[Ponad rok temu ukazał się w czasopiśmie Radical Philosophy artykuł jednego z najciekawszych, moim zdaniem, myślicieli politycznych, Marka Neocleousa, pt. "War as peace, peace as pacification" ("Wojna jako pokój, pokój jako pacyfikacja"). Tekst nie jest być może sam w sobie przełomowy – korzysta z dokonań wielu myślicieli przeszłych i obecnych, jednak doskonale splata wiele wątków, które pojawiają się – choćby na poziomie niedopowiedzianych intuicji – w niektórych moich rozważaniach, np. dotyczących prawa czy ideologii liberalnego humanizmu. W ostatnich wpisach, dla których punktem wyjścia był film X-Men: Pierwsza klasa, wspomniałem o pokoju jako nadrzędnej wartości liberalnej wspólnoty politycznej, a artykuł Neocleousa przekonująco nakreśla genealogię tej współczesnej ideologii pokoju. Poniżej przedstawiam dość szczegółówe streszczenie artykułu; zapewne zdarzy mi się odwoływać w przyszłości do niektórych zawartych tu tez i spostrzeżeń.]
Na początek Neocleous zauważa szeroki konsesus wśród współczesnych lewicowych myślicieli (Badiou, Žižek, Negri) w odniesieniu do zatarcia się – w kontekście "wojny z terroryzmem" – różnicy między wojną a pokojem. Następnie wytyka owym czołowym intelektualistom wyważanie otwartych drzwi, cytując teoretyków międzynarodowego prawa, którzy już co najmniej pół wieku temu opisywali podobne zjawisko. Neocleous kwestionuje nie tyle samo twierdzenie o "pomieszaniu" stanu wojny i pokoju, ile rzekomą nowość tego procesu. Takie myślenie, jego zdaniem, niechcący powiela zasadniczo liberalną narrację o "klasycznym" wieku, w którym wojnę i pokój rzeczywiście dało się klarownie rozróżnić, w przciwieństwie do definiowanej przez wojnę z terrorem teraźniejszości, ufundowanej na micie założycielskim 9/11. Zamiast tego Neocleous dowodzi, że zacieranie granicy między wojną i pokojem jest inherentną strategią liberalizmu od jego zarania. Liberalizm zorganizował się (a raczej: zorganizował nowoczesne wspólnoty polityczne) wokół idei pokoju oraz praktyki prawa międzynarodowego jako narzędzia zapewniania pokoju między państwami. Wojna, zgodnie z tą narracją, jest formalnym zaangażowaniem militarnym pomiędzy państwami, a decyzja o jej zaistnieniu (lub nie) jest decyzją prawną. Stąd należy przyjrzeć się krytycznie liberalnemu rozumieniu relacji między pokojem (który zwykle wiąże się z kwestią bezpieczeństwa narodowego) i porządkiem prawnym, a następnie rozważyć najważniejszy i najbardziej podstawowy rodzaj wojny: społeczną wojnę kapitału.
Neocleous wywodzi liberalizm od ideologii kolonializmu, której pionierami byli rzecz jasna Hiszpanie. Dlatego zasadnicza część artykułu rozpoczyna się od analizy filozofii politycznej renesansowego myśliciela Francisca de Vitorii, którego przedstawia się zwykle jako jednego z pierwszych zwolenników idei uniwersalnych praw człowieka i obrońcę Indian (a więc "protoliberała"). Rzeczywiście, z jednej strony uznawał on prawa własności Indian oraz ich rozumność, dającą im przepustkę do statusu "człowieka". Jednak ustanowienie uniwersalnych norm cywilizowanej ludzkości (zakorzenionych w "prawie naturalnym") jednocześnie spycha konkretnych ludzi odstających od tych norm do kategorii "barbarzyńców", charakteryzujących się "nienaturalnym", z punktu widzenia owych norm, zachowaniem. A zatem liberalny projekt uniwersalnego humanizmu od początku powiązany jest z projektem imperialnym, który szukał dla siebie usprawiedliwienia w obronie prawa do "wolnego handlu" jako jednego ze składowych elementów prawa naturalnego. Zgodnie z tym prawem, Hiszpanie mają naturalne prawo podróżować i handlować z barbarzyńcami, o ile nie wyrządzają krzywdy ich krajowi. Jednak odmowa udziału w handlu lub niedopuszczenie Hiszpanów do korzystania z dóbr wspólnych muszą być potraktowane jako złamanie prawa naturalnego albo "prawa narodów", a tym samym jako "atak" na hiszpańską własność. W liberalnej etyce szukanie zysków (akumulacja kapitału) jest uprzywilejowanym motywem ludzkich działań, a nieuczestniczenie w wymianie handlowej jest działaniem na szkodę wspólnego interesu, czyli na szkodę "ludzkości". Hiszpanie mają więc prawo bronić swoich praw (które są jednocześnie uniwersalnymi "prawami narodów") przed atakami Indian, czyli mają prawo wypowiedzieć im wojnę. Ta wojna przeciwko rdzennej ludności, z góry uznana za wojnę permanentną, jest wojną o prawo do handlu i akumulację kapitału, przy czym niemożność ustanowienia wolnego handlu uprawnia Hiszpanów, zgodnie z rozumowaniem Vitorii, do całkowitej eksterminacji wroga.
Następnie Neocleous pokazuje, jak ścisły historyczny związek istnieje między budowaniem imperium a ideologią swobód obywatelskich. Utrzymywanie i ekspansja imperium uzasadniane są obroną i krzewieniem prawdziwej wolności we wrogim świecie. Uniwersalny humanizm zakłada podbój kolonialny, który produkuje nowych wrogów imperium, a zatem uzasadnia konieczność użycia siły przeciwko nim. Wewnętrzny porządek imperium oparty na idei wolności i bezpieczeństwa (które zasadniczo odnoszą się do obrony własności prywatnej) nie może się obyć bez militarnego podboju: imperium wolności jest już z założenia imperium przemocy. Wojny prowadzi się w imię naczelnej wartości - pokoju, militaryzm zaś (którego ostrze wymierzone jest zarówno we wroga zewnętrznego, jak i – co należy podkreślić – wewnętrznego) staje się sine qua non istnienia państwa. Tak więc wyniesiona do rangi głównej wartości liberalnej wspólnoty politycznej, idea pokoju stała się ideologicznym usprawiedliwieniem permanetnej maszyny wojennej, przy czym utrzymanie "światowego pokoju" jest w istocie tym samym działaniem, co utrzymanie wewnętrznego porządku w ramach narodowego, suwerennego, zjednoczonego państwa. Nowoczesne imperia odwołują się przy tym do idei Pax Romana (Pax Britannica, Pax Americana), jakby tuszując fakt, że rzymskie pojmowanie pax zasadzało się otwarcie na militarnym narzuceniu hegemonicznego porządku imperium. Tak rozumiany pokój jest zawsze pokojem zdobywcy i formą dominacji.
To prowadzi Neocleousa do zdefinowania prawa (wbrew Foucaultowi) jako pacyfikacji. Przytoczywszy kilka historycznych (i lingwistycznych) przykładów, Neocleous zwraca uwagę na znaczenie pacyfikacji jako siłowego przywrócenia – albo wręcz narzucenia – (hegemonicznego) wewnętrznego porządku. Pacyfikacja jest aktem wojny ubranym w szaty pokoju; aktem, który normalizuje stan wojny w stan imperialnego pokoju. Imperialny porządek prawny jest zatem (ukrytym) narzędziem i kontynuacją wojny w imię pokoju, co przeczy liberalnemu poglądowi, że prawo zastępuje wojnę i jej zapobiega. Nawet klasyczni, XVII-wieczni teoretycy umowy społecznej zakładali w swoich rozważaniach stan nieustannej walki. Hobbes, na przykład, utrzymywał, że państwowy monopol na przemoc realizuje się przez wojnę, jeśli zwrócony jest przeciwko obcemu państwu, oraz poprzez prawo, jeśli dotyczy własnego terytorium. Lud (wielość) jest w każdym momencie na progu rewolucji, a społeczeństwo obywatelskie na progu chaosu; Lewiatan oznacza w tej sytuacji pacyfikację permanetnej wojny domowej. Podobnie u Locke'a: zaprowadzenie rządów w imię liberalnego pokoju zawsze dokonuje się przeciwko buntującym się niewolnikom, wrogim Indianom, niezdyscyplinowanym robotnikom, kryminalistom itp. A zatem społeczeństwo obywatelskie jest zawsze w stanie wojny: z jednej strony jest to wojna kapitału (pokój jako gwarancja wolnego handlu), z drugiej strony wojna z wrogami wewnętrznymi (narkotyki, terroryzm, bieda, bezrobocie itd.). Wszystkie te "moduły" wojny składają się na stan permanetnej pacyfikacji, koniecznej dla konstytuowania się i umacniania burżuazyjnego porządku społecznego. Neocleous konkluduje, że liberalna mistyfikacja, która nazywa wojnę pokojem, ma za sobą długą historię napędzaną dążeniem do akumulacji kapitału. Lewicowe, kreatywne myślenie musi wyjść poza ramy liberalnie zdefiniowanych i naiwnie pojmowanych koncepcji "pokoju" i "bezpieczeństwa".
(t)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 26 czerwca 2011
niedziela, 11 kwietnia 2010
Żałoba nienarodowa
Jorge Luis Borges zauważył kiedyś przewrotnie, że nie widzi różnicy między Hiroszimą a ludzkim życiem: „W Hiroszimie cała tragedia przybrała ogromnie skondensowaną postać i dlatego tak rzuca się w oczy. Ale gdy człowiek zwyczajnie żyje, rośnie, zapada na jakąś chorobę i umiera, to też mamy do czynienia z Hiroszimą, tylko rozłożoną na lata.” Porusza nas indywidualny dramat, ale prawdziwą fascynację wzbudza w nas dopiero wielka skala, skondensowana tragedia, makabryczny spektakl unicestwienia. Widowiskowe katastrofy przypominają nam o naszej śmiertelności oraz o absurdalnej przypadkowości istnienia, ale przecież sekretnie cieszymy się, że my nadal żyjemy. Przypadkowo i tymczasowo.
Czym innym jest śmierć osób bliskich, znanych nam osobiście, a czym innym śmierć luminarzy, zwłaszcza pełniących najważniejsze funkcje państwowe. Intensywność, z jaką „zwykli” ludzie reagują na wczorajszą tragedię spontanicznym płaczem i autentycznym żalem świadczy o tym, jak głęboko utożsamiają się z ideą „Państwa” i „Narodu”, jak silne są quasi-rodzinne więzy produkowane przez dyskursy państwowe i narodowe. Nie dziwi też, że w tak patriarchalnym społeczeństwie śmierć Lecha Kaczyńskiego odbierana jest jako „osierocenie”, śmierć Ojca Narodu. Wiadomo: można być z (urzędowym) ojcem w konflikcie, można go nie lubić, ale kiedy umiera, trauma i tak jest nieunikniona.
Odruch szoku, żalu, współczucia wydaje się naturalny (chociaż bylibyśmy hipokrytami twierdząc, że śmierć każdej z ofiar wypadku przeżywamy dokładnie tak samo i równie głęboko). Ale ten odruch szybko zostaje przechwycony i zawłaszczony przez oficjalne dyskursy (propagowane i umacniane przez media), które zaczynają dyktować nam, w jaki sposób należy przeżywać żałobę i upamiętniać. Spontaniczna ekspresja żalu niepostrzeżenie zamienia się w zbiorową psychozę, zaczyna się jakieś nieprzyjemne, wzajemne „nakręcanie się”, nasila się presja Wspólnoty i jej rytuałów. Teraz wszyscy musimy płakać. Teraz wszyscy musimy się modlić. Teraz wszyscy musimy się zjednoczyć. A jeśli ktoś śmie nie płakać, natychmiast staje się odszczepieńcem. Złym Człowiekiem, po prostu.
Skala zbiorowej psychozy jest po wczorajszej katastrofie dużo mniejsza niż ta, której można było doświadczyć 5 lat temu, po śmierci Karola Wojtyły. (Nota bene grupa „Nie płakałam/-em po papieżu” na Facebooku liczy dziś – tylko, albo aż – 1234 członkiń i członków.) To zresztą nieporównywalne wydarzenia: śmierć schorowanego, umęczonego starca siłą rzeczy odbiera się inaczej, niż nagłą śmierć blisko 100 osób, w większości czynnych zawodowo i pełnych energii. Jednak retoryka, która oplata te dwa wydarzenia, wydaje się dość podobna: oto znowu stajemy się Narodem w chwili Wielkiej Próby. Oto znowu musi połączyć nas Jedność Serc. Zawsze tam, gdzie pojawia się Naród, natychmiast jak cień pojawia się męczeństwo. Pojawia się Los, Przeznaczenie, Klątwa („klątwa katyńska”). Zaczyna się budowanie pomników, kamienienie (a może kamieniowanie) pamięci.
W efekcie przekaz jest taki, że w „dobrych czasach” możemy się bawić w różne polityczne gierki, w jakieś mało ważne spory światopoglądowe, ale kiedy stajemy w obliczu Traumy i Kryzysu, szybciutko wracamy do sprawdzonych formułek. „W obliczu śmierci ważna jest tylko pamięć i modlitwa” – napisał pewien artysta-graficiarz na murze w moim mieście. Ale czemu modlitwa? Bo modlitwa to wiara, a Dobry Polak musi być wierzący? Bo teraz musimy szybciutko przytulić się do Wielkiej (katolickiej) Wspólnoty, która nas ukoi i pocieszy? A jak poczułyby się te osoby spośród ofiar katastrofy, które były niewierzące i nie życzyłyby sobie modlitwy? „Jak trwoga, to do Boga” – można by podsumować z ironią, posługując się kolejną utartą formułką.

Brakuje refleksji nad tym, jak pamiętać, jak upamiętniać, a nawet jak przeżywać żałobę, bo przecież sposobów jest wiele. Pamięć publiczna jest jedną z najbardziej zawłaszczanych sfer życia społecznego, jedną z najbardziej zrytualizowanych i zideologizowanych. Kiedy chcemy coś lub kogoś upamiętnić, powinniśmy od razu zadać sobie pytanie, czemu – jakiej idei, jakiej wizji – podporządkowujemy nasze upamiętnienie? W jakich kategoriach decydujemy się dane zdarzenie odczytywać i jak chcemy wpisać je w historię? W czyją historię? Jaki porządek symboliczny utrwalamy poprzez nasze upamiętnienie, a co jednocześnie skazujemy na zapomnienie? Nie ma "niewinnej" pamięci. Tymczasem polska szkoła upamiętniania jest zredukowana niemal wyłącznie do jednego wymiaru: do martyrologii.
Bowiem Naród żąda krwi. Żąda jednego głosu, jednej żałoby, jednego płaczu. To właśnie mobilizacja i konsolidacja idei Narodu (która w Polsce wydaje się nieodłączna od idei Kościoła) jest najbardziej odczuwalnym efektem podobnych kryzysów. Nie jest łatwo przeżywać traumę i żałobę, opierając się jednocześnie tej wielkiej, zbiorowej, narodowej presji. Rozumiem, że trauma wymaga żałoby, a ta wymaga gestu, manifestacji, zewnętrznej ekspresji; rozumiem potrzebę rytuału, symbolu, spektaklu. I bynajmniej nie jestem przeciwny zbiorowości czy wspólnotowości jako takiej. Ale są takie spektakle, takie wspólnoty, takie historie, w których po prostu nie chcę uczestniczyć.
A zatem ogłaszam samozwańczo tydzień żałoby nienarodowej. Bez konduktów pogrzebowych, kazań, akademii, pomników i muzeów. Najlepszym upamiętnieniem zmarłych jest taniec życia.
(t)
Czym innym jest śmierć osób bliskich, znanych nam osobiście, a czym innym śmierć luminarzy, zwłaszcza pełniących najważniejsze funkcje państwowe. Intensywność, z jaką „zwykli” ludzie reagują na wczorajszą tragedię spontanicznym płaczem i autentycznym żalem świadczy o tym, jak głęboko utożsamiają się z ideą „Państwa” i „Narodu”, jak silne są quasi-rodzinne więzy produkowane przez dyskursy państwowe i narodowe. Nie dziwi też, że w tak patriarchalnym społeczeństwie śmierć Lecha Kaczyńskiego odbierana jest jako „osierocenie”, śmierć Ojca Narodu. Wiadomo: można być z (urzędowym) ojcem w konflikcie, można go nie lubić, ale kiedy umiera, trauma i tak jest nieunikniona.
Odruch szoku, żalu, współczucia wydaje się naturalny (chociaż bylibyśmy hipokrytami twierdząc, że śmierć każdej z ofiar wypadku przeżywamy dokładnie tak samo i równie głęboko). Ale ten odruch szybko zostaje przechwycony i zawłaszczony przez oficjalne dyskursy (propagowane i umacniane przez media), które zaczynają dyktować nam, w jaki sposób należy przeżywać żałobę i upamiętniać. Spontaniczna ekspresja żalu niepostrzeżenie zamienia się w zbiorową psychozę, zaczyna się jakieś nieprzyjemne, wzajemne „nakręcanie się”, nasila się presja Wspólnoty i jej rytuałów. Teraz wszyscy musimy płakać. Teraz wszyscy musimy się modlić. Teraz wszyscy musimy się zjednoczyć. A jeśli ktoś śmie nie płakać, natychmiast staje się odszczepieńcem. Złym Człowiekiem, po prostu.
Skala zbiorowej psychozy jest po wczorajszej katastrofie dużo mniejsza niż ta, której można było doświadczyć 5 lat temu, po śmierci Karola Wojtyły. (Nota bene grupa „Nie płakałam/-em po papieżu” na Facebooku liczy dziś – tylko, albo aż – 1234 członkiń i członków.) To zresztą nieporównywalne wydarzenia: śmierć schorowanego, umęczonego starca siłą rzeczy odbiera się inaczej, niż nagłą śmierć blisko 100 osób, w większości czynnych zawodowo i pełnych energii. Jednak retoryka, która oplata te dwa wydarzenia, wydaje się dość podobna: oto znowu stajemy się Narodem w chwili Wielkiej Próby. Oto znowu musi połączyć nas Jedność Serc. Zawsze tam, gdzie pojawia się Naród, natychmiast jak cień pojawia się męczeństwo. Pojawia się Los, Przeznaczenie, Klątwa („klątwa katyńska”). Zaczyna się budowanie pomników, kamienienie (a może kamieniowanie) pamięci.
W efekcie przekaz jest taki, że w „dobrych czasach” możemy się bawić w różne polityczne gierki, w jakieś mało ważne spory światopoglądowe, ale kiedy stajemy w obliczu Traumy i Kryzysu, szybciutko wracamy do sprawdzonych formułek. „W obliczu śmierci ważna jest tylko pamięć i modlitwa” – napisał pewien artysta-graficiarz na murze w moim mieście. Ale czemu modlitwa? Bo modlitwa to wiara, a Dobry Polak musi być wierzący? Bo teraz musimy szybciutko przytulić się do Wielkiej (katolickiej) Wspólnoty, która nas ukoi i pocieszy? A jak poczułyby się te osoby spośród ofiar katastrofy, które były niewierzące i nie życzyłyby sobie modlitwy? „Jak trwoga, to do Boga” – można by podsumować z ironią, posługując się kolejną utartą formułką.
Brakuje refleksji nad tym, jak pamiętać, jak upamiętniać, a nawet jak przeżywać żałobę, bo przecież sposobów jest wiele. Pamięć publiczna jest jedną z najbardziej zawłaszczanych sfer życia społecznego, jedną z najbardziej zrytualizowanych i zideologizowanych. Kiedy chcemy coś lub kogoś upamiętnić, powinniśmy od razu zadać sobie pytanie, czemu – jakiej idei, jakiej wizji – podporządkowujemy nasze upamiętnienie? W jakich kategoriach decydujemy się dane zdarzenie odczytywać i jak chcemy wpisać je w historię? W czyją historię? Jaki porządek symboliczny utrwalamy poprzez nasze upamiętnienie, a co jednocześnie skazujemy na zapomnienie? Nie ma "niewinnej" pamięci. Tymczasem polska szkoła upamiętniania jest zredukowana niemal wyłącznie do jednego wymiaru: do martyrologii.
Bowiem Naród żąda krwi. Żąda jednego głosu, jednej żałoby, jednego płaczu. To właśnie mobilizacja i konsolidacja idei Narodu (która w Polsce wydaje się nieodłączna od idei Kościoła) jest najbardziej odczuwalnym efektem podobnych kryzysów. Nie jest łatwo przeżywać traumę i żałobę, opierając się jednocześnie tej wielkiej, zbiorowej, narodowej presji. Rozumiem, że trauma wymaga żałoby, a ta wymaga gestu, manifestacji, zewnętrznej ekspresji; rozumiem potrzebę rytuału, symbolu, spektaklu. I bynajmniej nie jestem przeciwny zbiorowości czy wspólnotowości jako takiej. Ale są takie spektakle, takie wspólnoty, takie historie, w których po prostu nie chcę uczestniczyć.
A zatem ogłaszam samozwańczo tydzień żałoby nienarodowej. Bez konduktów pogrzebowych, kazań, akademii, pomników i muzeów. Najlepszym upamiętnieniem zmarłych jest taniec życia.
(t)
Etykiety:
etyka,
historia,
polityka,
przestrzeń publiczna,
społeczeństwo
wtorek, 16 lutego 2010
Flaki się przewracają
Z góry przepraszam za to wyznanie, ale flaki mi się przewracają.
Wiem, że reklamy drażnią wszystkich, albo prawie wszystkich. I nie oczekuję od ich twórców pogłębionej refleksji etycznej, ani szczególnej wiedzy historycznej. W ogóle unikam telewizji i reklam jak ognia, ale niestety czasem coś się przez ten firewall przedrze.
Irytacja to jedno, ale są dwie reklamy (i zapewne wiele innych opartych na podobnym pomyśle, jednak szczęśliwie mi nieznanych), które budzą we mnie instynkty niemal mordercze. Są to reklamy luksusowych samochodów – marek oczywiście nie podam – w których wykorzystano legendarne piosenki czarnych wykonawców: „What a Wonderful World” Louisa Armstronga i „Ain’t Got No … I Got Life” Niny Simone.
Obydwie piosenki mają bardzo pozytywne przesłanie, są wyrazem ogromnej radości życia. Obydwie są owocem kultury czarnoskórych Amerykanów, którzy przeszli piekło niewolnictwa, lynchów, segregacji, skrajnego ubóstwa i niezliczonych przejawów rasizmu – a mimo to potrafili nie dać się zamknąć w roli ofiary, umieli afirmować życie. Tekst piosenki Niny Simone jest pod tym względem niezwykle wymowny:
Ain't got no home, ain't got no shoes
Ain't got no money, ain't got no class
Ain't got no skirts, ain't got no sweater…
Ta smutna wyliczanka idzie dalej, ale kończy się pozytywnym przesłaniem: „I got life, I got my freedom!”
Kiedy to przesłanie zestawi się z widokiem – o ironio! – wypasionego auta, prowadzonego przez równie wypasionego i uśmiechniętego przedstawiciela klasy średniej, to flaki się przewracają. Przynajmniej mnie. Wielka pochwała życia na przekór przeciwnościom losu zostaje zamieniona na kapitalistyczną obietnicę szczęścia przez nabywanie luksusowych towarów.
Jest to taki rodzaj kulturowego zawłaszczenia, który jest etycznie nie do przyjęcia. To tak, jakby „Bajkę o przygodach czarnego kurczątka” (czyli jedną z bajek powstałych w Auschwitz) wykorzystano, za przeproszeniem, w reklamie pasztetu drobiowego. Nawet jeśli współczesna kultura jest kulturą miksowania, coverowania, samplowania, gry z zastanymi znaczeniami itp., to jednak całkowite wypranie niektórych tekstów kulturowych z ich historycznego kontekstu jest po prostu obrzydliwe – zwłaszcza wtedy, kiedy służy interesom wypasionych korporacji i luksusowych marek.
(t)
Wiem, że reklamy drażnią wszystkich, albo prawie wszystkich. I nie oczekuję od ich twórców pogłębionej refleksji etycznej, ani szczególnej wiedzy historycznej. W ogóle unikam telewizji i reklam jak ognia, ale niestety czasem coś się przez ten firewall przedrze.
Irytacja to jedno, ale są dwie reklamy (i zapewne wiele innych opartych na podobnym pomyśle, jednak szczęśliwie mi nieznanych), które budzą we mnie instynkty niemal mordercze. Są to reklamy luksusowych samochodów – marek oczywiście nie podam – w których wykorzystano legendarne piosenki czarnych wykonawców: „What a Wonderful World” Louisa Armstronga i „Ain’t Got No … I Got Life” Niny Simone.
Obydwie piosenki mają bardzo pozytywne przesłanie, są wyrazem ogromnej radości życia. Obydwie są owocem kultury czarnoskórych Amerykanów, którzy przeszli piekło niewolnictwa, lynchów, segregacji, skrajnego ubóstwa i niezliczonych przejawów rasizmu – a mimo to potrafili nie dać się zamknąć w roli ofiary, umieli afirmować życie. Tekst piosenki Niny Simone jest pod tym względem niezwykle wymowny:
Ain't got no home, ain't got no shoes
Ain't got no money, ain't got no class
Ain't got no skirts, ain't got no sweater…
Ta smutna wyliczanka idzie dalej, ale kończy się pozytywnym przesłaniem: „I got life, I got my freedom!”
Kiedy to przesłanie zestawi się z widokiem – o ironio! – wypasionego auta, prowadzonego przez równie wypasionego i uśmiechniętego przedstawiciela klasy średniej, to flaki się przewracają. Przynajmniej mnie. Wielka pochwała życia na przekór przeciwnościom losu zostaje zamieniona na kapitalistyczną obietnicę szczęścia przez nabywanie luksusowych towarów.
Jest to taki rodzaj kulturowego zawłaszczenia, który jest etycznie nie do przyjęcia. To tak, jakby „Bajkę o przygodach czarnego kurczątka” (czyli jedną z bajek powstałych w Auschwitz) wykorzystano, za przeproszeniem, w reklamie pasztetu drobiowego. Nawet jeśli współczesna kultura jest kulturą miksowania, coverowania, samplowania, gry z zastanymi znaczeniami itp., to jednak całkowite wypranie niektórych tekstów kulturowych z ich historycznego kontekstu jest po prostu obrzydliwe – zwłaszcza wtedy, kiedy służy interesom wypasionych korporacji i luksusowych marek.
(t)
piątek, 1 maja 2009
paradna historia
Pochód. Marsz. Wiec. Te i podobne formy aktywności społecznej (w tym także street art czy niektóre rodzaje performansu) nieustannie prowokują szereg pytań: do kogo należy przestrzeń publiczna? kto i jak ma prawo jej używać? w jaki sposób jest ona nadzorowana i regulowana? Pozornie neutralna i wspólna wszystkim, przestrzeń publiczna jest gruntownie znormatywizowana i "spolicyzowana" (a więc także "spolityzowana").
Jednym z mechanizmów, które kryją się za regulacją przestrzeni publicznej, jest nowoczesna "logika sanityzacji", która każe np. usuwać "niechcianych" użytkowników pewnych przestrzeni (żebraków, bezdomnych), niekiedy w imię "rewitalizacji" (patrz komentarz House of Briscoe pod poprzednim wpisem). Przypomnijmy sobie, że podobnej retoryki używali naziści: holocaust był przedstawiany jako zabieg w istocie higieniczny, oczyszczenie zdrowej tkanki narodu z brudu, zarazy, robactwa.
Kiedy Lech Kaczyński zakazywał Parady Równości w 2004 i 2005 roku, albo kiedy mer Moskwy Łużkow po raz 155 odmawia zgody na paradę środowisk LGBTQ, w tle czai się, mniej czy bardziej uświadomiony, lęk przed "zanieczyszczeniem" przestrzeni publicznej (a w konsekwencji "zdrowej części społeczeństwa") przez "brudnych" odmieńców. Nawet akcja "Niech nas zobaczą" (która próbowała w istocie oczyścić obraz geja/lesbijki) okazała się nazbyt "brudna" i nie do przyjęcia przez heteronormatywną większość.
Tak jak uprawianie polityki kojarzy się często z "brudnym" zajęciem, tak brud jest kwestią stricte polityczną.
Ale ale, miało być o pochodach, bo to przecież święto pochodów, a ja tu o paradach gejowskich nawijam i o brudzie. Warto sobie przypomnieć, że pierwsze parady w Warszawie (2000-2003) odbywały się właśnie 1 maja. Pamiętam, jak reporterzy TVN 24 (i nie tylko) w swoich komentarzach odbierali paradom ich polityczny charakter, przedstawiając je jako egzotyczny i pozbawiony głębszego sensu dodatek do "poważnych" marszów czy wieców.
W czasach PRL-u pochody pierwszomajowe świadczyły dobitnie o niemal całkowitej kontroli władzy ludowej nad przestrzenią publiczną. Dzisiaj niektórzy twierdzą, że władza została zdecentralizowana (co teoretycznie powinno prowadzić do odzyskania przestrzeni publicznej przez "społeczeństwo obywatelskie"), ja jednak nie przesadzałbym z tą decentralizacją. Państwo i lokalne struktury władzy nadal sprawują niemal pełną kontrolę nad przestrzenią publiczną, dbając o jej rzekomą "neutralność" wypełnianą głównie treściami komercyjnymi lub innymi treściami postrzeganymi jako społecznie "niekontrowersyjne" (a kontrowersyjne okazało się już np. tegoroczne hasło manify, "Biskup nie jest Bogiem").
Na koniec jeszcze mała wycieczka w przeszłość.

Pochód pierwszomajowy w Ostrowcu Świętokrzyskim (prawdopodobnie lata 60.)
Jest coś, co mnie w tym zdjęciu zatrzymuje. (Czy nie takie jest zresztą powołanie fotografii – zatrzymać?) Zdjęcie zrobione z tłumu, przez uczestnika pochodu (a skoro tak, widz też może się poczuć jakoś wciągnięty w "pochód historii"). Przypadek to czy nie, w pochodzie widać wyłącznie mężczyzn i chłopców w różnym wieku, a w tle tłum gapiów (tutaj widać kobiety), niczym milczących obserwatorów Historii. Najbardziej rzucają się w oczy twarze zwrócone wprost do obiektywu -- chcąc nie chcąc odwzajemniamy ich spojrzenie. Mniejszy chłopiec dodatkowo zdaje się wskazywać na fotografa ręką: "Patrzcie, robią nam zdjęcie!" A może: "Patrzcie, patrzą na nas z przyszłości!" Uwagę zwraca jeszcze palma na balkonie budynku, jakby wzięta z zupełnie innej bajki.
Jest w tym zdjęciu jakiś dziwny surrealizm, bo choć pierwszomajowe okoliczności nadają zdjęciu dość określony kontekst historyczny, to nie widzimy dokładnie ani koloru flag, ani haseł na transparentach. Jest tu połączenie jednostkowości konkretnych twarzy (jakkolwiek zamazanych i anonimowych) i płynnego żywiołu historyczności. Bo jest ta fotka synekdochą Historii właśnie, a jednocześnie ukazuje jej, Historii, groteskowy surrealizm.
Chyba jeszcze bardziej surrealistyczna jest ta fotka z 1955 roku:

Co robią te postacie na drabinach? W jaką to świetlaną przyszłość próbują ulecieć? Przypadkiem, niemal z tej samej perspektywy, z tym samym Pałacem w tle (a może nie tym samym, bo jego symboliczne znaczenie tak bardzo się przecież zmieniło), pstryknąłem fotkę na Paradzie Równości w 2007 roku:

Jak bardzo surrealistyczne wyda się to zdjęcie za pół wieku? Nigdy przecież nie zdajemy sobie do końca sprawy, jaką rolę odgrywamy w tym dziwacznym spektaklu.
(t)
piątek, 20 marca 2009
Pocałunek na Times Square (z cyklu "Ikoniczne obrazy XX i XXI wieku")
Ten wpis inauguruje (mam przynajmniej taką nadzieję) nieregularny cykl mini-omówień dotyczących mniej czy bardziej ikonicznych obrazów XX i XXI wieku. Chodzi mi o słynne fotografie i inne przykłady szeroko rozumianej kultury wizualnej. Będzie ciekawie, bo z obrazkami ;)
27 sierpnia 1945 roku na okładce magazynu Life ukazała się fotografia, która natychmiast stała się symbolem zakończenia wojny i zwycięstwa USA nad Japonią. Autorem fotografii przedstawiającej spontaniczną manifestację radości na Times Square w dniu zwycięstwa (14 sierpnia) był Alfred Eisenstaedt, urodzony zresztą na terenie Prus Zachodnich, w obecnym Tczewie.

Sporo już napisano o tym obrazku (ostatnio ciekawe omówienie znalazło się w książce R. Harimana i J. L. Lucaitesa pt. No Caption Needed: Iconic Photographs, Public Culture, and Liberal Democracy, 2007). Jest to oczywiście bardzo dobre zdjęcie – świetnie uchwycony moment, idealna kompozycja, niezwykła poza obydwu postaci. Ale żeby obraz osiągnął status "ikony" musi w jakiś szczególny sposób przemówić do świadomości zbiorowej, musi być odpowiedzią na jakąś "narodową" potrzebę albo utwierdzeniem dominujących społecznych przekonań.
Żeby odczytać "podprogowy" przekaz tej fotografii, trzeba zacząć od nakreślenia kontekstu historyczno-społecznego. Wojna wysłała na front dziesiątki tysięcy mężczyzn, a kobiety siłą rzeczy przejęły wiele "męskich" ról (np. praca w fabrykach). Wraz z końcem wojny konserwatywna (i w ogromnej mierze męska) część społeczeństwa oczekiwała, że kobiety wrócą pokornie do kuchni, oddając mężczyznom ich "naturalne" role społeczne. W czasie wojny "świat staje na głowie", ale po jej zakończeniu wszystko powinno wrócić do "naturalnego porządku rzeczy". Jednak wiele kobiet, zaznawszy większej swobody (zwłaszcza ekonomicznej, związanej z posiadaniem pracy), niespecjalnie miała ochotę powracać do przedwojennego status quo, nic więc dziwnego, że niedługo potem rozwinęła się w Ameryce tzw. "druga fala feminizmu".
Wróćmy do fotografii. Dla mnie ikoniczny, niemal kultowy status przedstawionej scenki bierze się z bardzo silnego przekazu: oto wojna się skończyła i wszystko wraca do NORMY. Pielęgniarka (jeden z zawodów niemal paradygmatycznie kojarzonych z kobietami) jest całkowicie obezwładniona: podtrzymywana przez mężczyznę (oczywiście pod mężczyzną), w nienaturalnie wygiętej pozie, w żelaznym uścisku, który uniemożliwia jej ucieczkę czy jakikolwiek ruch. Poza mężczyzny nie tylko wskazuje na dominację, ale może się wręcz kojarzyć z przemocą i wampirycznym wysysaniem kobiecie krwi. Przekaz jest więc taki: oto mężczyźni wracają do swojej naturalnie dominującej roli, a kobiety są znowu ubezwłasnowolnione i bierne.
Ale to nie jest jeszcze pełny przekaz. Powrót do "naturalnego porządku", który wojna naruszyła w imię "wyższej konieczności", to także powrót do HETEROSEKSUALNEGO porządku. Mężczyzna jest żołnierzem – to akurat świetnie pasuje do jego "męskiej roli" – ale to także marynarz. A marynarz co najmniej od XIX wieku kojarzy się z "sodomią" i homoseksualizmem, choćby "czasowym" i "wymuszonym przez okoliczności". To powiązanie marynarzy z homoerotyzmem jest oczywiście nieuznawane w oficjalnym dyskursie, ale podskórnie istnieje od dawna, a subkultura gejowska jedną ze swoich ikon uczyniła właśnie postać marynarza (wystarczy przypomnieć sobie kultowe fotografie Pierre'a i Gillesa czy oparty na powieści Jeana Geneta film Querelle).


Stąd kolejny poziom przekazu omawianej fotografii: cokolwiek mężczyźni robią między sobą w czasie wojny (i lepiej w to nie wnikajmy), po wojnie "naturalną koleją rzeczy" wracają do swojej oficjalnej, heteroseksualnej roli. Jest to zresztą jedna z wielu odmian powielanego w naszej kulturze ad nauseam narracyjnego schematu, w którym porządek świata ulega zachwianiu, ale Bohater ratuje świat, a przywróceniu porządku nieodmiennie towarzyszy heteroseksualny wątek miłosny: Bohater wraca do ukochanej kobiety (którą zwykle ratuje od niechybnej zagłady) – "i żyją długo i szczęśliwie". Taki heteroseksualny "happy end" jest więc przypieczętowaniem "naturalnego porządku rzeczy".
I na koniec jeszcze jeden aspekt, a mianowicie rola miejsca, w którym wykonano zdjęcie. Times Square można z całą pewnością uznać za NAJBARDZIEJ PUBLICZNE miejsce w Stanach Zjednoczonych. To, co publiczne (publicznie dopuszczalne / manifestowane) pozostaje w bardzo ścisłym związku z różnymi odmianami normatywności społecznej. To dlatego choćby najbardziej niewinne parady LGBT (albo plakaty) wywołują tak ostre sprzeciwy, zgodnie z logiką "odmieńcy nie powinni afiszować się ze swoją orientacją seksualną", a z kolei najbardziej radykalni teoretycy queer postulują "upublicznianie" seksu i seksualności.
Fotografia Eisenstaedta to dużo więcej niż niewinne przedstawienie spontanicznego całusa, który ma obrazować euforię związaną z końcem wojny. Siła tego obrazka tkwi właśnie w tym, że ten w sumie przypadkowo uchwycony moment zawiera skondensowaną ideologię społeczną, która w tym konkretnym momencie historycznym domagała się powrotu do "normy". A wyznacznikami tej normy miała być dominująca rola mężczyzn, podporządkowana i pasywna rola kobiet oraz utwierdzenie heteroseksualizmu jako jedynej (a właściwie jedynej istniejącej) "orientacji seksualnej". Pewien "eksces" wpisany w pozy głównych postaci oraz w wampiryczną intensywność pocałunku jest dla mnie oznaką"żelaznego uścisku" z jaką norma chwyta za gardła mieszkańców nowej, powojennej rzeczywistości. Fakt, że główni bohaterowie fotografii pozostają bezimienni (nie widzimy ich twarzy), dodatkowo wzmaga przekaz: norma dotyczy wszystkich bez wyjątku; ten mężczyzna to KAŻDY mężczyzna, ta kobieta to KAŻDA kobieta.
W świecie idealnego patriarchalno-heteronormatywnego porządku tylko przekazy zawierające opisane powyżej normatywizujące elementy są dopuszczalne publicznie, publicznie gloryfikowane i powielane w nieskończoność, przy jednoczesnym wymazywaniu innych, "nieprawomyślnych" przekazów kulturowych. Ale tych "innych" przekazów nie da się, na szczęście, wymazać.
(t)

27 sierpnia 1945 roku na okładce magazynu Life ukazała się fotografia, która natychmiast stała się symbolem zakończenia wojny i zwycięstwa USA nad Japonią. Autorem fotografii przedstawiającej spontaniczną manifestację radości na Times Square w dniu zwycięstwa (14 sierpnia) był Alfred Eisenstaedt, urodzony zresztą na terenie Prus Zachodnich, w obecnym Tczewie.

Sporo już napisano o tym obrazku (ostatnio ciekawe omówienie znalazło się w książce R. Harimana i J. L. Lucaitesa pt. No Caption Needed: Iconic Photographs, Public Culture, and Liberal Democracy, 2007). Jest to oczywiście bardzo dobre zdjęcie – świetnie uchwycony moment, idealna kompozycja, niezwykła poza obydwu postaci. Ale żeby obraz osiągnął status "ikony" musi w jakiś szczególny sposób przemówić do świadomości zbiorowej, musi być odpowiedzią na jakąś "narodową" potrzebę albo utwierdzeniem dominujących społecznych przekonań.
Żeby odczytać "podprogowy" przekaz tej fotografii, trzeba zacząć od nakreślenia kontekstu historyczno-społecznego. Wojna wysłała na front dziesiątki tysięcy mężczyzn, a kobiety siłą rzeczy przejęły wiele "męskich" ról (np. praca w fabrykach). Wraz z końcem wojny konserwatywna (i w ogromnej mierze męska) część społeczeństwa oczekiwała, że kobiety wrócą pokornie do kuchni, oddając mężczyznom ich "naturalne" role społeczne. W czasie wojny "świat staje na głowie", ale po jej zakończeniu wszystko powinno wrócić do "naturalnego porządku rzeczy". Jednak wiele kobiet, zaznawszy większej swobody (zwłaszcza ekonomicznej, związanej z posiadaniem pracy), niespecjalnie miała ochotę powracać do przedwojennego status quo, nic więc dziwnego, że niedługo potem rozwinęła się w Ameryce tzw. "druga fala feminizmu".
Wróćmy do fotografii. Dla mnie ikoniczny, niemal kultowy status przedstawionej scenki bierze się z bardzo silnego przekazu: oto wojna się skończyła i wszystko wraca do NORMY. Pielęgniarka (jeden z zawodów niemal paradygmatycznie kojarzonych z kobietami) jest całkowicie obezwładniona: podtrzymywana przez mężczyznę (oczywiście pod mężczyzną), w nienaturalnie wygiętej pozie, w żelaznym uścisku, który uniemożliwia jej ucieczkę czy jakikolwiek ruch. Poza mężczyzny nie tylko wskazuje na dominację, ale może się wręcz kojarzyć z przemocą i wampirycznym wysysaniem kobiecie krwi. Przekaz jest więc taki: oto mężczyźni wracają do swojej naturalnie dominującej roli, a kobiety są znowu ubezwłasnowolnione i bierne.
Ale to nie jest jeszcze pełny przekaz. Powrót do "naturalnego porządku", który wojna naruszyła w imię "wyższej konieczności", to także powrót do HETEROSEKSUALNEGO porządku. Mężczyzna jest żołnierzem – to akurat świetnie pasuje do jego "męskiej roli" – ale to także marynarz. A marynarz co najmniej od XIX wieku kojarzy się z "sodomią" i homoseksualizmem, choćby "czasowym" i "wymuszonym przez okoliczności". To powiązanie marynarzy z homoerotyzmem jest oczywiście nieuznawane w oficjalnym dyskursie, ale podskórnie istnieje od dawna, a subkultura gejowska jedną ze swoich ikon uczyniła właśnie postać marynarza (wystarczy przypomnieć sobie kultowe fotografie Pierre'a i Gillesa czy oparty na powieści Jeana Geneta film Querelle).

Pierre et Gilles, Marynarz

Tańczący marynarze. Unikalna fotografia Frances Benjamin Johnston z początku XX w.
Stąd kolejny poziom przekazu omawianej fotografii: cokolwiek mężczyźni robią między sobą w czasie wojny (i lepiej w to nie wnikajmy), po wojnie "naturalną koleją rzeczy" wracają do swojej oficjalnej, heteroseksualnej roli. Jest to zresztą jedna z wielu odmian powielanego w naszej kulturze ad nauseam narracyjnego schematu, w którym porządek świata ulega zachwianiu, ale Bohater ratuje świat, a przywróceniu porządku nieodmiennie towarzyszy heteroseksualny wątek miłosny: Bohater wraca do ukochanej kobiety (którą zwykle ratuje od niechybnej zagłady) – "i żyją długo i szczęśliwie". Taki heteroseksualny "happy end" jest więc przypieczętowaniem "naturalnego porządku rzeczy".
I na koniec jeszcze jeden aspekt, a mianowicie rola miejsca, w którym wykonano zdjęcie. Times Square można z całą pewnością uznać za NAJBARDZIEJ PUBLICZNE miejsce w Stanach Zjednoczonych. To, co publiczne (publicznie dopuszczalne / manifestowane) pozostaje w bardzo ścisłym związku z różnymi odmianami normatywności społecznej. To dlatego choćby najbardziej niewinne parady LGBT (albo plakaty) wywołują tak ostre sprzeciwy, zgodnie z logiką "odmieńcy nie powinni afiszować się ze swoją orientacją seksualną", a z kolei najbardziej radykalni teoretycy queer postulują "upublicznianie" seksu i seksualności.
Fotografia Eisenstaedta to dużo więcej niż niewinne przedstawienie spontanicznego całusa, który ma obrazować euforię związaną z końcem wojny. Siła tego obrazka tkwi właśnie w tym, że ten w sumie przypadkowo uchwycony moment zawiera skondensowaną ideologię społeczną, która w tym konkretnym momencie historycznym domagała się powrotu do "normy". A wyznacznikami tej normy miała być dominująca rola mężczyzn, podporządkowana i pasywna rola kobiet oraz utwierdzenie heteroseksualizmu jako jedynej (a właściwie jedynej istniejącej) "orientacji seksualnej". Pewien "eksces" wpisany w pozy głównych postaci oraz w wampiryczną intensywność pocałunku jest dla mnie oznaką"żelaznego uścisku" z jaką norma chwyta za gardła mieszkańców nowej, powojennej rzeczywistości. Fakt, że główni bohaterowie fotografii pozostają bezimienni (nie widzimy ich twarzy), dodatkowo wzmaga przekaz: norma dotyczy wszystkich bez wyjątku; ten mężczyzna to KAŻDY mężczyzna, ta kobieta to KAŻDA kobieta.
W świecie idealnego patriarchalno-heteronormatywnego porządku tylko przekazy zawierające opisane powyżej normatywizujące elementy są dopuszczalne publicznie, publicznie gloryfikowane i powielane w nieskończoność, przy jednoczesnym wymazywaniu innych, "nieprawomyślnych" przekazów kulturowych. Ale tych "innych" przekazów nie da się, na szczęście, wymazać.
(t)

Gejowska parodia slynnego pocałunku na okładce New Yorkera z 1996 r.
Etykiety:
gender,
heteronormatywność,
historia,
przemoc,
przestrzeń publiczna,
tekst kulturowy
czwartek, 12 marca 2009
Popiełuszko contra Milk
W całej Polsce szkoły organizują obowiązkowe wyjścia na pokaz filmu o księdzu Popiełuszce. Tymczasem młodzież spoza największych ośrodków miejskich (nie obejmujących np. Rzeszowa czy Bielska-Białej) ma niewielkie szanse, żeby wybrać się w swoim wolnym czasie na obraz "Obywatel Milk" z oskarową rolą Seana Penna, ponieważ wiele kin -- z przyczyn aż nadto oczywistych -- postanowiło nie wyświetlać tego filmu.
Szacowni Wychowawcy Narodu, w poczuciu swej dziejowej misji, są zapewne przekonani, że film "Popiełuszko" wzmocni zachowawcze, katolickie, postawy wśród młodzieży. Ksiądz-bohater walczył o wolność i był gotów ponieść śmierć w walce o swoje ideały.
Ale na film można spojrzeć inaczej, niczego nie ujmując bohaterstwu księdza. Otóż Popiełuszko i Milk to bohaterowie niezwykle -- wręcz niepokojąco -- do siebie podobni. Nieustraszeni bojownicy, którzy mieli dość odwagi, aby wystąpić przeciwko zastanemu porządkowi rzeczy. Ludzie czynu, inspirujący do działania kolejnych bojowników o Sprawę. W końcu -- męczennicy, którzy swoją śmiercią nie tylko zyskali trwałe miejsce w historii, ale też przyczynili się do realnej zmiany rzeczywistości. (Za kulturowy archetyp tych postaci można uznać pewnego buntownika i wichrzyciela, który łamał wszelkie społeczne konwenanse i szerzył nowe, niebezpieczne idee, za co skończył na krzyżu.)
Paradoksalnie, w jednym filmie ofiarą jest ksiądz katolicki, w drugim natomiast fundamentalista katolicki staje się mordercą. I dopiero z porównania obydwu filmów wypływa cenna nauka: nikt nie ma monopolu na dobro albo zło; bycie po żadnej ze stron nie gwarantuje ani statusu ofiary, ani statusu kata. Jeśli w "Popiełuszce" zło leży po stronie opresyjnego aparatu państwowego i jego konkretnych funkcjonariuszy, to w "Milku" złoczyńca okazuje się bezlitosnym funkcjonariuszem innego opresyjnego systemu, a mianowicie podszytej ksenofobiczną religijnością heteronormy.
I tak właśnie proponuję młodzieży szkolnej oglądać film o księdzu Popiełuszce. Młody geju, młoda lesbijko: nawet jeśli pozbawiono Cię możliwości obejrzenia filmu "Obywatel Milk", oglądając "Popiełuszkę" na szkolnej pielgrzymce, spróbuj znaleźć w tym kontestatorze inspirację do walki o szczęście własne i ludzi Tobie podobnych. Bo wolność jest w nas.
(t)
Szacowni Wychowawcy Narodu, w poczuciu swej dziejowej misji, są zapewne przekonani, że film "Popiełuszko" wzmocni zachowawcze, katolickie, postawy wśród młodzieży. Ksiądz-bohater walczył o wolność i był gotów ponieść śmierć w walce o swoje ideały.
Ale na film można spojrzeć inaczej, niczego nie ujmując bohaterstwu księdza. Otóż Popiełuszko i Milk to bohaterowie niezwykle -- wręcz niepokojąco -- do siebie podobni. Nieustraszeni bojownicy, którzy mieli dość odwagi, aby wystąpić przeciwko zastanemu porządkowi rzeczy. Ludzie czynu, inspirujący do działania kolejnych bojowników o Sprawę. W końcu -- męczennicy, którzy swoją śmiercią nie tylko zyskali trwałe miejsce w historii, ale też przyczynili się do realnej zmiany rzeczywistości. (Za kulturowy archetyp tych postaci można uznać pewnego buntownika i wichrzyciela, który łamał wszelkie społeczne konwenanse i szerzył nowe, niebezpieczne idee, za co skończył na krzyżu.)
Paradoksalnie, w jednym filmie ofiarą jest ksiądz katolicki, w drugim natomiast fundamentalista katolicki staje się mordercą. I dopiero z porównania obydwu filmów wypływa cenna nauka: nikt nie ma monopolu na dobro albo zło; bycie po żadnej ze stron nie gwarantuje ani statusu ofiary, ani statusu kata. Jeśli w "Popiełuszce" zło leży po stronie opresyjnego aparatu państwowego i jego konkretnych funkcjonariuszy, to w "Milku" złoczyńca okazuje się bezlitosnym funkcjonariuszem innego opresyjnego systemu, a mianowicie podszytej ksenofobiczną religijnością heteronormy.
I tak właśnie proponuję młodzieży szkolnej oglądać film o księdzu Popiełuszce. Młody geju, młoda lesbijko: nawet jeśli pozbawiono Cię możliwości obejrzenia filmu "Obywatel Milk", oglądając "Popiełuszkę" na szkolnej pielgrzymce, spróbuj znaleźć w tym kontestatorze inspirację do walki o szczęście własne i ludzi Tobie podobnych. Bo wolność jest w nas.
(t)
Etykiety:
edukacja,
film,
heteronormatywność,
historia,
LGBTQ
Subskrybuj:
Posty (Atom)