielowi współudział w kampanii mającej na celu podnoszenie świadomości w zakresie środowiska LGBT/Q, a w szczególności wśród właścicieli i obsługi klubów, w odniesieniu do różnych form przemocy i strategii przeciwdziałania jej. Ze zgrozą obserwuję znaczny wzrost zachowań przemocowych w miejscach, które z założenia mają być LGBT/Q-friendly; w ostatnich latach wielokrotnie byłem świadkiem takich sytuacji w samym klubie Cocon (jedna z nich została opisana przez Evelinę Evelę, a także w innych miejscach LGBT/Q, co niewątpliwie związane jest z ogólnie rosnącym poziomem agresji symbolicznej i fizycznej w polskim społeczeństwie. A z jeszcze większą zgrozą obserwuję całkowite ignorowanie problemu, podczas gdy NA PRZEMOC NIE MOŻE BYĆ PRZYZWOLENIA. 

Wracając do klubu Cocon – moje zgłoszenie musiało zostać odebrane przez właściciela klubu jako tak błahe, że nie zasłużyło nawet na żadną – choćby zdawkową – odpowiedź. Jest to ta sama osoba, która buduje wizerunek swój i swojego klubu na szczytnych ideach propagowania kultury LGBT/Q i takich wartości, jak tolerancja, otwartość i środowiskowe wsparcie. Jak sam powiada w niedawnym wywiadzie: „to jest miejsce, które spełnia rolę społeczną”, a osoba prowadząca wywiad chwali rozmówcę za „oswajanie nowoprzybyłych, zajmowanie się nimi, pokazywanie im tego, czym jest ta krakowska gejowskość klubowa”. W kontekście całkowitego lekceważenia powtarzających się w klubie i zgłaszanych do kierownictwa sytuacji przemocowych, odniesienie do „solidarności” i „równości” w haśle Queerowego Maja brzmi, niestety, jak ponury żart. 

Szczerze żałuję, że zostałem zmuszony do napisania tego oświadczenia. Byłem klientem klubu Cocon (a wcześniej także klubu Queer) od samego początku jego istnienia i łączył mnie z tym miejscem duży sentyment. Co więcej, uważam, że takie miejsce jest w Krakowie bardzo potrzebne, o ile oczywiście będzie to lokal bezpieczny i rozsądnie zarządzany. W obecnej chwili klub Cocon nie jest, w mojej ocenie, miejscem, w którym dba się o bezpieczeństwo i komfort klientów (a raczej – dba się o bezpieczeństwo i komfort WYBRANYCH klientów). A zatem ani w imprezie pomarszowej, ani w żadnej innej uczestniczyć nie będę (a wręcz – jako osoba z czarnej listy – zapewne nie mogę), przynajmniej do czasu, gdy właściciel i obsługa klubu nie wykażą się FAKTYCZNYM ZAANGAŻOWANIEM W PRZECIWDZIAŁANIE PRZEMOCY. 

Szkoda, że obok warsztatów tańca i wegańskiej kuchni nie starczyło w Queerowym Maju miejsca na tak poważną kwestię, jak przemoc wewnątrzśrodowiskowa. Pomimo odmowy współpracy ze strony właściciela klubu Cocon, mam szczerą nadzieję, że znajdą się osoby chętne wspomóc (finansowo, merytorycznie i aktywistycznie) antyprzemocową kampanię, którą planuję zorganizować, kiedy tylko pozwolą mi na to obowiązki służbowe (więcej informacji na jej temat, wraz z ogólną refleksją na temat „niewidzialności” przemocy, zamieszczę wkrótce na wybranych portalach środowiskowych). Niewykluczone, że w efekcie wspomnianej kampanii znajdzie się w przyszłorocznym Queerowym Maju miejsce dla tego ze wszech miar ważnego tematu.

dr hab. Tomasz Sikora
naukowiec, dydaktyk, queerowiec, współredaktor queerowego czasopisma InterAlia



wtorek, 6 maja 2014

Siusiu w torcik

Wypuszczony niedawno spot KPH promujący ideę związków partnerskich wywołuje mój wisceralny sprzeciw. Nie chodzi nawet o samą ideę – to osobny, duży temat; jestem w stanie wyobrazić sobie taką przebudowę porządku prawnego, żeby jakiś rodzaj związków był w nim sankcjonowany, skoro wiele osób odczuwa taką potrzebę. Chodzi mi raczej o estetyczne, polityczne i etyczne implikacje rzeczonego filmiku.

Kiedy piszę o wisceralnym sprzeciwie, to zaczyna się on od mojej reakcji na samą cukierkową „powierzchnię” spotu, na warstwę wizualno-dźwiękową. Zdaję sobie sprawę, że mainstreamowa estetyka rodem z reklamy miesiąca miodowego w Kazimierzu Dolnym została dobrana celowo, z bardzo określonych powodów (do których zaraz wrócę). Jednak nie mam wątpliwości, że możliwe jest zbudowanie warstwy estetycznej w taki sposób, żeby była prosta i atrakcyjna, a jednocześnie niebanalna. Być może bogaty dorobek estetyki campowej mógłby podsunąć twórcom/twórczyniom jakiś ciekawy pomysł. Ale nie, wybrali estetykę możliwie najbardziej siermiężnej polskiej telenoweli, bo i widownia, do której chcą trafić, to – jak nietrudno się domyślić – widownia o mentalności serialowej (i nie mam, niestety, na myśli tych naprawdę ciekawych – niestety niepolskich – seriali).

Każde dzieło wizualne konstruuje czy też „ustawia” spojrzenie widza/ widzki (?). To nie znaczy, że widzowie są nieuchronnie skazani na spojrzenie, które jest im implikowane. Po pierwsze, nierzadko odbiorczyni/odbiorca jest z tego implikowanego spojrzenia z założenia wyłączona/-y lub włączona/-y na bardzo określonych zasadach, np. na zasadzie wyjątku potwierdzającego regułę; a po drugie, każde dzieło można odczytać na przekór, wbrew tej tendencji, by ustawiać podmioty i relacje w określony porządek symboliczno-społeczny. Jakie więc spojrzenie implikuje spot „Najbliżsi Obcy”? Jest to spojrzenie przycięte na miarę konserwatywnego Polaka i konserwatywnej Polki. Jest to – jak trafnie zauważa w swoim felietonie Paulina Szkudlarek – spojrzenie schlebiające heteropatriarchalnemu mężczyźnie, który infantylizuje kobiety i pozwala sobie od czasu do czasu na małą fantazję erotyczną z lesbijkami w roli głównej (patrz sterczący sutek w trzeciej sekundzie spotu). Jest to spojrzenie dobrych, katolickich kobiet-matek, do których adresowana jest afektywna strona spotu („biedne dziewczęta, przecież one chcą tylko być szczęśliwe, czy to grzech?”). A na ogólniejszym poziomie: jest to spojrzenie wytresowane przez TVN-owski Truman Show.

Żeby się zbytnio nie rozwlekać, napiszę wprost, że strategia spotu to pod każdym względem MAKSIMUM NORMALIZACJI. Temu strategicznemu celowi podporządkowane jest dosłownie wszystko: wspomniana powyżej pastelowo-cukierkowa estetyka; serialowa reprezentacja „codziennego życia”; nachalnie cisgenderowy model „dziewczęcości” (bo chyba trudno mówić tu o „kobiecości”), a także młody wiek bohaterek, ich płeć (para gejów byłaby na pewno trudniejsza do przełknięcia, nie wspominając o osobach trans*), uroda, pełnosprawność, ogólna ekspresja (ubiór, mimika, narracja). Ukoronowaniem tej strategii jest oczywiście fakt, że przez większą część spotu widzowi i widzce sugeruje się, że piękna, młoda narratorka opowiada o relacji z mężczyzną, co podkreśla dodatkowo męska forma wyrażenia „… z kimś obcym”. Na koniec: BUM, mowa o lesbijkach! A wszystko było przecież tak samo, jak w życiu, czyli jak w telenoweli: te uśmiechy, te kłótnie i pogodzenia, te łzy, ten tort… Było po prostu do bólu normalnie. I owszem, ujawniony na końcu jednopłciowy charakter związku narratorki wprowadza element różnicy – ale różnicy wykastrowanej, zredukowanej, wygładzonej i maksymalnie przyciętej do konserwatywno-neoliberalnej hetero-i homonormy.

Strategia normalizacji to obecnie główna strategia mainstreamowych organizacji LGBT, więc trudno się takiej wymowie spotu dziwić. Jego pomysłodawcy i twórczynie będą zapewne argumentować, że spot miał trafić nie tyle do geja i lesbijki (a już zwłaszcza nie do tych bardziej radykalnie myślących), ile do „przeciętnego Polaka” i takowej Polki, a zatem trzeba do nich mówić językiem, jaki zrozumieją. Bo to od ich poparcia będzie zależeć w przyszłości kwestia wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich. Dobrze, święte prawo organizacji definiować sobie cele i strategie działania. Ale jednocześnie mam nadzieję, że pomysłodawczynie i twórcy spotu nie będą zdziwieni, że część osób jakoś tam kojarzonych z literkami „LGBT”, a zwłaszcza Q, będzie się czuła z takiej reprezentacji głęboko wyOBCOwana. Bo w ogóle głównym problemem współczesnych porządków kulturowo-politycznych jest fiksacja na punkcie reprezentacji. Spot KPH konstruuje pewien zbiorowy podmiot, który po prostu nie istnieje – nie tylko ze względu na ogromną różnorodność osób określanych (czy określających się) ogólną nazwą LGBT/Q, ale przede wszystkim ze względu na promowanie obrazu odmieńczości, który jest nade wszystko PROJEKCJĄ heteropatriarchalnego umysłu, na dodatek podaną w ciężkostrawnym, wielkomiejsko-hipsterskim sosie.

W mojej krytyce nie chodzi bynajmniej o szukanie takich reprezentacji, które byłyby „prawdziwe”, a nie zniekształcone przez krzywe lustro heteropatriarchalnego spojrzenia (nawet w jego bardziej liberalno-postępowej odmianie). To byłaby błędna logika, prowadząca do kolejnych paradoksów i wykluczeń. Chodzi o to, jaką wizję społeczną, polityczną i etyczną proponuje dany tekst kulturowy. W założeniu twórców omawianego spotu chodzi niewątpliwie o promowanie społeczeństwa otwartego i tolerancyjnego. Jakie więc zdziwienie musiał wywołać w think-tanku KPH taki oto komentarz (podpisany Anhonime2) umieszczony pod spotem w serwisie YouTube:
Ta kampania jest obrzydliwa. Nie dziwię się, że Polska jest takim zaściankowym krajem. Jest tu wyraźna implikacja, że osoby obce są gorsze względem tych, z którymi tworzymy prawnie wspólnotę (np. obywatelstwo jakiegoś kraju) = jawna KSENOFOBIA.Powinniśmy przestać portretować obcych jako jakichś gorszych, jeśli chcemy żyć w nowoczesnym społeczeństwie. Mi nie przeszkadza, że mój przyjaciel jest np. z Niemiec i nie ma obywatelstwa polskiego - wciąż jest moim przyjacielem i nie są mi potrzebne żadne regulacje prawne. Idea tej kampanii jest kompletnie odwrotna.O skrajnie cispłciowym modelu przedstawionej relacji nawet nie piszę, bo wyjdzie mi cała rozprawka. 
Użytkownik “Biuro KPH” odpowiedział ze smutną mineczką, że autor komentarza kompletnie nie zrozumiał przesłania kampanii. A ja niestety obawiam się, że zrozumiał je lepiej niż sami liderzy kampanii, którzy przy wszystkich swoich dobrych intencjach (których im w najmniejszym stopniu nie odmawiam) nie potrafią wyjść poza mentalny horyzont, który zakreśliła w ich głowach polska – niech już będzie to słowo – zaściankowość. Jest dokładnie tak, jak pisze Anhonime2: spot promuje etykę SWOJSKOŚCI i tym samym (jakkolwiek nieświadomie) uderza w inny rodzaj etyki, który z braku lepszego określenia nazwałbym „ksenofilią” albo etyką zorientowaną na obcość. Chodzi o kierunek ciążenia: czy stawiamy na oswojenie/ „uswojskowienie”/ normalizację/ naturalizację odmieńczości – czyli to, co robią wszystkie konserwatywne filozofie z prawa i lewa (tak tak, na lewicy też nie brakuje takich postaw), czy raczej na alternatywną postawę, w której to właśnie obcość – także obcość w nas samych – jest pierwotna i jako taka stanowi punkt wyjścia do myślenia o relacjach społecznych. Kampania KPH mówi: geje i lesbijki są NASI. To swojaki. W przeciwieństwie, oczywiście, do wszystkich nie-swojaków. Ot, choćby promiskuitywnych gejów albo poliamorycznych lesbijek. A nawet  wojujących feministek, które nic tylko się czepiają ładnej dziewczyny ze spotu. O nie, ci nie są fajni. Te nie są fajne. Tych torcikiem nie poczęstujemy. 

PS Przepraszam za mały plagiacik w tytule postu, ale lepszy trudno było mi sobie wyobrazić...

[t]

sobota, 11 czerwca 2011

O odmieńcach, mutantach i innych (cz. 1)

Nie interesuje mnie recenzenctwo ani tym bardziej fanowstwo, ale najnowsza filmowa adaptacja kultowgo komiksu X-Men: Pierwsza klasa jest wystarczająco ciekawą produkcją, żeby sprowokować mnie do tych kilku pospiesznych obserwacji.

Film ewidentnie wpisuje się w najważniejsze debaty polityczne, które w ostatnich latach rozgrzewają społeczeństwo amerykańskie, a także inne społeczeństwa zachodnie. Jest na przykład aluzja do sprawy traktowania gejów i lesbijek w armii, kiedy "wyałtowany" jako mutant Hank McCoy odpowiada swojemu szefowi w CIA "You didn't ask, so I didn't tell". Jest sprawa stosowania tortur wobec prawdziwych lub domniemanych terrorystów, kiedy jeden z szefów CIA dowodzi, że wprawdzie prawo zabrania stosowania tortur na ludziach, ale nie na mutantach. Najogólniej biorąc, jest sprawa definiowania "wroga" w życiu politycznym wspólnoty, a zatem nawiązanie do (neo-)schmittiańskich rozważań na temat polityczności. Akcja rozgrywa się wprawdzie w roku 1962, kiedy zimnowojenna logika wydawała się dość jasno definować wroga USA (czy też "wolności i demokracji" w ogóle), ale ta binarna logika jest w filmie sproblematyzowana, a w tle pobrzmiewają echa współczesnej debaty na temat "wojny z terroryzmem".

Moim zdaniem, na "głębokim" poziomie filmową historię da się odczytać jako historię przezwyciężenia "starozakonnej" etyki retrybucji przez chrześcijańską etykę przebaczenia – jakkolwiek świeckie przebrania przyjmują we współczesnym teatrze politycznym te dwie przeciwstawiane sobie wizje etyczne. Na ironię zakrawa fakt, że ofiara Holocaustu Erik Lehnsherr w końcu przyjmuje postawę swojego nazistowskiego oprawcy doktora Schmidta vel Sebastiana Shaw (czyżby zawoalowana krytyka polityki Izraela względem Palestyny?), a uśmiercenie ex-nazisty okazuje się raczej prywatną zemstą Erika, a nie przysługą oddaną ludzkości, choć przy okazji rzeczywiście pomaga zapobiec wojnie nukleranej. Zło nie jest tu może jakąś transcendentną, manichejską siłą (motywacja Erika/Magneto jest przecież psychologicznie zrozumiała i widz z całą pewnością mu współczuje), ale jest zaraźliwe i w ostateczności nigdy nie prowadzi do niczego dobrego: zamiast "lepszego jutra" jest tylko samonapędzające się błędne koło przemocy i zemsty

Tę postawę przezwycięża "dobry" profesor Xavier, który reprezentuje zasadniczo liberalną wizję "wspólnego dobra". Mówiąc w skrócie, jego etyka sprowadza się do chrześcijańskiej zasady, że należy nienawidzić grzech, a nie grzeszącego człowieka (dlatego np. katechizm katolicki nakazuje szanować "osoby homoseksualne", jednocześnie potępiając grzech sodomii.) A zatem wróg staje się bardziej abstrakcyjny – nie jest nim Shaw, nie są Rosjanie, ale zło jako takie – zło, które należy pokonać przede wszystkim w samym sobie. Magneto – choć niepozbawiony swoich racji moralnych – nie potrafi tego zrobić, nie potrafi wznieść się ponad osobiste urazy i wyrwać się ze spirali zła. (Nota bene, jak pokazuje film, potrafiły to zrobić dwa supermocarstwa, które w 1962 o mały włos uniknęły nuklearnej konfrontacji, ale przecież w końcu przerwały błędne koło wyścigu zbrojeń i dziś jako tako ze sobą współpracują – dla "wspólnego dobra ludzkości".) Innymi słowy, podstawowym pytaniem współczesnej liberalnej demokracji (a zwłaszcza USA) nie jest już "Kto jest wrogiem?" ale raczej "CO jest wrogiem" (w domyśle: wspólnym wrogiem nas wszystkich) i jak to "coś" zlokalizować i zneutralizować.*

Zauważmy na marginesie, że choć zabicie Osamy Bin Ladena wywołało w Stanach falę euforii (i zwyżkę notowań Obamy), to przez "niektóre kręgi" – zwłaszcza w Europie, ale również w USA – zostało uznane za nawrót do średniowiecznej etyki i barbarzyńskiego pojmowania "wroga" jako konkretnego człowieka, którego należy po prostu wyeliminować (patrz np. komentarze do wypowiedzi Angeli Merkel po śmierci bin Ladena). W dość zgodnej opinii uczonych ekspertów, ta egzekucja w żaden sposób nie przyczyni się do zwalczania "samego zła", czyli terroryzmu, a ma jedynie wymiar symboliczny, propagandowy i retaliacyjny. Można niemal powiedzieć, że Obama popełnił ten sam błąd, przed którym ostrzega film: bo choć retoryka walki ze złem terroryzmu – czyli wspólnym wrogiem "nas wszystkich", łącznie z Arabami – wydaje się (z liberalnego punktu widzenia) słuszna, to jednak "ucieleśnienie" tego zła w postaci Osamy bin Ladena jest oczywistym błędem. W filmie Amerykanom i Rosjanom (którzy, co warte podkreślenia, zachowują się niemal identycznie) wydaje się, tuż po uniknięciu zbrojnej konfrontacji, że znaleźli wreszcie prawdziwego, wspólnego, ucieleśnionego wroga, którym są mutanci; film poucza nas jednak, że zło leży gdzie indziej i inaczej należy z nim walczyć (być może próbując "nawrócić" Magneto na ideę wspólnego dobra, tak jak dali się nawrócić Rosjanie).

Warto w tym miejscu przywołać film Ridleya Scotta Królestwo Niebieskie z 2005 roku, w którym również zderzone są dwie postawy etyczne: "pogańskie" chrześcijaństwo takich postaci jak Guy de Lusignan czy Sybilla i (proto)nowoczesne, zrelatywizywane chrześcijaństwo głównego bohatera Baliana. Złym "innym" jest tu nie tyle Muzułmanin po prostu, ile przede wszystkim "nieoświecony" chrześcijanin, pojmujący wspólnotę w prymitywnych kategoriach "swój" contra "wróg". Chrześcijanin nowoczesny, dla odmiany, to chrześcijanin samokrytyczny i wątpiący, antyfundamentalistyczny i pragmatyczny; być może wręcz – idąc za prowokacyjnymi tezami Slavoja Žižka – ideę współczesnego chrześcijaństwa najlepiej realizuje ateista. (Czyż potajemnie promując tego typu logikę chrześcijaństwo nie wytrącałoby w mistrzowski sposób broni z ręki swoim laickim przeciwnikom?!)

Dla oświeconego chrzescijaństwa (i jego świeckiej wersji – liberalizmu) fundamentalizm chrześcijański jest (neo)poganizmem, natomiast dla "fundamentalistów" zrelatywizowane chrześcijaństwo jest zdradą "esencji" chrześcijaństwa. Te tarcia widać bardzo wyraźnie na przykład w sporach, jakie toczą się od lat w łonie polskiego kościoła katolickiego, zwłaszcza wokół sprawy Radia Maryja i jego licznej rodziny. Zaryzykowałbym jednak twierdzenie, że konflikt między kryptomanichejskimi postawami fundamentalistyczymi a pozytywistycznym liberalnym relatywizmem (o którym już troszkę pisałem) jest o wiele bardziej fundamentalny dla funkcjonowania zachodnich demokracji, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać – ale do tego wątku mam nadzieję powrócić w jednym z przyszłych wpisów.

[Część druga tutaj.]

------------
* Porównałbym te zabiegi do idei "inteligentnych leków", których głównym zadaniem jest szybkie dotarcie do "istoty problemu" i zlikwidowanie przyczyny dolegliwości "w zarodku", bez narażania na szwank równowagi całego organizmu.
(t)

czwartek, 20 maja 2010

"Mission (im)possible": o związkach, wykluczeniach i poszerzaniu wolności

Od roku działa Grupa Inicjatywna ds. związków partnerskich, która pracuje nad przygotowaniem projektu o związkach partnerskich. Ogromnie cenię sobie pracę tych osób, ich wiedzę i zaangażowanie, odwagę ścierania się z konserwatyzmem polskiego społeczeństwa (obficie reprezentowanym również w Sejmie) oraz gotowość podróżowania po Polsce, w tym także po mniejszych miastach, w celu prowadzenia konsultacji społecznych.

Miałem przyjemność uczestniczyć w jednej z tych bardzo profesjonalnie przygotowanych prezentacji. Pomimo krytycznych zastrzeżeń, o których za chwilę, chcę od razu powiedzieć, że popieram projekt Grupy Inicjatywnej (a w zasadzie, póki co, założenia do projektu) także w obecnej postaci. Ogólniejsze zastrzeżenia dotyczące idei związków partnerskich jako strategicznego celu ruchu LGBT opisałem już gdzie indziej. Jestem daleki od lekceważenia wszelkich praktycznych kwestii (dziedziczenie, wspólne rozliczenia podatkowe itd.), których rozwiązania domaga się środowisko i nad którymi pracuje GI. Jednak równie ważne, może nawet ważniejsze, wydają mi się inne, niejako "uboczne" efekty pracy nad tym projektem: mobilizacja (wciąż, niestety, niezadowalająca) środowiska LGBT (a także innych grup społecznych, które chciałyby włączyć się w ten proces), pokonanie marazmu i niechęci do angażowania się w działalność społeczno-polityczną, zogniskowanie energii społecznej, a docelowo dokonanie wyłomu w porządku prawnym (ale także symbolicznym) obowiązującym w Polsce. (Nie dziwi mnie to, co usłyszałem niedawno od znajomej lesbijki z Wielkiej Brytanii: po gorącej walce o związki partnerskie i ich zalegalizowaniu w 2005 roku, środowisko LGBT jakoś nie garnie się masowo do ich zawierania.)

Mam dwa zasadnicze zastrzeżenia do propozycji przedstawionych na spotkaniu przez członków GI. Pierwszy dotyczy wycofania się z postulatu pełnych praw adopcyjnych dla par jednopłciowych (czyli ograniczenie się wyłącznie do możliwości adoptowania biologicznych dzieci swojej partnerki / swojego partnera). Uważam, że rezygnacja z tego postulatu jest przejawem autokastracji środowiska LGBT, w którym – jak przyznali sami prelegenci – większość (choć nie miażdżąca) popiera taki postulat. Albo – odwołując się mniej do woli ludu, a bardziej do idealizmu prawno-politycznego – jest to żądanie równości, przy jednoczesnym przyznaniu (homofobicznej) większości prawa do ograniczenia tej równości. Uwzględnienie tego postulatu uznałbym za uczciwe postawienie sprawy – nawet za cenę narażenia się na większy opór materii politycznej i społecznej. Konserwatyści i tak będą torpedować taki "niepełny" projekt nie tylko ze względu na zawarcie w nim adopcji "wewnętrznej", ale także argumentując (zresztą słusznie, czego członkowie GI nie kryją), że ten projekt ma przygotować grunt pod przyznanie parom jednopłciowym pełnych praw adopcyjnych w przyszłości – a to, ich zdaniem, jest przecież równoznaczne z całkowitym upadkiem moralności i podstaw zachodniej cywilizacji. Innymi słowy, dyskusji na temat adopcji i tak nie da się uniknąć, może więc lepiej zacząć ją już teraz (nawet jeśli wymogi kompromisu politycznego – o ile oczywiście do niego w ogóle kiedyś dojdzie – wymuszą wykreślenie tego postulatu z ostatecznej wersji ustawy).

Rozumiem argument, że konserwatywnych (czyli de facto niemal wszystkich) polityków parlamentarnych stosunkowo łatwiej przekonać do adopcji wewnętrznej niż pełnej. Ale, jak sądzę, i z tą pierwszą wcale nie będzie łatwo. Wysunięcie postulatu pełnej adopcji – poparte racjonalną argumentacją i powoływaniem się na liczne badania naukowe – może zapoczątkować dyskusję (z początku burzliwą i emocjonalną, lecz z czasem coraz bardziej rzeczową) nad tą kwestią oraz zmianę mentalnościową, jakkolwiek powolną. Rozumiem argument pragmatyczny ("taki postulat ukręci łeb całej sprawie już na samym początku; lepiej dążyć do celu małymi kroczkami" itp.) – jednak rezerwuję sobie prawo do kontestowania granic pragmatyzmu. Dochodzę tu właściwie do istoty tego, co w moim mniemaniu czyni z polityka (w najogólniejszym sensie, uwzględniającym także aktywistów czy lobbystów) kogoś naprawdę godnego tego miana: otóż polityk to ten, który z niemożliwego potrafi zrobić możliwe; wszyscy inni to biurokraci, zarządcy, regulatorzy. (Niemożliwego dokonał Barack Obama zostając prezydentem USA; i nawet jeśli zawdzięcza to nie tylko sobie, ale również złożonemu splotowi okoliczności, to przynajmniej potrafił wykorzystać je na swoją korzyść.) Zgoda: projekt już w tej "okrojonej" postaci (czyli z autocenzorskim wycięciem pełnych praw adopcyjnych) jest domaganiem się "niemożliwego" – i za to między innymi cenię działalność GI. (Dodam, że druga przedstawicielka GI wykazała się dużą wyobraźnią polityczną, nie wykluczając, że za kilka lat ustawę o związkach partnerskich przyjmie rząd PiS-owski – o taką, między innymi, dalekosiężną wyobraźnię polityczną mi chodzi!) Jednocześnie jednak pozwalam sobie postulować przesunięcie granic "możliwego" o krok dalej.

Jeszcze ciekawsza jest kwestia wyboru konkretnego modelu uregulowań prawnych związanych ze związkami jednopłciowymi. Z czterech wymienionych propozycji (pełne małżeństwo / związki partnerskie / umowy cywilno-prawne na wzór francuskich PACS / konkubinat), prelegent opowiedział się za modelem PACS, uzasadniając to jego maksymalną elastycznością. Taki model, jego zdaniem, odpowiada potrzebom współczesnych ludzi (zwłaszcza w porównaniu z anachronicznym modelem małżeńskim), pozwala dość swobodnie kształtować konkretną relację miedzy partnerami; w pewnym sensie, choć nie użył takiego sformułowania, prelegent sugerował, że to wręcz jaskółka zmiany "paradygmatu cywilizacyjnego". Świetnie, pomyślałem, doskonały pomysł. Ja też zawsze myślę w takim kierunku, żeby maksymalnie poszerzać zakres swobody i wolności. Idźmy więc dalej tym tropem. Model francuski zakłada, że umowę partnerską mogą zawrzeć nie tylko osoby pozostające w relacjach seksualnych, ale także np. dwóch wdowców albo dwie wdowy, którym umowa taka – najogólniej mówiąc – "ułatwia życie". Ktoś z widowni zaproponował więc, żeby i w polskim modelu poszerzyć rozumienie związku partnerskiego np. o relacje między osobą niepełnosprawną i jej opiekunem. Natychmiast jednak nasuwa się pytanie: dlaczego tak rozumiany związek miałby być ograniczony tylko do dwóch osób? Dlaczego nie dwie wdowy i jeden wdowiec, mieszkający we wspólnym gospodarstwie domowym? Dlaczego nie osoba niepełnosprawna i dwoje opiekunów? W dodatku taka poszerzona definicja związku oddałaby sprawiedliwość także związkom poliamorycznym (wieloosobowym), które pozostają bardzo "sklozetowane", ale – zapewniam – istnieją i maja się nieźle (choć "przeciętnemu człowiekowi" mogą się wydawać związkami kosmitów.)

I tu niestety nastąpiło coś, co mnie zdumiało. Spodziewałem się, i owszem, "argumentu pragmatycznego", ale nie spodziewałem się tak gorliwej obrony polityki opartej na wykluczaniu i kompletnie zaprzeczającej zasadzie "maksymalizowania" sfery wolności. Otóż ów działacz-polityk na wzmiankę o poliamorii zareagował dokładnie tak, jak redaktor Terlikowski reaguje na wzmiankę o związkach jednopłciowych, czyli przywołał przykład "związku z krzesłem albo z kozą". Dokonał tym samym identycznego gestu wykluczenia i odebrania godności, z tą tylko różnicą, że do kręgu porządnych i wartościowych ludzi dopisał (w przeciwieństwie do Terlikowskiego) gejów i lesbijki – ale jedynie tych hołdujących zasadzie monogamii. Przy okazji użył argumentu, który pojawia się absolutnie zawsze wtedy, kiedy dochodzi do aktu wykluczenia: "jeśli ktoś chce walczyć o inne prawa, np. o związki poliamoryczne, to niech sam sobie walczy"; identycznego argumentu używały w latach 70. niektóre feministki niechętne lesbijkom, a później niektóre lesbijki niechętne osobom transseksualnym. Ten polityk i aktywista zdawał się w ogóle nie rozumieć mechanizmu wykluczania, który sam (bezwiednie i nawykowo, jak sądzę) stosował, oświadczając zresztą wprost, że niepełnosprawni go nie interesują i nie będzie przez kolejnych 5 lat zajmował się ich potrzebami. Tym bardziej nie na miejscu wydało mi się przywoływanie przez owego działacza postaci Izabeli Jarugi-Nowackiej; nie wiem, co myślała(by) ona na temat związków poliamorycznych, ale jestem głęboko przekonany, że była w historii polskiej polityki osobą najbardziej uwrażliwioną na kwestię wykluczeń społecznych. Tego anty-wykluczeniowego, prosolidarnościowego impulsu nie posiada, niestety, ów znany działacz i jednocześnie jeden z czołowych polityków partii Zieloni 2004, a więc partii, która chciałaby uchodzić za bardziej wrażliwą na wykluczenia społeczne niż mainstreamowa lewica.

Nie chodzi mi o tego lub innego działacza LGBT – ci ludzie działają w jak najlepszej wierze, często narażając się na niechęć nie tylko ze strony homofobicznych konserwatystów, ale także – o ironio! – ze strony samego środowiska LGBT (po co te parady? po co tyle hałasu? tylko nas ośmieszają!). Chodzi mi raczej o to, że – wedle mojej oceny – wśród elity ruchu LGBT (a tym bardziej wśród przeciętnych "odmieńców" seksualnych) impuls anty-wykluczeniowy i prosolidarnościowy jest bardzo słabo rozwinięty, choć zdarzają się chlubne wyjątki. Mam nadzieję, że dożyję jeszcze czasów, kiedy środowisko LGBT udowodni, że nie traktowało Izabeli Jarugi-Nowackiej instrumentalnie dla załatwienia własnych interesów, ale potrafiło wyciągnąć daleko idące wnioski z jej postawy etycznej i spuścizny politycznej.

Perspektywę radykalnie anty-wykluczeniową proponuje polityka queer, której niestety wiele osób w ogóle nie zna albo nie rozumie. Jest to ruch, który zwykle nie odżegnuje się całkowicie od "klasycznego" aktywizmu LGBT, tym niemniej wychodzi z innych założeń i stawia sobie inne cele. Wiem, że niektórzy reagują na słowo queer alergicznie – trudno. Jak zwał, tak zwał – o wiele ważniejsza jest pewna wizja etyczna (polityczna, społeczna), którą ten ruch się kieruje – a więc przede wszystkim etyka anty-wykluczeniowa. Oczywiście, z polityką "odmieńczą" można się zgadzać lub nie, ale przynajmniej od liderów ruchu LGBT oczekiwałbym jednego: jeśli już dokonujesz gestu wykluczenia, bądź tego świadom i przytocz argumenty, które twoim zdaniem świadczą mimo wszystko o "lepszości" twojej wizji, albo przynajmniej – twojej strategii; odwołanie się do związku z kozą urąga elementarnej przyzwoitości. Można powiedzieć "dostrzegam tę kwestię, ale uważam, że na dzień dzisiejszy powinniśmy skoncentrować się na innych priorytetach"; nie można natomiast wchodzić w retorykę Terlikowskiego. To prawda: ruch queer często nie proponuje konkretnych rozwiązań, tylko przyjmuje na siebie rolę "papierka lakmusowego", za pomocą którego testuje się granice wykluczenia wpisane w ten czy inny projekt polityczny/społeczny. W pewnym sensie queerowcy to wieczni malkontenci!

W tym przypadku wykluczeniu podlegają osoby homoseksualne, które chciałyby adoptować dziecko, osobo pozostające w związkach poliamorycznych oraz (choć nie bezpośrednio) owi przysłowiowi "wdowcy" albo osoby niepełnosprawne, które również mogłyby skorzystać na innej, poszerzonej formule związków. To wcale nie musi oznaczać, że queerowiec nie poprze konkretnego projektu, ale przynajmniej (wiedziony etycznym impulsem) wskaże na obszary wykluczenia, jakie się z nim wiążą. (Oczywiście nie zawłaszczam pojęcia "queerowca": ktoś inny może projektu nie poprzeć, np. kierując się przytoczonymi przeze mnie powyżej argumentami, albo wręcz sprzeciwiając się ogólniejszemu mechanizmowi normatywizacji, o którym wspomniałem już gdzie indziej.) Koncepcja związków partnerskich, która byłaby mi zdecydowanie najbliższa, to koncepcja na wzór francuskich PACS, ale bez ograniczeń co do liczebności i rodzaju związku. Tym samym udałoby się uciec od prawnego sankcjonowania tej czy innej "stabilnej" tożsamości (seksualnej, płciowej itp.) – państwo nie oczekiwałoby od uczestników takiego związku "przyznania się" do jasno określonej "orientacji" czy nawet płci, bo to nie państwa sprawa. Człowiek jako istota społeczna potrzebuje różnorakich związków z innymi ludźmi; niektórzy czują potrzebę oficjalnego uznania/usankcjonowania tych czy innych związków przez struktury państwowe, inni takiej potrzeby nie czują; a nowoczesne państwo powinno te potrzeby zaspokajać (choć uzasadnienie tej powinności wymagałoby zapewne dłuższego wywodu). To rzeczywiście byłaby ogromna jakościowa zmiana, być może wręcz "zmiana paradygmatu cywilizacyjnego"; już nawet nieco bardziej tradycyjne PACS-y we Francji wypierają tradycyjne, anachroniczne małżeństwa.

Powtórzę po raz kolejny: rozumiem argument pragmatyczny ("na takie pomysły jest jeszcze za wcześnie" itd.) – ale nie rozumiem natychmiastowego gestu okopywania się w tożsamościowym status quo, tej obrony przywileju, który łączy się – siłą swej wewnętrznej logiki – z całą serią wykluczeń. Taka ograniczona, wykluczająca wizja i towarzysząca jej retoryka są mi głęboko obce. Doceniam też argument, którego użyła druga z prelegentek: raz przyjętą ustawę zawsze można zmienić w przyszłości. Można jednak dowodzić, że raz przyjęta, obowiązująca ustawa konserwuje pewien porządek na wiele lat (patrz casus ustawy aborcyjnej); można się zatem spierać, czy korzystniej jest lobbować nieco dłużej za korzystniejszymi (bo zapewniającymi więcej wolności) rozwiązaniami, czy raczej dążyć do jak najszybszego "przepchnięcia" mniej wolnościowej ustawy, która w konsekwencji może zakonserwować pewien stan polityczno-prawny na długie dekady. W Stanach Zjednoczonych, na przykład, ruch Afro-Amerykanów na rzecz praw wyborczych przez wiele lat współpracował ściśle i wysuwał wspólne postulaty z ruchem emancypacji kobiet; kiedy nadarzyła się okazja uzyskania tych praw osobno, ruch czarnych (mężczyzn) skorzystał z tej okazji, odcinając się niejako od ruchu feministycznego, co prawdopodobnie na kilkadziesiąt lat zahamowało uzyskanie praw wyborczych przez kobiety (podczas gdy prawa czarnych przez prawie sto lat pozostawały pustymi zapisami na papierze, nie respektowanymi w rzeczywistości).

Doskonale zdaję sobie sprawę, że reprezentuję bardzo mniejszościowe, żeby nie powiedzieć całkowicie "marginalne" poglądy (czytaj: zdaję sobie sprawę, że jestem kosmitą). Znowu jednak odwołam się do pewnej etycznej wizji proponowanej przez queer: to właśnie od marginesu – od tego co najbardziej wykluczone i najmniej reprezentatywne – można i należy zaczynać refleksję oraz działalność społeczno-polityczną. Etykę i politykę można budować oddolnie, od "obrzeży" ku centrum (w tym przypadku centrum jest już nie tylko porządek heteronormatywny, ale także porządek homonormatywny). Ruch queer (zwłaszcza w wersji anarchizującej) może kontestować cały porządek państwowo-instytucjonalno-prawny, albo też może szukać w ramach istniejących instytucji rozwiązań maksymalnie wkluczających, poszerzających sferę wolności, promujących nowe rodzaje i definicje związków. (Może również robić jednocześnie jedno i drugie: pierwsze "ideowo", drugie "pragmatycznie".) Jeśli chciałbym coś osiągnąć (jako kosmita) w dającej się przewidzieć przyszłości, to byłoby to przynajmniej poszerzenie wyobraźni politycznej oraz pogłębienie wrażliwości na wszelkiego rodzaju wykluczenia – zarówno wśród społecznych liderów (zwłaszcza LGBT), jak i wśród tzw. "przeciętnych ludzi".
(t)

niedziela, 11 kwietnia 2010

Żałoba nienarodowa

Jorge Luis Borges zauważył kiedyś przewrotnie, że nie widzi różnicy między Hiroszimą a ludzkim życiem: „W Hiroszimie cała tragedia przybrała ogromnie skondensowaną postać i dlatego tak rzuca się w oczy. Ale gdy człowiek zwyczajnie żyje, rośnie, zapada na jakąś chorobę i umiera, to też mamy do czynienia z Hiroszimą, tylko rozłożoną na lata.” Porusza nas indywidualny dramat, ale prawdziwą fascynację wzbudza w nas dopiero wielka skala, skondensowana tragedia, makabryczny spektakl unicestwienia. Widowiskowe katastrofy przypominają nam o naszej śmiertelności oraz o absurdalnej przypadkowości istnienia, ale przecież sekretnie cieszymy się, że my nadal żyjemy. Przypadkowo i tymczasowo.

Czym innym jest śmierć osób bliskich, znanych nam osobiście, a czym innym śmierć luminarzy, zwłaszcza pełniących najważniejsze funkcje państwowe. Intensywność, z jaką „zwykli” ludzie reagują na wczorajszą tragedię spontanicznym płaczem i autentycznym żalem świadczy o tym, jak głęboko utożsamiają się z ideą „Państwa” i „Narodu”, jak silne są quasi-rodzinne więzy produkowane przez dyskursy państwowe i narodowe. Nie dziwi też, że w tak patriarchalnym społeczeństwie śmierć Lecha Kaczyńskiego odbierana jest jako „osierocenie”, śmierć Ojca Narodu. Wiadomo: można być z (urzędowym) ojcem w konflikcie, można go nie lubić, ale kiedy umiera, trauma i tak jest nieunikniona.

Odruch szoku, żalu, współczucia wydaje się naturalny (chociaż bylibyśmy hipokrytami twierdząc, że śmierć każdej z ofiar wypadku przeżywamy dokładnie tak samo i równie głęboko). Ale ten odruch szybko zostaje przechwycony i zawłaszczony przez oficjalne dyskursy (propagowane i umacniane przez media), które zaczynają dyktować nam, w jaki sposób należy przeżywać żałobę i upamiętniać. Spontaniczna ekspresja żalu niepostrzeżenie zamienia się w zbiorową psychozę, zaczyna się jakieś nieprzyjemne, wzajemne „nakręcanie się”, nasila się presja Wspólnoty i jej rytuałów. Teraz wszyscy musimy płakać. Teraz wszyscy musimy się modlić. Teraz wszyscy musimy się zjednoczyć. A jeśli ktoś śmie nie płakać, natychmiast staje się odszczepieńcem. Złym Człowiekiem, po prostu.

Skala zbiorowej psychozy jest po wczorajszej katastrofie dużo mniejsza niż ta, której można było doświadczyć 5 lat temu, po śmierci Karola Wojtyły. (Nota bene grupa „Nie płakałam/-em po papieżu” na Facebooku liczy dziś – tylko, albo aż – 1234 członkiń i członków.) To zresztą nieporównywalne wydarzenia: śmierć schorowanego, umęczonego starca siłą rzeczy odbiera się inaczej, niż nagłą śmierć blisko 100 osób, w większości czynnych zawodowo i pełnych energii. Jednak retoryka, która oplata te dwa wydarzenia, wydaje się dość podobna: oto znowu stajemy się Narodem w chwili Wielkiej Próby. Oto znowu musi połączyć nas Jedność Serc. Zawsze tam, gdzie pojawia się Naród, natychmiast jak cień pojawia się męczeństwo. Pojawia się Los, Przeznaczenie, Klątwa („klątwa katyńska”). Zaczyna się budowanie pomników, kamienienie (a może kamieniowanie) pamięci.

W efekcie przekaz jest taki, że w „dobrych czasach” możemy się bawić w różne polityczne gierki, w jakieś mało ważne spory światopoglądowe, ale kiedy stajemy w obliczu Traumy i Kryzysu, szybciutko wracamy do sprawdzonych formułek. „W obliczu śmierci ważna jest tylko pamięć i modlitwa” – napisał pewien artysta-graficiarz na murze w moim mieście. Ale czemu modlitwa? Bo modlitwa to wiara, a Dobry Polak musi być wierzący? Bo teraz musimy szybciutko przytulić się do Wielkiej (katolickiej) Wspólnoty, która nas ukoi i pocieszy? A jak poczułyby się te osoby spośród ofiar katastrofy, które były niewierzące i nie życzyłyby sobie modlitwy? „Jak trwoga, to do Boga” – można by podsumować z ironią, posługując się kolejną utartą formułką.



Brakuje refleksji nad tym, jak pamiętać, jak upamiętniać, a nawet jak przeżywać żałobę, bo przecież sposobów jest wiele. Pamięć publiczna jest jedną z najbardziej zawłaszczanych sfer życia społecznego, jedną z najbardziej zrytualizowanych i zideologizowanych. Kiedy chcemy coś lub kogoś upamiętnić, powinniśmy od razu zadać sobie pytanie, czemu – jakiej idei, jakiej wizji – podporządkowujemy nasze upamiętnienie? W jakich kategoriach decydujemy się dane zdarzenie odczytywać i jak chcemy wpisać je w historię? W czyją historię? Jaki porządek symboliczny utrwalamy poprzez nasze upamiętnienie, a co jednocześnie skazujemy na zapomnienie? Nie ma "niewinnej" pamięci. Tymczasem polska szkoła upamiętniania jest zredukowana niemal wyłącznie do jednego wymiaru: do martyrologii.

Bowiem Naród żąda krwi. Żąda jednego głosu, jednej żałoby, jednego płaczu. To właśnie mobilizacja i konsolidacja idei Narodu (która w Polsce wydaje się nieodłączna od idei Kościoła) jest najbardziej odczuwalnym efektem podobnych kryzysów. Nie jest łatwo przeżywać traumę i żałobę, opierając się jednocześnie tej wielkiej, zbiorowej, narodowej presji. Rozumiem, że trauma wymaga żałoby, a ta wymaga gestu, manifestacji, zewnętrznej ekspresji; rozumiem potrzebę rytuału, symbolu, spektaklu. I bynajmniej nie jestem przeciwny zbiorowości czy wspólnotowości jako takiej. Ale są takie spektakle, takie wspólnoty, takie historie, w których po prostu nie chcę uczestniczyć.

A zatem ogłaszam samozwańczo tydzień żałoby nienarodowej. Bez konduktów pogrzebowych, kazań, akademii, pomników i muzeów. Najlepszym upamiętnieniem zmarłych jest taniec życia.
(t)

wtorek, 16 lutego 2010

Flaki się przewracają

Z góry przepraszam za to wyznanie, ale flaki mi się przewracają.

Wiem, że reklamy drażnią wszystkich, albo prawie wszystkich. I nie oczekuję od ich twórców pogłębionej refleksji etycznej, ani szczególnej wiedzy historycznej. W ogóle unikam telewizji i reklam jak ognia, ale niestety czasem coś się przez ten firewall przedrze.

Irytacja to jedno, ale są dwie reklamy (i zapewne wiele innych opartych na podobnym pomyśle, jednak szczęśliwie mi nieznanych), które budzą we mnie instynkty niemal mordercze. Są to reklamy luksusowych samochodów – marek oczywiście nie podam – w których wykorzystano legendarne piosenki czarnych wykonawców: „What a Wonderful World” Louisa Armstronga i „Ain’t Got No … I Got Life” Niny Simone.

Obydwie piosenki mają bardzo pozytywne przesłanie, są wyrazem ogromnej radości życia. Obydwie są owocem kultury czarnoskórych Amerykanów, którzy przeszli piekło niewolnictwa, lynchów, segregacji, skrajnego ubóstwa i niezliczonych przejawów rasizmu – a mimo to potrafili nie dać się zamknąć w roli ofiary, umieli afirmować życie. Tekst piosenki Niny Simone jest pod tym względem niezwykle wymowny:

Ain't got no home, ain't got no shoes
Ain't got no money, ain't got no class
Ain't got no skirts, ain't got no sweater…

Ta smutna wyliczanka idzie dalej, ale kończy się pozytywnym przesłaniem: „I got life, I got my freedom!”



Kiedy to przesłanie zestawi się z widokiem – o ironio! – wypasionego auta, prowadzonego przez równie wypasionego i uśmiechniętego przedstawiciela klasy średniej, to flaki się przewracają. Przynajmniej mnie. Wielka pochwała życia na przekór przeciwnościom losu zostaje zamieniona na kapitalistyczną obietnicę szczęścia przez nabywanie luksusowych towarów.

Jest to taki rodzaj kulturowego zawłaszczenia, który jest etycznie nie do przyjęcia. To tak, jakby „Bajkę o przygodach czarnego kurczątka” (czyli jedną z bajek powstałych w Auschwitz) wykorzystano, za przeproszeniem, w reklamie pasztetu drobiowego. Nawet jeśli współczesna kultura jest kulturą miksowania, coverowania, samplowania, gry z zastanymi znaczeniami itp., to jednak całkowite wypranie niektórych tekstów kulturowych z ich historycznego kontekstu jest po prostu obrzydliwe – zwłaszcza wtedy, kiedy służy interesom wypasionych korporacji i luksusowych marek.
(t)

czwartek, 28 stycznia 2010

Rodzina jako podstawowa komórka antyspołeczna

każdy w bunkrze na swoim cukrze (Miron Białoszewski)


Jedną z najbardziej zagadkowych wypowiedzi Chrystusa jest ta przytoczona przez Mateusza (10:34-36):

Nie sądźcie, że przyszedłem nieść pokój po ziemi. Nie przyszedłem nieść pokoju, lecz miecz. Przyszedłem bowiem przeciwstawić syna jego ojcu, a córkę jej matce, a synową jej teściowej; bo wrogami człowieka mieszkańcy jego domu.

Z kolei jeden z najmniej ortodoksyjnych czytelników Bilbii, angielski poeta, malarz i mistyk William Blake, rozwinął tę myśl w swojej unikalnej wersji chrześcijaństwa. Otóż to, co rozumie się powszechnie pod pojęciem „rodziny”, jest w istocie jedną z konsekwencji (i jednym z symptomów) upadku człowieka. Jest to model rodziny oparty na „okrutnej patriarchalnej dumie”, na zazdrości i zaborczym odizolowaniu tej „podstawowej jednostki społecznej” od reszty świata. Blake był świadkiem formowania się nowoczesnego, burżuazyjnego modelu rodziny, rozumianej w dużej mierze jako zbiór relacji własnościowych (żona jako własność męża; dzieci jako własność rodziców i inwestycja na przyszłość; kwestie spadkowe itp.) Taka rodzina (którą potem nazwano „nuklearną”) pielęgnuje postawy swoistego egoizmu, miałkiej „miłości rodzinnej” i wrogości dla obcego (która potem przekłada się na niejednokrotnie na postawy nacjonalistyczne); dla niektórych krzepiąca, potrafi też być duszna i toksyczna. O takiej właśnie rodzinie psychoanaliza może powiedzieć (pół żartem, pół serio), że jest „wylęgarnią nerwic”.

William Blake, "Glad Day"


Przypomniałem sobie o tym, kiedy moja przyjaciółka opowiedziała mi o swoim dziadku, który w czasie wojny ratował Żydów z transportów jadących do Auschwitz. Ta historia rodzinna – jakże, wydawałoby się, zacna i godna pochwały – nie była jednak w rodzinie mojej przyjaciółki rozpamiętywana i hołubiona. Wręcz przeciwnie, żona i dzieci dziadka do końca życia nie potrafiły mu wybaczyć, że narażał siebie i całą rodzinę na śmiertelne niebezpieczeństwo dla ratowania obcych ludzi. Można tę historię postrzegać jako historię konfliktu między etosem, powiedzmy, „prospołecznym” a etosem rodziny nuklearnej. (Pamiętajmy jednak, że ze względu na tradycyjne powiązanie mężczyzn z tym, co publiczne i kobiet z tym, co prywatne, wyjście poza wąskie ramy „nuklearnej rodziny” w imię „wyższych celów” zwykle łatwiej przychodzi mężczyźnie, podczas gdy kobiety w większym stopniu poczuwają się do obowiązku zapewnienia rodzinie fizycznego przetrwania.)

Wizja społeczeństwa oparta na (nuklearnej) rodzinie jako „podstawowej komórce społecznej” jest okrutnie zawężająca. Można na społeczeństwo patrzeć inaczej, jako na pole nieskończenie wielu możliwych oddziaływań, połączeń, relacji, sił, prądów, przekształceń, samoorganizujących się grup itp. Jest to wizja oparta nie na „okopywaniu się” w rodzinnej twierdzy, ale na zasadzie nieskończonego przenikania się i tworzenia wielowymiarowych kłączowatych sieci. Zresztą wbrew wszelkim normatywizującym prawom i regułom to przenikanie i tak ma miejsce, bo jest istotą życia społecznego. Zanim człowiek jest jednostką albo członkiem rodziny, narodu lub kościoła, jest przede wszystkim istotą społeczną, połączoną siecią widzialnych i niewidzialnych zależności z tysiącami innych podobnych istot. Rodzina wyzwolona z kapitalistycznej mentalności oraz z płytkiego kościelnego i państwowego normatywizmu, oparta na etosie otwartości, przyjaźni, dzielenia się, szukania nowych powiązań – oto rodzina, którą można by nazwać prawdziwie „prospołeczną”. Każdy inny rodzaj rodziny – choć korzystny dla kościoła, państwa i wolnego rynku – stoi w sprzeczności z tym, co zapewnia społeczeństwu jego witalność i zdolność twórczego samorozwoju.

Blisko tak rozumianej istoty życia społecznego sytuują się odmieńcy. To oni często wymykali się istniejącym strukturom rodzinnym, lub przynajmniej funkcjonowali na ich obrzeżach. Nie przedłużali ciągłości rodu, niekiedy byli wydziedziczani, nie tworzyli nowych nuklearnych rodzin. Tworzyli za to swoje własne rodzaje związków, wspólnot, grup wsparcia, często „w poprzek” istniejących podziałów społecznych, takich jak klasa, rasa czy wiek. Takie quasi-rodziny tworzone w latach 80. XX w. przez nie-białych odmieńców w Nowym Jorku prezentuje np. film dokumentalny Jennie Livingston Paris Is Burning. Także czas kryzysu związanego z początkami epidemii AIDS w Stanach Zjednoczonych pokazał niezwykłą żywotność społeczności LGBTQ i zdolność oddolnego samoorganizowania się. (Szkoda, że znamy tak niewiele przykładów z życia polskich odmieńców.)

Willi Ninja, jeden z bohaterów filmu Paris Is Burning


Obecny model rodziny, promowany i podtrzymywany przez kościół katolicki i w dużej mierze przez struktury państwowe, stał się doskonałym alibi dla neoliberalnego kapitalizmu. Wszyscy znamy ten sentymentalny kokon, w jaki owija się pojęcie „rodziny”, wszyscy setki razy słyszeliśmy, że przecież „rodzina jest najważniejsza”. Ekstremalne sprywatyzowanie rodziny stwarza wolne pole dla żarłocznych rekinów wolnego rynku i prowadzi do erozji tego, co społeczne. Rodzina jawi się jako „bezpieczna przystań” w tym niepewnym, okrutnym świecie. Czyż nie lepiej skoncentrować się po prostu na wąsko rozumianej rodzinie, nie wchodząc rekinom w drogę? Nadmierna wielość i różnorodność powiązań między ludźmi jest potencjalnie niebezpieczna ze względu na niekontrolowany przepływ idei i na wypracowywanie różnych form kolektywnej inteligencji; lepiej trzymać się sprawdzonych, patriarchalnych wzorów. Rodzina doskonale sprawdza się jako kapitalistyczny target, obiecując jednocześnie poczucie osobistego spełnienia i bezpieczeństwa.

Wyobraźmy sobie jednak inny model rodziny, zbliżony raczej do wolnego stowarzyszenia niż do nuklearnej fortecy. „Więzy krwi” czy instytucje prawne (np. małżeństwo) nie mogą determinować relacji międzyludzkich. Wyobraźmy sobie coś w rodzaju „spółdzielni”, w której ludzie z różnych środowisk, różnego wieku, różnych płci i orientacji wspólnie zajmują się gospodarstwem domowym, wychowywaniem dzieci, pracą i twórczym samorozwojem. Wyobraźmy sobie mikrospołeczność, która ustala własne zasady współżycia i współdziałania. Nie oznacza to ani braku zobowiązań, ani jakiejś utopijnej przestrzeni bez konfliktów czy nerwic (nie wolno też lekceważyć „spontanicznej” tendencji do odtwarzania się hierarchii społecznej na różnych poziomach i w różnych grupach.) Oznacza to natomiast „stowarzyszenie rodzinne” oparte na samostanowieniu i dobrowolności, na wzajemnym wsparciu i współpracy, na kolektywnej inteligencji, zdolności negocjacji, swobodnym przepływie wiedzy, przyjazności względem Innego, odpowiedzialnym kultywowaniu różnicy.

Jeśli państwo musi dla swoich ewidencyjno-podatkowych celów prowadzić jakiś rejestr, niech zrezygnuje z rejestrowania małżeństw i jakichkolwiek związków, a zacznie rejestrować gospodarstwa domowe, bez wnikania w rodzaj relacji, jakie łączą członków danego gospodarstwa. Być może wprowadzenie Powszechnego Dochodu Podstawowego przyczyniłoby się częściowo do realizacji takiej wizji, dając wszystkim względną swobodę w podejmowaniu decyzji życiowych, a jednocześnie zachęcając do tworzenia „wolnych stowarzyszeń rodzinnych” dla podniesienia jakości życia i zaspokojenia szeregu potrzeb społecznych. Sensowna polityka państwa, np. w zakresie budownictwa mieszkaniowego, również mogłaby się do tego przyczynić.

W bunkrze naprawdę nie mieszka się dobrze.
(t)

czwartek, 14 stycznia 2010

A gdyby przybyli kosmici? Rozważań o wyjątku ciąg dalszy

[Część pierwsza rozważań tutaj.]

Tak, wiem, reguła potrzebuje wyjątku, żeby potwierdzić swój status reguły. Dlatego – pomimo niechęci – skrycie musi wyjątek tolerować, a nawet hołubić. Co więcej: reguła sama produkuje swoje wyjątki: każda hetereonorma produkuje swoich odmieńców, każdy kapitalizm produkuje swoich komunistów. Średniowieczny karnawał także wywracał porządek społeczny do góry nogami, ale tylko na jeden dzień. A zatem tylko system rozumiejący strukturalną potrzebę wyjątku ma szanse na względną trwałość (dlatego faszyzm od początku nie miał szans: mógł się utrzymać na etapie eksterminowania każdego odstępstwa od normy, ale gdyby ostatecznie zwyciężył, załamałby się niechybnie z braku wyjątków).

Ale gra to niebezpieczna, bo wyjątek może w każdej chwili zacząć żyć własnym życiem, może regułę przechytrzyć, przeinaczyć, doprowadzić do ruiny. Choć większość wyjątków potulnie przytakuje wszechogarniającej władzy reguły, są też i takie, które mają odwagę dążyć do zmiany, czy wręcz do zastąpienia dotychczasowej reguły. Reguła nie ma więc łatwego życia: musi hodować wyjątki żyjąc w nieustannym strachu, że w każdej chwili mogą one obalić jej ojcowską władzę.

A czy można pomyśleć wyjątek nie jako pochodną systemu, ale jako coś, co przychodzi zupełnie z zewnątrz? A co, gdyby przybyli kosmici? Albo pojawił się Godot? To już myślenie mesjanistyczne. Gdyby przybyli kosmici, nie przybyliby przecież w próżnię: przy tysiącach opowieści science-fiction o istotach pozaziemskich wszelkiej maści, natychmiast zostaliby wpisani w tę czy inną istniejącą narrację. W pewnym sensie kosmici już dawno przybyli i żyją spokojnie obok nas.

Najdalej idącą wersją mesjanizmu jest myśl, że to, co nadejdzie z zewnątrz, jest zupełnie nie do pomyślenia i nie do nazwania. Jakiekolwiek wyobrażenie takiego radykalnego wyjątku w porządku rzeczy, tego cudu, musi być z założenia błędne. Nie można zatem zakładać, że ów wyjątek-mesjasz przyniósłby sprawiedliwość, pokój czy powszechną szczęśliwość. („I cóż za bestia, której czas wreszcie powraca, / Pełznie w stronę Betlejem, by tam się narodzić?” – pyta Yeats w słynnym wierszu „Drugie przyjście”.)

Ale zanim przyjdzie Godot, przylecą kosmici, a w Betlejem narodzi się nienazwane monstrum, jedyne, co możemy zrobić tu i teraz, to stać się świadomymi pracownikami wyjątku, a nie wyrobnikami reguły.
(t)

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Ten straszny promiskuityzm!

Tekst Profesor Magdaleny Środy „Promiskuityzm – czyli o męskiej solidarności ponad podziałami” przeczytałem z ogromną przyjemnością. To jest feminizm wojujący, zadziorny, odważny – taki, jakiego nam teraz trzeba. Podpisuję się wszystkimi kończynami pod napiętnowaniem wszechobecnej hipokryzji, połączonej często z górnolotnym moralizatorstwem. Doskonale rozumiem złość na odwieczne przypisywanie „uniwersalnych znaczeń” temu, co specyficzne męskie. Cieszę się, że tekst narobił trochę hałasu i wbił się klinem w „androcentryczny beton” wypełniający szczelnie ogromną część polskiej przestrzeni publicznej.

Nie rozumiem jednak, czemu na koniec pojawia się (zapowiedziana już w tytule) tyrada przeciwko promiskuityzmowi.

I owszem, promiskuityzm może, ale nie musi, wiązać się z męskim przywilejem, z wykorzystywaniem pozycji zawodowej, społecznej, materialnej. Koniecznym warunkiem takiego promiskuityzmu jest hipokryzja właśnie. Promiskuityzm jest społecznie dozwolony (dla mężczyzn) wówczas, gdy jest nieoficjalny, uprawiany po kryjomu i najlepiej przez osobnika posiadającego żonę, dzieci i wysoką pozycję w stadnej hierarchii, a więc spełniającego podstawowe „męskie” role społeczne. Znamy to: puszczenie oka, porozumiewawczy uśmiech i stwierdzenie, że to „jurny chłop” przecież; taki promiskuityzm to wręcz „wartość dodana” dla mężczyzny. Natomiast dla kobiety promiskuityzm pozostaje opcją niedostępną lub przynajmniej niezwykle trudną, niezależnie od jej sytuacji życiowej: kobieta zawsze będzie po prostu „puszczalska”. Czyli zła.

Ale promiskuityzm bez hipokryzji, bez moralizatorskiej maski, bynajmniej nie jest społecznie akceptowany. Taki otwarty promiskuityzm, traktowany jako wybór życiowy (a więc także wybór etyczny) musi spotkać się ze społecznym potępieniem. Nawet Kazimierz Marcinkiewicz (skądinąd polityk miernego formatu, za to hipokryta najwyższej miary) po związaniu się z Izabelą nie może chyba liczyć na poważne traktowanie opinii publicznej, nawet jeśli spotkało go nie tyle potępienie i społeczny ostracyzm, co pobłażliwe lekceważenie. Myślę, że podobny los spotkałby polityka, który (bez podobnego bagażu hipokryzji) miałby odwagę przyznać się do homoseksualnego związku, zwłaszcza z dużo młodszym partnerem, albo do życia w trójkącie, albo do rozwiązłego trybu życia „z zasady”. Tylko właściwie dlaczego takie wybory życiowe mają kogokolwiek dyskredytować?

Z ataku Magdaleny Środy na promiskuityzm zdaje się wynikać tyle, że katolicy (zarówno hierarchowie kościelni, jak i zwykli wierni) powinni po prostu przestrzegać głoszonych przez siebie zasad. Ale nawoływanie do odnowy moralnej kościoła wolałbym pozostawić katolikom. Dla mnie ważniejsze jest wypracowywanie i promowanie odmiennych postaw etycznych. Zgoda, tekst Profesor Środy proponuje alternatywną, feministyczną wrażliwość moralną, ale niespecjalnie wydaje się zainteresowany wychodzeniem poza ramy obecnie obowiązującej aksjologii, np. poprzez „odzyskanie” dla dyskursu etycznego promiskuityzmu lub akceptację alternatywnych modeli związków. Postawienie znaku równości między promiskuityzmem a zdradą, oszustwem i męskim przywilejem jest, w moim przekonaniu, nieuprawnionym uproszczeniem.
(t)

sobota, 2 stycznia 2010

Lewica jednowymiarowa

Tekst Rafała Majki "Lewica bez etyki?" wywołał na Lewica.pl dość żywą dyskusję, chociaż nietrudno zauważyć, że większość komentatorów albo jego argumentów nie rozumie, albo jest im (często z góry) przeciwna. Podobnie ma się rzecz z polemiką Piotra Ciszewskiego "Lewica moralizatorska", w której, niestety, merytorycznej polemiki jest jak na lekarstwo. Zasadnicza strategia retoryczna Ciszewskiego (dość charakterystyczna dla "polskiej szkoły erystyki") polega na tym, żeby zdyskredytować oponenta, zaszufladkować go, a następnie powtórzyć swoje, nie odnosząc się do istoty jego myśli. I tak Majce została przypięta łatka młodego (rzeczywiście, o 3 lata młodszego od Ciszewskiego), niedojrzałego lewicowca, który dał się zwieść neoliberalnemu dyskursowi, bezkrytycznie kupuje podrzucane przez neoliberalne media tematy obyczajowe, "uprawia radosną kontrkulturową kontestację" i nie rozumie istoty problemu. Pomimo swego niedouczenia (takich młodych trzeba edukować, twierdzi Ciszewski), Majka jest (w nie do końca sprecyzowany sposób) powiązany z oderwanymi od rzeczywistości akademickimi salonami i ich przeintelektualizowaną, niezrozumiałą dla przeciętnych ludzi nowomową. Na dokładkę Majka reprezentuje niewątpliwie klasę średnią, oderwaną od realnych problemów zwykłych ludzi.

Następnie Ciszewski przedstawia swoją – w moim mniemaniu niezwykle ograniczoną – wizję lewicowości. Tam gdzie Majka stara się zaproponować kompleksowe, wielowymiarowe spojrzenie na lewicowość, Ciszewski lansuje perspektywę jednowymiarową. Taka wizja spycha lewicowość na bardzo wąskie tory, co niezmiernie cieszy zarówno neoliberalny, jak i neokonserwatywny establishment w Polsce.

[Dla zainteresowanych -- ciąg dalszy tutaj.]
(t)

piątek, 18 grudnia 2009

Kto się boi "lewicy kulturowej"?

Do tych kilku pospiesznych refleksji skłoniła mnie lektura tekstu Rafała Majki "Lewica bez etyki?", a zwłaszcza dyskusji, która wywiązała się na forum pod rzeczonym tekstem. Dyskusja ta powiela niektóre – groźne, w moim głębokim przekonaniu – schematy myślowe, które dość często artykułowane są w środowiskach szeroko rozumianej "nowej lewicy".

Jednym z największym błędów w diagnozie obecnej sytuacji jest rozdzielne traktowanie tzw. sfery obyczajowej i tzw. sfery ekonomicznej. Przyjmuje to albo postać lewicowego światopoglądu w sprawach ekonomicznych (pracowniczych) w połączeniu z (mniejszym lub większym) konserwatyzmem obyczajowym, albo wysunięcia postulatów ekonomicznych na pierwszy plan i odłożenia kwestii obyczajowych, jako drugorzędnych i mniej palących (albo też zbyt kontrowersyjnych), "na później".

Warto się zastanowić, komu ten podział jest na rękę, komu zależy na odłączeniu "obyczajowości" od całego spektrum problematyki ekonomiczno-polityczno-społecznej. Przypomnijmy sobie, kto wymusił wyłączenie z traktatu akcesyjnego wszystkiego, co dotyczy sfery moralno-obyczajowej, a potem storpedował Kartę Praw Podstawowych (która ma przecież realne odniesienie także do kwestii pracowniczych). Ta rozłączność stała się częścią konsensusu politycznego po 89. roku, co w praktyce oznaczało oddanie sfery etyczno-obyczajowej w niemal wyłączne władanie kościoła katolickiego. (Wymowną ilustracją niech będzie fakt, że w wielu liceach lekcje etyki prowadzi katecheta.) Obecnie takie myślenie najskuteczniej lansuje Platforma Obywatelska, relegując obyczajowość do prywatnej sfery jednostek. PiS o wiele lepiej dostrzega inherentne powiązanie obyczajowości z kwestiami politycznymi i ekonomicznymi, jednak wykorzystuje tę wiedzę zgodnie ze swoim konserwatywnym, prowspólnotowym światopoglądem do propagowania głęboko znormatywizowanej i opartej na wykluczeniach wersji społeczeństwa (w ogromnej mierze zredukowanej do pojęcia narodu). Nie trzeba chyba dodawać, że obydwa podejścia, reprezentowane przez dwie wiodące dziś siły polityczne, doskonale sprzyjają utwierdzaniu się kościoła katolickiego w roli "hegemona sfery obyczajowej".

A zatem podział na to, co kulturowo-obyczajowe i to, co ekonomiczno-polityczne jest już sam w sobie symptomem owego "przeorania umysłów", o którym wspomina w swoim tekście Majka; jest efektem zawłaszczenia dyskursu etycznego w tym kraju przez klerykalne i proklerykalne elity. Wielu przedstawicieli nowej lewicy (zapewne nieświadomie) kupuje taką diagnozę rzeczywistości, jaką podsuwa im dyskurs bądź to (neo)konserwatywny, bądź (neo)liberalny. Na przykład czytając niektóre komentarze na portalu lewica.pl można odnieść wrażenie, że ich autorem jest jakiś naigrywający się z "dyktatury poprawności politycznej" prawicowy publicysta. Ach, jakież salwy śmiechu wzbudza np. komentarz MJ pod tekstem Majki: "Za rok, dwa otworze oczy w swiecie, gdzie mainstream jest dyktowany przez zwolennikow LGBTIQABCDEF haha :)" – a najgłośniej śmieje się Terlikowski z Semką. Boki zrywać. Przecież tylko przeintelektualizowana elita może myśleć o takich dziwakach, jak np. osoby interseksualne. Kogo to obchodzi? I co to ma wspólnego z ogółem społeczeństwa, a zwłaszcza z lewicą?

Obowiązujący w III RP "konsensus polityczny" pod patronatem kościoła katolickiego przetrącił etyczny kręgosłup lewicy. Oskarżanie "lewicy kulturowej" o przeintelektualizowanie i przesłanianie jakimiś wydumanymi problemami tych "prawdziwych" jest diagnozą z gruntu fałszywą i niebezpieczną. Niestety, w środowiskach młodej lewicy nie widać większego zapału, aby dokonać głębszej analizy mechanizmów wykluczeń społecznych (w tym również ekonomicznych), które są systemowo ze sobą powiązane i wzajemnie się warunkują.

W wielu krajach o bardziej zaawansowanej kulturze politycznej lewica zrozumiała, że podział na sferę obyczajową i ekonomiczną jest całkowitą fikcją. Nie rozumie tego SLD, w którym spora część po prostu wyznaje konserwatywne poglądy obyczajowe, inni zaś tkwią w pragmatycznym oportunizmie. Grzegorz Napieralski mówi wprost, że SLD nie ma w programie kwestii LGBT, a jedynie chce krzewić "tolerancję". Pamięta ktoś jeszcze, jak to Napieralski pojechał uczyć się od Zapatero lewicowości? No i gdzie jest dziś Zapatero, a gdzie Napieralski? W międzyczasie w Hiszpanii – tak, w tej bardzo katolickiej Hiszpanii – zalegalizowano małżeństwa jednopłciowe i aborcję. Niestety, patrząc na wypowiedzi młodych prężnych przedstawicieli alternatywnych ruchów lewicowych, pod względem zrozumienia mechanizmów opresji i przemocy społecznej nie różnią się one znacząco od SLD.

Nie chcę w tym krótkim tekście mnożyć przykładów i argumentów dowodzących fałszywości podziału na kwestie obyczajowe i społeczno-ekonomiczne. Dobrym ćwiczeniem może być lektura programu PO, gdyż wychodząc od tego błędnego podziału, popada on w nieuniknione sprzeczności i paradoksy. Pozwolę sobie tylko na jeden malutki przykład: głośna sprawa Romana Polańskiego i Samanthy Geimer. Sprawa obyczajowa? Prywatna? Czy raczej systemowa, w której patriarchat splata się z kapitalizmem? Dlaczego kobiety, które starają się poprawić swój status społeczny czy materialny, są systemowo zachęcane – niekiedy wręcz zmuszane – do szukania "poparcia" u starszych facetów z pieniędzmi i władzą? Ile w tym systemie ekonomiczno-społecznym jest zarówno jawnej, jak i ukrytej prostytucji? (Warto przy okazji wspomnieć słynne Galerianki Katarzyny Rosłaniec. Albo sex-aferę w szeregach Samoobrony.) To tylko jeden z naprawdę wielu przykładów, które cisną mi się do głowy.

Konkludując: całkowicie błędny jest pogląd, że lewica uległa "kulturowemu" postmodernizmowi i przez to stała się bezsilna (jakoś w Hiszpanii się nie stała). Nikt nie mówi o zastępowaniu kwestii wykluczeń ekonomicznych kwestiami obyczajowymi. Chodzi o próbę kompleksowego zrozumienia różnych rodzajów wykluczeń, które to zrozumienie ma szansę stać się platformą szerokiego solidaryzmu społecznego. Podział na "obyczajówkę" i "prawdziwe problemy" o charakterze ekonomicznym jest całkowicie sztuczny i podtrzymuje hegemonię kościoła katolickiego i prawicy. Są tylko realne formy opresji i wykluczenia, które dotykają konkretnych jednostek, ale zawsze mają charakter ogólniejszy, systemowy. System ten – z braku lepszych określeń – można nazwać patriarchalnym (i zachodnio-centrycznym) kapitalizmem, który dyktuje nam prawie wszystko: pozycję społeczną jednostki, styl życia, role płciowe, tożsamości seksualne, stosunki rodzinne (i ogólniej międzyludzkie), oceny moralne (choć te – w przypadku Polski – leżą głownie w gestii kościoła), funkcje państwa, itd. Bez zrozumienia tych wewnątrzsystemowych mechanizmów, których ofiarą jest każdy i każda z nas, czarno widzę możliwość odbudowy silnej, polskiej lewicy.
(t)

czwartek, 3 grudnia 2009

Lewica bez etyki?

Rozumiem, czemu na forach i w kręgach katolickich oraz prawicowo-konserwatywnych szydzi się z parytetu i postulatów feministycznych. Również mogę zrozumieć niechęć do parytetów w środowiskach neoliberalnych. Jest we mnie jednak duży niepokój i zdziwienie, gdy z ostrą krytyką parytetu i szyderstwami z postulatów feministycznych spotykam się na forach organizacji czy w środowiskach identyfikujących się jako lewicowe. (Choć tak naprawdę mnie to nie dziwi, ale staram się, jak tylko mogę, trwać w tym zdziwieniu. Dlaczego mnie to nie dziwi, o tym za moment.) Ręce mi opadają, kiedy czytam lub słucham osób, które określają się mianem lewicowych, jak z przekonaniem powtarzają, że parytet to "wbrew demokracji", że krzywdzi ludzi inteligentnych i kompetentnych, że to upokarzające dla kobiet, że bardziej rozsądne jest zainwestować w pracę u podstaw, niż w piaskownicę dla beneficjentek kapitalizmu z klasy średniej; że kobiety same zadecydują i że nie powinno się im niczego narzucać; że to feminofaszyzm, liberalna fanaberia, bękart poprawności politycznej, itp., itd. Wywołuje to mimowolnie taką frustrującą myśl, że, jak to, lewica, a przeciwko równości szans i mechanizmom antydyskryminacyjnym?

Nie zamierzam jednak w tekście tym tłumaczyć łopatologicznie, czym jest parytet i dlaczego jest potrzebny, bo to zostało rewelacyjnie zrobione, na przykład, przez Magdalenę Środę i Kingę Dunin (http://www.feminoteka.pl/news.php?readmore=5233). Tekst stanowi próbę analizy źródeł tej rozczarowującej i szokującej "nielewicowości" na lewicy; jest również refleksją nad współczesną, polską lewicą.

Cały tekst dostępny na: http://www.feminoteka.pl/readarticle.php?article_id=798.
(r)

czwartek, 29 października 2009

Pochwała nonkonformizmu. Wokół "Podziemnego państwa kobiet" i nie tylko

Powiedzmy sobie szczerze: wszyscy jesteśmy tchórzami. I co gorsza, nie powinniśmy mieć tego sobie specjalnie za złe, bo tchórzostwo jest jednym z naturalnych mechanizmów samoobronnych. Podział na herosów moralnych i ludzi raz na zawsze splamionych (choćby ze względu na antenatów należących do politycznie niepoprawnych organizacji) możliwy jest tylko w głowach pisowskich moralistów (albo przynajmniej w ich oficjalnych deklaracjach).

Tchórzostwo, systemowo przybierające postać konformizmu, wymuszane jest na nas przez społeczeństwo, które także kieruje się swego rodzaju instynktem samozachowawczym i broni swojego obecnego kształtu. Nic w tym dziwnego ani odkrywczego. Jednak społeczeństwo polskie – w porównaniu do wielu zachodnich społeczeństw liberalnych, na które tak bardzo lubimy się oglądać – wywiera nadzwyczaj silną presję na jednostkę, czy to zastraszając, ośmieszając, czy też grożąc wykluczeniem albo życiem w nędzy. Rządy koalicji PiS-Samoobrona-LPR dodatkowo nasiliły tę atmosferę zastraszenia, choć największą regulacyjną i normatywizującą rolę od lat odgrywa, oczywiście, kościół katolicki (biernie lub czynnie wspierany przez tzw. "elity polityczne").

Po krakowskim pokazie filmu "Podziemnie państwo kobiet" Sławka Walczewska słusznie, jak sądzę, wytknęła filmowi podtrzymywanie atmosfery zastraszenia i przeciwstawiła jej etos człowieka wewnętrznie wolnego, odważnego nonkonformisty, który potrafi wyjść poza schemat "ofiary" i wbrew presji społecznej realizuje własną wizję wolności. Sławka Walczewska nawiązała też do magicznego początku lat 90., który ja również zapamiętałem jako moment zachłyśnięcia się wolnością. Był to moment "rozchwiania systemu", wielkiego kryzysu ustrojowego, w którym horyzont "możliwego" wydawał się nieskończenie szeroki, bo wreszcie "lud" odzyskał wolność, a więc wszystko było wolno. Jak wiemy, większość oddolnych ruchów społecznych została szybko spacyfikowana i poddana kontroli przez neoliberalnie rozumiany "wolny rynek" z jednej strony i obyczajowy konserwatyzm kościoła katolickiego z drugiej. Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.

W tych nieco nostalgicznych odwołaniach do początku okresu transformacji przebija się jeszcze czasem etos solidarnościowy. Bo kiedy powiada się, że na początku lat 90. "byliśmy wolnymi ludźmi", to jest w tym mniej czy bardziej świadome nawiązanie do takich postaci, jak Jacek Kuroń czy ksiądz Popiełuszko ("wolność jest w nas"). W kontekście takich ruchów wolnościowych, jak feminizm czy ruch LGBTIQ, jeszcze większe symboliczne znaczenie "dla sprawy" ma, w moim najgłębszym przekonaniu, postać Ewy Hołuszko, ale o tym pisałem już gdzie indziej.

Wróćmy na moment do "Podziemnego państwa kobiet". Jak zauważono w dyskusji po krakowskiej projekcji filmu, bohaterki filmu posługują się językiem w dużej mierze zmonopolizowanym przez dyskurs katolicko-konserwatywny. Ale przecież bohaterki opowiadają to, co czują, najszczerzej jak potrafią; wypowiadają swoją prawdę (która – jak już zauważył Michel Foucault – jest zawsze efektem pewnego dyskursu, pewnej konfiguracji wiedzy-władzy). Taki język jest im dany, często nie znają alternatywnych języków lub się ich wstydzą. Warto przy tym zauważyć, że język, jakim operujemy, przekłada się na naszą prywatną, wręcz intymną sferę uczuć. Z kolei odczucia często przekładają się na odruchy cielesne (ściska nas w żołądku, wstrząsa nami szloch itp.) Splot tego, co kulturowe, psychiczne i cielesne to jeden z najciekawszych obszarów refleksji współczesnej humanistyki, zwłaszcza tej ukierunkowanej "dżenderowo". A zatem prowolnościowe batalie to w dużej mierze batalie o prawo do definiowania "prawdy" i o dostępność języków, które pozwalają nam te definicje wypracowywać.

Napisałem wcześniej, że konformizm to mechanizm obronny. Ale nadmiar konformizmu jest równie groźny, co bezwzględna bezkompromisowość, bo w pewnym momencie może grozić całkowitym zatraceniem naszej podmiotowej autonomii, naszego prawa do samostanowienia. Myślę, że w pewnym sensie ruchy wolnościowe cierpią w Polsce na deficyt odwagi. Oczywiście widzę dookoła mnóstwo odważnych, aktywnych osób, fantastycznych liderek i liderów, ale ich odwaga i aktywność – wskutek "oporu materii społecznej" – dość słabo przekłada się na "zwykłych ludzi", którzy (choć prywatnie często bardzo krytyczni względem wielu aspektów życia społeczno-politycznego w Polsce) jakoś nie dostrzegają potrzeby przybierania odważniejszych, prospołecznych postaw we własnym życiu.

Tu chyba tkwi zagadka nieustającej popularności PO w sondażach: przeciętny Polak i przeciętna Polka kultywuje światopoglądowy konformizm i zgodnie z neoliberalną filozofią życiową skupia się na dwóch maksymalnie sprywatyzowanych sferach: na ekonomii (praca/pieniądze) i na (nuklearnej) rodzinie. Tymczasem dążenie do zmiany zastanego porządku często rozumiane jest w dominujących dyskursach jako niedojrzałość i naiwność. "Z tego się wyrasta", pragmatyka życia codziennego skłoni cię w końcu do zainwestowania czasu i energii w zdroworozsądkowe dążenie do prywatnego dobrobytu. A jeśli tego nie zrobisz – toś naiwniak i "luzer".

Zgodnie z klasycznym feministycznym hasłem, wierzę w to, że prywatne przekłada się na publiczne. Podwyższanie poziomu odwagi cywilnej w codziennym życiu prędzej czy później musi przełożyć się na jakościową zmianę w przestrzeni społeczno-politycznej. W moim życiu prywatnym przełomowym momentem (i okresem największego "pałeru") był moment, w którym zdałem sobie w ogóle sprawę ze stanu zastraszenia, może nawet zaszczucia, w jakim dotąd żyłem. "Porażony" tą świadomością, poczułem się jednocześnie niemiłosiernie tym strachem znużony. Radzenie sobie ze strachem (który w pewnym momencie staje się wręcz strukturalną częścią nas) pochłania ogromne pokłady energii, którą przecież można spożytkować inaczej, pozytywnie. Jedno z pustych haseł wyborczych PO brzmiało: "uwolnić energię Polaków". Jestem jak najbardziej za, ale będzie to możliwe jedynie pod warunkiem wyzwolenia się ze wszechogarniającej atmosfery zastraszenia i pobudzenia oddolnej, obywatelskiej, prospołecznej aktywności Polek i Polaków. (W wydaniu PO "aktywność obywatelska" zredukowana jest wyłącznie do "przedsiębiorczości").

Jedna ze współreżyserek "Podziemnego państwa kobiet" wspomniała w dyskusji o pesymizmie, jaki wyzierał z jej rozmów z polskimi działaczkami feministycznymi ("teraz to nie ma najmniejszych szans na zmianę ustawy aborcyjnej"). Ogarnął nas jakiś fatalizm, jakieś poczucie bezsilności wobec tego, co jawi nam się jako "nieuchronne" albo "niemożliwe do ruszenia". I to jest chyba najgorszy skutek zawłaszczenia przestrzeni publicznej przez dyskursy neokonserwatywne i neoliberalne: ta mentalna kastracja, która zawęża nasze horyzonty myślowe, ogranicza naszą wiarę w możliwość realnej zmiany.

A ja muszę wyznać, choć to pachnie obciachem, że wierzę w cuda. (Czyżby komuś znowu przypomniał się slogan wyborczy?). Moja niewiara już niejednokrotnie zupełnie się skompromitowała. W 1989 roku nie wierzyłem, że ówczesny aparat władzy zgodzi się podzielić władzą z opozycją. Jeszcze kilka lat temu nie wierzyłem, że Ameryka jest gotowa wybrać czarnego prezydenta. Są też inne przykłady, np. tzw. Spokojna Rewolucja w latach 1960-1966, kiedy to Quebec z prowincji całkowicie zdominowanej przez kościół katolicki i konserwatyzm polityczno-obyczajowy stał się jedną z najbardziej postępowych, liberalnych prowincji tego kraju.

Doprowadzić do zmiany nie jest łatwo. Niełatwo pokonać inercję i skłonić ludzi do porzucenia wygodnego konformizmu. Niełatwo pokonać "niewidzialną rękę rynku" z jednej strony i duchowy zamordyzm z drugiej. Ale przecież jest to możliwe i akurat w kraju, który zapoczątkował ogromne zmiany ustrojowe w tzw. bloku wschodnim, nie mamy moralnego prawa w to wątpić. Warto przypomnieć sobie, że pomiędzy 1981 a 1989 upłynęło zaledwie 8 lat; a przecież jeszcze w pierwszej połowie lat 80. dominowała w kraju atmosfera totalnej, wszechogarniającej beznadziei. A potem nastąpiło zmęczenie strachem i bezsilnością.

Taki, między innymi, efekt może mieć (zamierzenie lub nie) film "Podziemne państwo kobiet": może nam uświadomić, że nie mamy już siły żyć dłużej w atmosferze strachu. Zresztą dostrzegam więcej symptomów tego "przebudzenia": czy jeszcze kilka lat temu do pomyślenia byłby marsz ateistów w papieskim mieście Krakowie? Nie mam wątpliwości, że gromadzi się właśnie jakaś społeczna masa krytyczna, która doprowadzi do mniejszej lub większej "rewolucji" polityczno-obyczajowej w Polsce. Trzeba zastany system nieustannie kontestować, doprowadzić do jego ponownego rozchwiania i do nowego otwarcia. (W jakimś sensie próbował tego dokonać Jarosław Kaczyński, choć jego "rewolucja" była symulowaną, w dużej mierze retoryczną rewolucją neokonserwatyzmu przeciwko porządkowi neoliberalnemu.)

Porzućmy zatem zmurszałą Platformę Oportunizmu i twórzmy solidarnie naszą silną, obywatelską Platformę Oporu!
(t)

wtorek, 29 września 2009

Edek Migalski, trybun ludowy

[Komentarz do tekstu Marka Migalskiego To jest nasza elita?!!]

Wszystko jasne: nareszcie siła wyższa wysłuchała modłów narodu i doczekaliśmy się nowej elity intelektualnej z prawdziwego zdarzenia. Takiej, co to brata się z ludem pracującym miast i wsi. Takiej, co to wali prosto z mostu. Jak ktoś ma w głowie nasrane, to nie ma co owijać w bawełnę. Nowa elita gówna się nie brzydzi i zawsze jest skora nim kogoś obrzucić. Najlepiej starą elitę, czyt. łże-elitę.

Tak, jest w głosach broniących Romana Polańskiego wiele solidarności (chciałbym podkreślić to słowo) środowiskowej, która w retoryce PiS-u zamienia się w "korporacyjność" (jak gdyby życie społeczne nie polegało w ogromnej mierze na zrzeszaniu się w różne grupy, środowiska, koterie, partie itd.) A zatem niech będzie: częściowo mamy tu do czynienia z obroną własnych interesów przez tzw. elity. Ale z drugiej strony sporu mamy żądzę krwi, która co najmniej od czasów rzymskich charakteryzuje tłum. Nic tak nie krzepi, jak krwawy spektakl upadku i poniżenia jakiejś znanej osobistości, prawda? Natychmiast czujemy się trochę lepsi, a nasze krzywdy życiowe na chwilę stają się jakby pomszczone.

I owszem, nie wszystkie słowa wypowiedziane w obronie reżysera przynoszą autorom chwałę i sam mam wiele do zarzucenia tej lub innej znakomitości. Szczególnie bulwersująca była wypowiedź Krzysztofa Zanussiego, który z pogardą nazwał dziewczynę (dziś już dojrzałą kobietę) "nieletnią prostytutką", a w tle słychać było słynny rechot Leppera ("jak można zgwałcić prostytutkę, he he he"). Z moralnego punktu widzenia jak najbardziej uzasadnione jest pytanie, czy można uznać, że jedno życie waży więcej niż inne życie. Które życie można zignorować albo "wyrzucić do zsypu", a któremu należy się specjalna ochrona? Bo choć instynktownie większość z nas opowie się za równością każdego życia, w rzeczywistości społecznej poszczególne życia podlegają dość ścisłej hierarchizacji i życie np. nieletniej prostytutki (w dodatku nielegalnej imigrantki) nie jest w praktyce tak samo ważne i tak samo chronione jak życie, nie przymierzając, prezydenta RP.

Nie mnie rozstrzygać kwestie prawne i zawiłości sprawy Polańskiego. I owszem, przez swoją ucieczkę Polański pozbawił się możliwości wyjaśnienia tychże zawiłości. Być może powodował nim strach przed więzieniem i defamacją, ale wydaje się, że obawiał się bardziej – albo również – braku sprawiedliwego procesu. Raz już uciekał przed prawem, które czyhało na jego życie: uciekał z krakowskiego getta przed prawem nazistów. Uważam, że bezkrytyczny rygoryzm prawny, duchowo wyrastający z kodeksu Hammurabiego, jest po prostu nieludzki. Warto czasem pokusić się o szerszą refleksję filozoficzno-prawną i zdać sobie sprawę, że relacja prawa do sprawiedliwości nie jest wcale tak jednoznaczna, jak większość z nas chciałaby wierzyć; Temida może być ślepa, my na szczęście mamy oczy. Ale bądźmy realistami: od Migalskiego takiej refleksji nie oczekuję, ani tym bardziej od innych przedstawicieli (nomen omen) Prawa i Sprawiedliwości.

Abstrahując już od faktu, że zgodnie z polskim prawem (i prawem większości państw na świecie) sprawa Polańskiego uległaby przedawnieniu (jak dotąd nie słyszałem, żeby Migalski albo ktoś z jego politycznego otoczenia kwestionował instytucję przedawnienia), mogłoby się wydawać, że w naszym pięknym i rzekomo głęboko skrystianizowanym kraju idea przebaczenia zatriumfuje nad rzymskim legalizmem wyrażonym najkrócej w sentencji "dura lex sed lex". Jednak Migalski, zacytowawszy jako jeden z argumentów obrońców Polańskiego fakt, że "ona mu wybaczyła", nie raczy się do tego argumentu odnieść. Po co, skoro można rzucić parę mocnych słów o "debilnej i żałosnej próbie bronienia kolegi"? Skoro można pograć na emocjach pytając retorycznie, czy obrońcy reżysera używaliby tych samych argumentów, gdyby "wasz koleżka Romek najpierw upił a potem pobawił się doodbytniczo z waszą 13-letnia córką pobawił się doodbytniczo z waszą 13-letnia córką?" Przecież najłatwiej wymigać się od rzeczowej dyskusji, jeśli w ogóle jest się do niej zdolnym. Ugra się w ten sposób parę punktów wyborczych.

A zatem – na śmietnik historii marsz, skorumpowane łże-elity! Tu idzie młodość! Do przodu, do przodu, po trupach! A zza przyjemnej, zadbanej buźki naszej nowej elity wyziera, jak się dobrze przyjrzeć, obleśna gęba mrożkowego Edka.
(t)

niedziela, 13 września 2009

Heros heteros. Kilka refleksji o "Diunie" Davida Lyncha

Właściwie prawie wszystko w tym filmie powinno mnie irytować. Zamiast radykalnej, nieprzewidywalnej wizji przyszłości – rzeczywistość niepokojąco zbliżona do feudalnej, średniowiecznej Europy. Zamiast nowatorskich wzorców fabularnych – opowieść w niezbyt zawoalowany sposób oparta na historii Chrystusa i innych biblijnych wątkach. Szlachetny ród Atrydów odgrodzony od podłego rodu Harkonnenów, a szlachetność lub podłość przekazywane w genach. Baron Vladimir Harkonnen – wcielenie zła i plugastwa – jest nie tylko potwornie brzydki, ale co gorsza dość ewidentnie ma słabość do pięknych, młodych mężczyzn. (Jego słowiańskie imię ma zapewne brzmieć złowieszczo, podobnie zresztą jak azjatyckie nazwisko doktora Yueh, zdrajcy Atrydów, czy arabsko brzmiące imię złego imperatora Shaddama.) Świat, w którym kluczowe znaczenie ma posiadanie męskiego potomka oraz relacja między ojcem i synem. Heteroseksualny romans, który w tradycyjnych narracjach zawsze towarzyszy Bohaterowi naprawiającemu świat (przesłanie jest zawsze to samo: ocalenie świata jest jednoznacznie z ocaleniem jedynie słusznego hetero-porządku). Przedstawienie kobiet mocno schizofreniczne: Lady Jessika jęczy i szlocha wspinając się za swoim synem po skale, żeby minutę potem bez większego wysiłku pokonać groźnego fremeńskiego wojownika.



Co zatem ratuje ten film? Oczywiście reżyserska maestria Lyncha, któremu udało się stworzyć jedyną w swoim rodzaju narkotyczną estetykę (chwilami można się zastanawiać, czy przypadkiem sam nie kręcił filmu pod wpływem owego magicznego "melanżu"). Być może także pewna baśniowość (podszyta odrobiną ironii?), która pozwala zdystansować się nieco do wspomnianych wyżej elementów. I może jeszcze coś, pewien wątek obecny w chrześcijaństwie od samego zarania: topos wybawcy-bękarta. Motyw wyzwolenia, które musi nadejść z zewnątrz, spoza rodu, nigdy "spośród nas" (nie bez powodu "nikt nie jest prorokiem we własnym kraju"). I nawet jeśli odrzuca się całą tą chrześcijańską "wielką narrację" zbawienia/wyzwolenia, którą po raz n-ty powiela powieść Herberta (a za nią film Lyncha), to przecież jest w niej także zaczątek pewnej wizji etycznej, która – przyznaję – jest mi bliska: etyki radykalnego (choć niełatwego) otwarcia na obcość. Na tę obcość, której nie ufamy i na którą patrzymy z góry, a która w końcu okazuje się ożywcza i twórcza.
(t)

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Stec bzdur, czyli płeć na chłopski rozum

Właściwie nie miałem zamiaru odnosić się do felietonu Pana Rafała Steca, bo jest pewien poziom dyskursu, na który po prostu szkoda czasu. Jeśli jednak zdecydowałem się na krótki komentarz, to tylko dlatego, że jest ów tekst kolejnym dowodem na zatrważającą miałkość poznawczą młodej polskiej inteligencji. Wspomniany felieton nie jest tekstem jawnie złośliwym, szyderczym, czy umyślnie obraźliwym (dostaje się, jak zwykle, feministkom). Jest po prostu głupi – tym swojskim, siermiężnym, rodzajem głupoty, który atakuje nas codziennie z każdej strony. Nie oczekuję od dziennikarza sportowego wyżyn intelektualnego wyrafinowania, ale oczekuję horyzontów myślowych nieco szerszych niż sklepienie wiejskiej kaplicy. Bo przecież (zgódźmy się z autorem), jest i zawsze było w sporcie miejsce na "ducha postępowości" (wspieranego udatnie m.in. przez feministki), na kontestowanie nieetycznych praktyk społecznych i politycznych. Niestety, jest w nim również miejsce na dyskryminację, bezsensowną normatywność i zaściankową głupotę.

Pan Stec żyje w tym cudownym, niewinnym świecie, który wymyśliła sobie na własny użytek konserwatywna większość polskiej inteligencji, przesiąknięta kościelnym kadzidłem, radykalnie androcentryczna i obrażona na zbyt "postępowy ", sterroryzowany przez wściekłe feministki Zachód. Niech sobie zniewieściali zachodni dekadenci mówią i robią, co chcą: my tu w Polsce dobrze wiemy, jak się sprawy mają. I tak Pan Stec, z miną wioskowego mędrka, zasypuje nas "faktami", które wydają mu się oczywiste. Oczywiste jest dla niego na przykład to, że sport jest własnością mężczyzn:

Na szczęście dla naszych żon, matek, sióstr i kochanek wprowadziliśmy parytety, po dżentelmeńsku zapraszamy je na niemal wszystkie igrzyska i bez wypominania czegokolwiek rozdajemy te same medale za osiągnięcia, które po prawdzie na medale nie zasługują.

W tym miejscu kobiety (które nota bene są istotne wyłącznie w relacji do mężczyzn – jako żony, matki siostry i kochanki) powinny podziękować Panom i Władcom (w tym Panu Stecowi, który dzięki posiadanym genitaliom ma prawo zaliczać się do owych uprzywilejowanych dżentelmenów) za łaskę uczestnictwa w zawodach sportowych. Zaprawdę, jesteśmy wzruszone i wzruszeni tą jakże niezasłużoną szczodrobliwością.

Można domniemywać, że impulsem do napisania omawianego felietonu był etyczny sprzeciw autora wobec upokarzających testów na płeć, którym poddano południowoafrykańską biegaczkę Caster Semenyę. Jest to jedyny impuls, który z autorem podzielam, tak jak podziela go wiele feministek i innych osób o "postępowych" poglądach. Autor szlachetnie piętnuje chamskie dowcipy, które zwróciły jego uwagę w jakimś programie TVN 24 ("brakowało jedynie podanego wprost apelu, by złota medalistka biegu na 800 m wreszcie ściągnęła majtki"). Jednocześnie jednak, o dziwo, zdaje się nie zauważać, że sam w swoim felietonie domaga się w istocie tego samego: ściągnięcia zawodniczce majtek (byle dyskretnie). Bo Stec ma prostą receptę, którą dyktuje mu jego chłopski (bo przecież nie babski) rozum: "masz żeńskie genitalia i czujesz się kobietą, to nią jesteś". Bo przecież baba, jaka jest, każdy (chłop) widzi. Że też nikt na to wcześniej nie wpadł! (Wpadł, wpadł: zanim wprowadzono nowe, bardziej zniuansowane metody weryfikacji płci, zawodniczki musiały paradować nago przed działaczami olimpijskimi.)

Stec sprzeciwia się testom na ustalenie płci nie dlatego, że rozumie całą złożoność zjawiska, które określamy mianem "płeć". Przeraża go fakt, że "wyniki obecnie przeprowadzanych testów sami naukowcy opatrują słowami 'interpretacja' i 'niejednoznaczny'". Bo w świadomości Pana Steca nie ma miejsca na cokolwiek, co nie jest babą (czyli ma pochwę) albo chłopem (czyli ma penisa). Krótka piłka. A jeśli nawet wspomina o "transseksualistach", to jedynie w kontekście anomalii i cierpienia. Zresztą w tym samym akapicie zdaje się sugerować, że za zjawisko transseksualizmu odpowiadają przede wszystkim socjalistyczne reżimy byłego "bloku wschodniego", które faszerowały sportsmenki męskimi hormonami. O osobach interseksualnych autor albo nie słyszał, albo brzydzi się o nich wspomnieć. A przecież mogłoby się okazać (choć niewiele na to wskazuje), że Caster Semenya nie jest ANI kobietą, ANI mężczyzną. Mogłoby się okazać, że jest osobą interseksualną i taką właśnie się czuje. I że jest jej z tym dobrze.

Są takie rzeczy, Panie Rafale, o których się Panu nie śniło. Są takie genitalia, których widok wprawiłby Pana w głęboki kryzys poznawczy. I choć Pański "chłopski rozum" (oraz ogromna część otaczającej nas kultury) podpowiada Panu co innego, płeć (nawet ta biologiczna) nie jest wcale tak oczywista i jednoznaczna, jak się Panu wydaje.

Skandal wokół Caster Semenyi jest doskonałą okazją, żeby przemyśleć i publicznie przedyskutować kwestię płci. Taka gruntowna refleksja mogłaby w konsekwencji doprowadzić do zmiany niektórych praktyk w sporcie, a nawet do zredefiniowania sportu jako takiego. Wskazuje na to dwoje amerykańskich dziennikarzy, Dave Zirin i Sherry Wolf, którzy konkludują swój komentarz do wrzawy wokół Semenyi stwierdzeniem, że nadszedł już czas, aby uwolnić się od przestarzałego i stygmatyzującego przekonania o dwóch jasno określonych, wzajemnie wykluczających się płciach. "Powinniśmy nadal dyskutować nad zaletami i wadami segregacji płciowej w sporcie. Ale w pierwszej kolejności musimy położyć kres testom na płeć i uznać, że płeć biologiczna i kulturowa to zjawiska płynne, w sporcie i poza nim".

Dżentelmena Rafała Steca (i niezliczoną rzeszę innych przedstawicieli młodej i jakże prężnej polskiej inteligencji) na taką refleksję, niestety, nie stać. Dla niego wszystkiemu winne są parytety (sic!). I feministki, oczywiście.
(t)

poniedziałek, 27 lipca 2009

"Wybierz życie", fundamentalizm religijny a mainstreamowy katolicyzm w Polsce

Parę przemyśleń na temat ekstremalnie antyaborcyjnej wystawy "Wybierz życie" na Pl. B. Chrobrego w Bielsku-Białej.

1. W dojrzałej demokracji liberalnej, do której Polska aspiruje, demokratyczna przestrzeń publiczna powinna być miejscem konstruktywnego dialogu pomiędzy różnymi stanowiskami etycznymi, a nie szczucia jednej grupy społecznej na inną, kierującą się innymi zasadami etycznymi. W demokrację wpisana jest różnorodność filozofii na życie, a Konstytucja gwarantuje wolność wyznania i sumienia, wolność wyboru. Przestrzeń publiczna powinna być właśnie miejscem szacunku dla poglądów drugiego człowieka - miejscem dialogu zbudowanego na merytorycznych, logicznych argumentach, zasadzających się na współczesnej wiedzy naukowej, szczególnie w tak drażliwych kwestiach, jak prawa kobiety do decydowania o własnym ciele i życiu.

Wystawa ta tymczasem nie ułatwia, a wręcz uniemożliwia, przeprowadzenie jakiejkolwiek wyważonej obywatelskiej dyskusji nad obowiązującym porządkiem prawnym i standardami demokratycznymi. Jest ona przejawem fundamentalizmu katolickiego; jest to skrajnie ideologiczne stanowisko w kwestii aborcji.

Zatem jeśli pojawiają się takie fundamentalizmy, zaogniające konflikt światopoglądowy i radykalizujące postawy, trzeba liczyć się z tym, że będą miały miejsce równie radykalne reakcje.

2. Wystawa ta nie zmusza do analizowania innych pozycji etycznych, ale wkłada w głowę katoliczki i katolika myśli i emocje. Już jednoznaczne. Faszeruje ideologiczną agresją, nienawiścią. Manipulując obrazem, jak i retoryką, doprowadza katoliczki i katolików do ideologicznej wściekłości - co przekłada się na nastroje społeczne, nastawienie do innego stanowiska etycznego w tej materii. Jaki może być rezultat takiego fundamentalizmu, przekonują się o tym w Stanach Zjednoczonych, gdzie fundamentaliści religijni zabijają lekarki/lekarzy, które/którzy przeprowadzają aborcję.

3. Wystawa "Wybierz życie", utrzymując się we wspólnej demokratycznej przestrzeni publicznej miasta, tak naprawdę właśnie godzi w demokrację, w postulaty konstytucyjne. Jej obecność na Pl. B. Chrobrego to sankcjonowanie degradowania zasad prawdziwej demokracji, państwa świeckiego. Bo jest ona przeciwko wolności wyznania. Przeciwko wolności sumienia. Nie ma w niej szacunku dla drugiego człowieka i jej/jego innej ścieżki etycznej. Aż zdumiewa niesłychanie, że władze miasta, które przecież mają stać na straży porządku konstytucyjnego, standardów debaty publicznej i wreszcie samej demokracji, pozwalają na to, aby ten porządek, te standardy i wreszcie ta demokracja były negowane, przekreślane i wyszydzane.

Zgoda miasta na nią, jak również poparcie prawicowych, katolickich obywatelek i obywateli, są też dowodami na to, że w Polsce fundamentalizm religijny stał się "normalnym", mainstreamowym katolicyzmem.
(r)