[Fragmencik niewiele dłuższego komentarza opublikowanego w najnowszym numerze InterAliów - zapraszam.]
Zostawiając na boku dyskusję o przydatności lub zbędności kategorii tożsamościowych, uważam, że kategoria "lesbijki" jest niezwykle cenna jako narzędzie heurystyczne. W każdej praktyce społecznej (a więc także w praktykach naukowych) zaznacza się tendencja do (w ogromnej mierze zautomatyzowanego) odtwarzania się pewnych hierarchii, pewnych widzialności, pewnych struktur uprzywilejowania. Zwłaszcza wszelkie formy instytucjonalizacji zdają się wymuszać powielanie skostniałych tożsamości, relacji, struktur władzy.
Z całą pewnością teoria queer uległa z czasem instytucjonalizacji, stała się mniej lub bardziej szanowaną "dyscypliną wiedzy", a tym samym nabrała cech kulturowego kapitału, do którego nie wszystkie podmioty, w imieniu których zdaje się przemawiać, mają równy dostęp. Instytucjonalizacji tej, jak sądzę, nieuchronnie towarzyszy wspomniane wyżej odtwarzanie się "odziedziczonych" hierarchii społecznych. Bez (heurystycznie, a nie ontologicznie rozumianej) "lesbijki" nie mamy języka, którym możemy mówić o mechanizmach wykluczania i wymazywania - bo skoro wszyscy jesteśmy "queer", to nikt nie może narzekać na "wtórną dyskryminację". A tymczasem męski przywilej potrafi odtwarzać się na wiele różnych, bardzo subtelnych sposobów, co w konsekwencji może prowadzić do "przewagi perspektywy gejowskiej w studiach queer" i do efektu "znikającej lesbijki".
(t)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 czerwca 2010
sobota, 6 marca 2010
Naga prawda
O prawdzie myślimy najczęściej, że należy ją odkryć. A więc prawdę pojmujemy jako to, co ukryte, zasłonięte, co czeka na odkrycie, na obnażenie – naszym oczom ukaże się wówczas „naga prawda”.
Istnieją zatem nieprzezroczyste warstwy, które należy zerwać, usunąć, rozedrzeć, żeby dotrzeć do prawdy. Dobrej metafory dostarcza archeologia: prawda o przeszłości leży ukryta pod warstwami ziemi, trzeba ją tylko odkopać. Pochodną tej metafory jest podejście, jakie na setki lat przyjęła zachodnia nauka: bardziej skomplikowane struktury, które widzimy „na powierzchni”, skrywają jakąś prawdę, do której należy dotrzeć, np. rozbijając atom. To też swego rodzaju archeologia. Dodajmy przy okazji, że dotarcie do poziomu kwantowego zachwiało wiarą naukowców w proste „tak” i „nie”, przesuwając ontologiczny punkt widzenia w stronę wiecznego „być może”, w stronę ziemi niczyjej pomiędzy zadufaniem „tak” i arogancją „nie”.
Taką koncepcję prawdy można nazwać apokaliptyczną – w końcu „apokalipsa” to dosłownie podniesienie kurtyny, odsłonięcie. A zatem prawda okazuje się nierozerwalnie związania z ideą „końca świata”, z kosmiczną katastrofą: na końcu drogi czeka nas prawda, ale też: docierając do prawdy, docieramy do krańca rzeczy. Próbujemy w ten sposób uciec od historii, od nieustannego dziania się; dążąc do tak rozumianej prawdy, próbujemy raczej dotrzeć do końca historii. Koniec i prawda stają się niemalże synonimami (nie bez powodu śmierć kojarzy się często z chwilą „odkrycia prawdy”). A zatem jest to ekonomia prawdy własną wewnętrzną logiką dążąca do (samo)zagłady, do (samo)unicestwienia. Prawda to w istocie Wielkie Nic ukryte za welonem istnienia. (To nie przypadek, że rozbicie atomu doprowadziło w krótkim czasie do budowy potencjału nuklearnego zdolnego unicestwić całą planetę. Nauka to taniec z Wielkim Nic.)
Dodajmy (bo lubimy dodawać), że jest to bez wątpienia męska ekonomia prawdy: podmiotem poznającym jest mężczyzna, podczas gdy natura vel kobieta jest tym właśnie, co (się) zasłania. W konsekwencji kobieta skojarzona jest również z nicością: albo sama nie istnieje, albo grozi unicestwieniem męskiemu podmiotowi poznania.

Jeśli prawda wiąże się ściśle z zakończeniem, to zapewne wiąże się także z początkiem. I rzeczywiście, powiada się nam, że na skutek nieposłuszeństwa Adam i Ewa dostrzegli prawdę o swojej nagości. Paradoksalnie, prawda, której metaforą staje się ich nagość, musi zostać natychmiast przykryta w imię „przyzwoitości”. (Nie bez powodu nagość często funkcjonowała w sztuce chrześcijańskiej jako symbol czystości i zbawienia, powrotu do oryginalnej czystości i jako taka była zawsze obficie obecna w przedstawieniach Sądu Ostatecznego.) Skoro więc historia zaczyna się od gestu zasłonięcia, od zasunięcia kurtyny, to jej logicznym zakończeniem musi być Wielka Odsłona, Wchechobnażenie, Apokalipsa.
Pozostaje oczywiście pytanie, jak dokładnie rozumieć fakt, że ci mityczni prarodzice nagle dostrzegli swoją nagość. Czy była ona (wstydliwą) prawdą, zanim ją dostrzegli? Czy ich brak wstydu był zwykłą ignorancją, podczas gdy Stwórca dostrzegał „prawdziwą naturę” ich nagości i ukrywał ją przed ludźmi? Czy raczej nagość (jako stan nacechowany moralnie) zaistniała dopiero jako efekt tej nagłej wiedzy, którą zyskali po zjedzeniu zakazanego owocu? Czy kategoria nagości istniała „obiektywnie” już wcześniej i wymagała jedynie odkrycia, czy też moment odkrycia był de facto momentem jej powstania?
Schizofreniczne podejście do nagości w kulturze zachodniej jest efektem tego mitu założycielskiego: nagość jest z jednej strony „nieprzyzwoita” i domaga się przykrycia, ale przecież z drugiej strony jest metaforą prawdy, a prawdę należy odkryć. Bywa zatem zarówno metaforą zepsucia i wyuzdania, jak i metaforą czystości i niewinności.
Taką apokaliptyczną wizję prawdy w dużej mierze przejęła również psychoanaliza, w której wszystko lub prawie wszystko ma swoje głębsze, ukryte znaczenie. (To niemal parodia Platońskiej koncepcji świata idealnego: w psychoanalizie to, co „tutaj”, na wierzchu, jest tylko zniekształconym odbiciem tego, co „tam”, w nieświadomości.) I tak np. w słynnym Freudowskim opisie przypadku Schrebera jego utożsamienie się z kobietą tłumaczone jest poprzez ukryty homoseksualizm. Ale właściwie dlaczego nie przyjąć wyznania Scherbera „tak jak stoi napisane”: dlaczego nie uznać, że po prostu pragnie być kobietą? Jaką magiczną moc wyjaśniającą ma nazwanie jego stanu wypartym homoseksualizmem? Jaką „ukrytą” prawdę obiecuje nam taka diagnoza?
To sytuacja podobna trochę do tej, w której ktoś na pytanie o hasło, odpowiada „zgadnij”. Można to odczytać jako imperatyw i próbować hasło odgadnąć, co oczywiście graniczy z niemożliwym. Ale kto wie, może hasło brzmi właśnie tak: zgadnij. Podobnie ma się rzecz ze skradzionym listem ze słynnego opowiadania Edgara Allana Poe: prawda (jest tym, co) leży na wierzchu.
Jak zatem odejść od eschatologicznego myślenia o prawdzie? Jak uwolnić ją od widma apokalipsy? Wracając do modelu archeologicznego, można powiedzieć, że przecież nie ma jednej ostatecznej prawdy „na dnie ziemi”, że przecież każda warstwa jest swoją prawdą i niczego nie ukrywa. Która warstwa ma prawo uzurpować sobie miano „dna ziemi”?
Myślę, że dobrym punktem wyjścia może być pytanie o prawdę sztuki (albo: o status prawdy w sztuce). Dla osób przywiązanych do wąsko rozumianego „realizmu” w sztuce odpowiedź wydaje się prosta: sztuka jest „prawdziwa” o tyle, o ile odpowiada naszemu oglądowi rzeczywistości, potwierdza ten ogląd, niosąc czytelny przekaz. Ale nawet najbardziej zatwardziały realizm w sztuce wymyka się tej logice, ponieważ prędzej czy później każdy „realizm” obnaża swój umowny, sztuczny charakter jako zbiór pewnych konwencji. (Można powiedzieć, że postulowana przez realizm „naga prawda” o rzeczywistości okazuje się po prostu jej kolejnym strojem.)

Jaką prawdę tworzy sztuka, skoro nie pochodzi „od natury”, tylko jest „sztucznym tworem” ludzkiej ręki i wyobraźni? Czy to rozróżnienie w ogóle ma sens? Jaką prawdę przedstawia fikcja literacka? (Już samo to pytanie wydaje się paradoksalne, a przecież oczywiste.) Jaką prawdę niesie sztuka abstrakcyjna? Sztuka wymyka się istniejącym „w realnym życiu” reżimom prawdy, a reguły weryfikacji tworzonej przez nią prawdy nigdy nie są z góry ustalone, muszą ustanawiać się od nowa za każdym razem, gdy powstaje nowe dzieło sztuki. Sztuka niczego nie odkrywa, wręcz przeciwnie: w pewnym sensie tworzy dodatkowe zasłony. Dlatego właśnie wytresowani w eschatologicznym pojmowaniu prawdy tak często postrzegamy sztukę jako dziedzinę oderwaną od „prawdziwego życia”. A tymczasem należałoby traktować sztukę właśnie jako miejsce prawdy i z tego miejsca budować ogólniejsze pojęcie prawdy, wolne od widma (samo)unicestwienia.
(t)
Istnieją zatem nieprzezroczyste warstwy, które należy zerwać, usunąć, rozedrzeć, żeby dotrzeć do prawdy. Dobrej metafory dostarcza archeologia: prawda o przeszłości leży ukryta pod warstwami ziemi, trzeba ją tylko odkopać. Pochodną tej metafory jest podejście, jakie na setki lat przyjęła zachodnia nauka: bardziej skomplikowane struktury, które widzimy „na powierzchni”, skrywają jakąś prawdę, do której należy dotrzeć, np. rozbijając atom. To też swego rodzaju archeologia. Dodajmy przy okazji, że dotarcie do poziomu kwantowego zachwiało wiarą naukowców w proste „tak” i „nie”, przesuwając ontologiczny punkt widzenia w stronę wiecznego „być może”, w stronę ziemi niczyjej pomiędzy zadufaniem „tak” i arogancją „nie”.
Taką koncepcję prawdy można nazwać apokaliptyczną – w końcu „apokalipsa” to dosłownie podniesienie kurtyny, odsłonięcie. A zatem prawda okazuje się nierozerwalnie związania z ideą „końca świata”, z kosmiczną katastrofą: na końcu drogi czeka nas prawda, ale też: docierając do prawdy, docieramy do krańca rzeczy. Próbujemy w ten sposób uciec od historii, od nieustannego dziania się; dążąc do tak rozumianej prawdy, próbujemy raczej dotrzeć do końca historii. Koniec i prawda stają się niemalże synonimami (nie bez powodu śmierć kojarzy się często z chwilą „odkrycia prawdy”). A zatem jest to ekonomia prawdy własną wewnętrzną logiką dążąca do (samo)zagłady, do (samo)unicestwienia. Prawda to w istocie Wielkie Nic ukryte za welonem istnienia. (To nie przypadek, że rozbicie atomu doprowadziło w krótkim czasie do budowy potencjału nuklearnego zdolnego unicestwić całą planetę. Nauka to taniec z Wielkim Nic.)
Dodajmy (bo lubimy dodawać), że jest to bez wątpienia męska ekonomia prawdy: podmiotem poznającym jest mężczyzna, podczas gdy natura vel kobieta jest tym właśnie, co (się) zasłania. W konsekwencji kobieta skojarzona jest również z nicością: albo sama nie istnieje, albo grozi unicestwieniem męskiemu podmiotowi poznania.

Natura obnażająca się przed Nauką (Louis-Ernest Barrias, 1899)
Jeśli prawda wiąże się ściśle z zakończeniem, to zapewne wiąże się także z początkiem. I rzeczywiście, powiada się nam, że na skutek nieposłuszeństwa Adam i Ewa dostrzegli prawdę o swojej nagości. Paradoksalnie, prawda, której metaforą staje się ich nagość, musi zostać natychmiast przykryta w imię „przyzwoitości”. (Nie bez powodu nagość często funkcjonowała w sztuce chrześcijańskiej jako symbol czystości i zbawienia, powrotu do oryginalnej czystości i jako taka była zawsze obficie obecna w przedstawieniach Sądu Ostatecznego.) Skoro więc historia zaczyna się od gestu zasłonięcia, od zasunięcia kurtyny, to jej logicznym zakończeniem musi być Wielka Odsłona, Wchechobnażenie, Apokalipsa.
Pozostaje oczywiście pytanie, jak dokładnie rozumieć fakt, że ci mityczni prarodzice nagle dostrzegli swoją nagość. Czy była ona (wstydliwą) prawdą, zanim ją dostrzegli? Czy ich brak wstydu był zwykłą ignorancją, podczas gdy Stwórca dostrzegał „prawdziwą naturę” ich nagości i ukrywał ją przed ludźmi? Czy raczej nagość (jako stan nacechowany moralnie) zaistniała dopiero jako efekt tej nagłej wiedzy, którą zyskali po zjedzeniu zakazanego owocu? Czy kategoria nagości istniała „obiektywnie” już wcześniej i wymagała jedynie odkrycia, czy też moment odkrycia był de facto momentem jej powstania?
Schizofreniczne podejście do nagości w kulturze zachodniej jest efektem tego mitu założycielskiego: nagość jest z jednej strony „nieprzyzwoita” i domaga się przykrycia, ale przecież z drugiej strony jest metaforą prawdy, a prawdę należy odkryć. Bywa zatem zarówno metaforą zepsucia i wyuzdania, jak i metaforą czystości i niewinności.
Taką apokaliptyczną wizję prawdy w dużej mierze przejęła również psychoanaliza, w której wszystko lub prawie wszystko ma swoje głębsze, ukryte znaczenie. (To niemal parodia Platońskiej koncepcji świata idealnego: w psychoanalizie to, co „tutaj”, na wierzchu, jest tylko zniekształconym odbiciem tego, co „tam”, w nieświadomości.) I tak np. w słynnym Freudowskim opisie przypadku Schrebera jego utożsamienie się z kobietą tłumaczone jest poprzez ukryty homoseksualizm. Ale właściwie dlaczego nie przyjąć wyznania Scherbera „tak jak stoi napisane”: dlaczego nie uznać, że po prostu pragnie być kobietą? Jaką magiczną moc wyjaśniającą ma nazwanie jego stanu wypartym homoseksualizmem? Jaką „ukrytą” prawdę obiecuje nam taka diagnoza?
To sytuacja podobna trochę do tej, w której ktoś na pytanie o hasło, odpowiada „zgadnij”. Można to odczytać jako imperatyw i próbować hasło odgadnąć, co oczywiście graniczy z niemożliwym. Ale kto wie, może hasło brzmi właśnie tak: zgadnij. Podobnie ma się rzecz ze skradzionym listem ze słynnego opowiadania Edgara Allana Poe: prawda (jest tym, co) leży na wierzchu.
Jak zatem odejść od eschatologicznego myślenia o prawdzie? Jak uwolnić ją od widma apokalipsy? Wracając do modelu archeologicznego, można powiedzieć, że przecież nie ma jednej ostatecznej prawdy „na dnie ziemi”, że przecież każda warstwa jest swoją prawdą i niczego nie ukrywa. Która warstwa ma prawo uzurpować sobie miano „dna ziemi”?
Myślę, że dobrym punktem wyjścia może być pytanie o prawdę sztuki (albo: o status prawdy w sztuce). Dla osób przywiązanych do wąsko rozumianego „realizmu” w sztuce odpowiedź wydaje się prosta: sztuka jest „prawdziwa” o tyle, o ile odpowiada naszemu oglądowi rzeczywistości, potwierdza ten ogląd, niosąc czytelny przekaz. Ale nawet najbardziej zatwardziały realizm w sztuce wymyka się tej logice, ponieważ prędzej czy później każdy „realizm” obnaża swój umowny, sztuczny charakter jako zbiór pewnych konwencji. (Można powiedzieć, że postulowana przez realizm „naga prawda” o rzeczywistości okazuje się po prostu jej kolejnym strojem.)

Spencer Tunick, Düsseldorf (Museum Kunst Palast) 2006
Jaką prawdę tworzy sztuka, skoro nie pochodzi „od natury”, tylko jest „sztucznym tworem” ludzkiej ręki i wyobraźni? Czy to rozróżnienie w ogóle ma sens? Jaką prawdę przedstawia fikcja literacka? (Już samo to pytanie wydaje się paradoksalne, a przecież oczywiste.) Jaką prawdę niesie sztuka abstrakcyjna? Sztuka wymyka się istniejącym „w realnym życiu” reżimom prawdy, a reguły weryfikacji tworzonej przez nią prawdy nigdy nie są z góry ustalone, muszą ustanawiać się od nowa za każdym razem, gdy powstaje nowe dzieło sztuki. Sztuka niczego nie odkrywa, wręcz przeciwnie: w pewnym sensie tworzy dodatkowe zasłony. Dlatego właśnie wytresowani w eschatologicznym pojmowaniu prawdy tak często postrzegamy sztukę jako dziedzinę oderwaną od „prawdziwego życia”. A tymczasem należałoby traktować sztukę właśnie jako miejsce prawdy i z tego miejsca budować ogólniejsze pojęcie prawdy, wolne od widma (samo)unicestwienia.
(t)
poniedziałek, 15 czerwca 2009
queerowanie Akademii
Jak zwykle nie w porę: zaczynają się wakacje, a ja znowu wyskakuję z poważnym tematem. Takie to już u mnie kiepskie wyczucie koniunktury...
To, co poniżej, to moje notatki do dyskusji nt. "queerowania Akademii", w której jakiś czas temu miałem wziąć udział (i w końcu nie wziąłem). Pomyślałem, że nadadzą się do bloga -- chociaż wiem, że temat trudny i dla wielu mało ciekawy. Mimo to życzę ekscytującej lektury całej rzeszy moich wiernych czytelników! ;D
1) Czym w ogóle jest „queerowanie”? I co oznacza „queer” w polskim kontekście? Czy sama obecność „geja” i lesbijki” w akademickim dyskursie (w kontekście innym niż moralne potępienie) jest już „queerowaniem”?
a) „queer” jako modne słowo wśród młodych, wielkomiejskich gejów
b) „queer” jako zwykły synonim geja/lesbijki
c) „queer” jako „wiedza tajemna” pewnej grupy akademików
Propozycja:
a) queer nie może w żaden sposób być wykorzystywany do stawiania się w pozycji uprzywilejowanej (w akademii czy poza nią)
b) nie może służyć „zbijaniu kapitału” (politycznego, społecznego, kulturowego itp.)
c) nie może wykluczać (np. gejów i lesbijki z prowincji, osób biseksualnych itd.)
d) potrzebne jest podnoszenie świadomości społecznej na temat teorii queer (głównie, ale nie tylko, w społeczności odmieńców i ich politycznych przedstawicieli)
2) Czy w polskim kontekście warto i należy rozróżniać pomiędzy koncepcją „gejowskiej / lesbijskiej tożsamości płciowej” a opartą na krytyce tożsamości koncepcją „queer”? Może najpierw należy dążyć do „zdobycia przyczółków” poprzez silne zakotwiczenie w świadomości społecznej i w dyskursie akademickim tradycyjnie rozumianego „geja” i lesbijki”? A może w ogóle teoria queer już się przeżyła i wypaliła?
Propozycja:
a) Myślę, że teoria queer się nie wypaliła, ale (w sposób typowy dla polskiej akademii) zanim jeszcze zdołała poważnie „przeorać” nasze myślenie o płci i seksualności, została dość pobieżnie zaanektowana, zmoderowana, a przez niektórych szybko uznana za „passé”.
b) W teorii queer tkwi ogromny potencjał, ale do jego wydobycia potrzebna jest równie ogromna praca intelektualna -- na którą raczej nie ma co liczyć, ze względu nie tylko na konserwatyzm (żeby nie powiedzieć intelektualną inercję) polskiej akademii, ale także rozwiązania strukturalno-systemowe, które w skuteczny sposób blokują tego typu przedsięwzięcia.
c) Zanim w ogóle zaczniemy poważnie myśleć o „queerowaniu” polskiej akademii, konieczna (choć mało prawdopodobna) jest dyskusja na temat kultury akademickiej w ogóle, na temat roli uczelni wyższych w demokratycznym społeczeństwie. Potrzebna jest zasadnicza przemiana – zarówno systemowa, jak i mentalnościowa – w sposobie pojmowania akademickości, zwłaszcza w naukach humanistycznych. Kluczowe dla takiej przemiany jest upowszechnianie słabo obecnego w polskiej kulturze edukacyjnej krytycznego myślenia. Należy przeciwstawiać się inżynieryjno-menedżerskiemu podejściu do edukacji wyższej, idei „zarządzania wiedzą” (a także, na innym poziomie, „zarządzania różnorodnością”) przez nowoczesne kapitalistyczne państwo. Choć brzmi to nieco patetycznie: należy bronić wolności akademickiej i autonomii działalności naukowej i intelektualnej.
d) Jeśli „queerowanie” ma mieć jakikolwiek głębszy sens, to nie może być wyłącznie dopisaniem kolejnej kategorii do katalogu akademickich dyscyplin / tematów / metod badawczych; musi mu towarzyszyć szerszy kontestatorski / konfrontacyjny „duch” -- podobny do tego, jaki towarzyszył początkom ruchu queer. Dla teoretyka / badacza queer stan „normy” to stan kryzysu, a queer jest właśnie odpowiedzią na ten „kryzys normalności.” Dlatego tym, którzy po zwycięstwie formacji konserwatywno-liberalnej w ostatnich wyborach liczą na „powrót do normalności” po mrocznych czasach kaczyzmu, teoria queer ma wiele do zaoferowania.
(t)
To, co poniżej, to moje notatki do dyskusji nt. "queerowania Akademii", w której jakiś czas temu miałem wziąć udział (i w końcu nie wziąłem). Pomyślałem, że nadadzą się do bloga -- chociaż wiem, że temat trudny i dla wielu mało ciekawy. Mimo to życzę ekscytującej lektury całej rzeszy moich wiernych czytelników! ;D
1) Czym w ogóle jest „queerowanie”? I co oznacza „queer” w polskim kontekście? Czy sama obecność „geja” i lesbijki” w akademickim dyskursie (w kontekście innym niż moralne potępienie) jest już „queerowaniem”?
a) „queer” jako modne słowo wśród młodych, wielkomiejskich gejów
b) „queer” jako zwykły synonim geja/lesbijki
c) „queer” jako „wiedza tajemna” pewnej grupy akademików
Propozycja:
a) queer nie może w żaden sposób być wykorzystywany do stawiania się w pozycji uprzywilejowanej (w akademii czy poza nią)
b) nie może służyć „zbijaniu kapitału” (politycznego, społecznego, kulturowego itp.)
c) nie może wykluczać (np. gejów i lesbijki z prowincji, osób biseksualnych itd.)
d) potrzebne jest podnoszenie świadomości społecznej na temat teorii queer (głównie, ale nie tylko, w społeczności odmieńców i ich politycznych przedstawicieli)
2) Czy w polskim kontekście warto i należy rozróżniać pomiędzy koncepcją „gejowskiej / lesbijskiej tożsamości płciowej” a opartą na krytyce tożsamości koncepcją „queer”? Może najpierw należy dążyć do „zdobycia przyczółków” poprzez silne zakotwiczenie w świadomości społecznej i w dyskursie akademickim tradycyjnie rozumianego „geja” i lesbijki”? A może w ogóle teoria queer już się przeżyła i wypaliła?
Propozycja:
a) Myślę, że teoria queer się nie wypaliła, ale (w sposób typowy dla polskiej akademii) zanim jeszcze zdołała poważnie „przeorać” nasze myślenie o płci i seksualności, została dość pobieżnie zaanektowana, zmoderowana, a przez niektórych szybko uznana za „passé”.
b) W teorii queer tkwi ogromny potencjał, ale do jego wydobycia potrzebna jest równie ogromna praca intelektualna -- na którą raczej nie ma co liczyć, ze względu nie tylko na konserwatyzm (żeby nie powiedzieć intelektualną inercję) polskiej akademii, ale także rozwiązania strukturalno-systemowe, które w skuteczny sposób blokują tego typu przedsięwzięcia.
c) Zanim w ogóle zaczniemy poważnie myśleć o „queerowaniu” polskiej akademii, konieczna (choć mało prawdopodobna) jest dyskusja na temat kultury akademickiej w ogóle, na temat roli uczelni wyższych w demokratycznym społeczeństwie. Potrzebna jest zasadnicza przemiana – zarówno systemowa, jak i mentalnościowa – w sposobie pojmowania akademickości, zwłaszcza w naukach humanistycznych. Kluczowe dla takiej przemiany jest upowszechnianie słabo obecnego w polskiej kulturze edukacyjnej krytycznego myślenia. Należy przeciwstawiać się inżynieryjno-menedżerskiemu podejściu do edukacji wyższej, idei „zarządzania wiedzą” (a także, na innym poziomie, „zarządzania różnorodnością”) przez nowoczesne kapitalistyczne państwo. Choć brzmi to nieco patetycznie: należy bronić wolności akademickiej i autonomii działalności naukowej i intelektualnej.
d) Jeśli „queerowanie” ma mieć jakikolwiek głębszy sens, to nie może być wyłącznie dopisaniem kolejnej kategorii do katalogu akademickich dyscyplin / tematów / metod badawczych; musi mu towarzyszyć szerszy kontestatorski / konfrontacyjny „duch” -- podobny do tego, jaki towarzyszył początkom ruchu queer. Dla teoretyka / badacza queer stan „normy” to stan kryzysu, a queer jest właśnie odpowiedzią na ten „kryzys normalności.” Dlatego tym, którzy po zwycięstwie formacji konserwatywno-liberalnej w ostatnich wyborach liczą na „powrót do normalności” po mrocznych czasach kaczyzmu, teoria queer ma wiele do zaoferowania.
(t)
piątek, 29 maja 2009
co nowego w eugenice?
News dla tych, którzy w autorytecie Nauki (np. w genetyce) szukają uzasadnienia dla "naturalności" zachowań homoseksualnych:
Kandydatka do PE: Homoseksualizm to choroba genetyczna
Każde "naukowe" wyjaśnienie "genezy" odmienności seksualnej otwiera możliwość równie "naukowej" metody skorygowania "błędu natury".
Nie chodzi o "naturalizację" odmienności seksualnej, tylko o "denaturalizację" wszelkiej ludzkiej seksualności. Bo człowiek z natury jest nienaturalny – przynajmniej o tyle, o ile pojęcie "natury" służy legitymizacji norm społecznych. A najczęściej temu właśnie służy.
(t)
Kandydatka do PE: Homoseksualizm to choroba genetyczna
Każde "naukowe" wyjaśnienie "genezy" odmienności seksualnej otwiera możliwość równie "naukowej" metody skorygowania "błędu natury".
Nie chodzi o "naturalizację" odmienności seksualnej, tylko o "denaturalizację" wszelkiej ludzkiej seksualności. Bo człowiek z natury jest nienaturalny – przynajmniej o tyle, o ile pojęcie "natury" służy legitymizacji norm społecznych. A najczęściej temu właśnie służy.
(t)
niedziela, 10 maja 2009
nauka i nauczka
Jak wiadomo, konferencja anty-homoseksualna jednak się odbyła, chociaż formalnie nie na UKSW. Wiadomo też, że mesjasz Cameron jeździ po Polsce, niosąc Polakom Prawdę, Dobro i Zbawienie.
W nowoczesnym, demokratycznym państwie takie konferencje i wykłady mają oczywiście prawo się odbywać – podobnie jak mają się prawo odbywać np. zjazdy ufologów. A rolą "oświeconych" środowisk jest wydarzenia takie wytykać palcami, obśmiewać, torpedować. Albo i przemilczać.
Najgłośniejsze protesty budzi nawet nie to, co wygaduje Cameron i jego wierna trzódka (ileż razy już to słyszeliśmy!), ale fakt, że ich wystąpienia odbywają się na uniwersytetach – a te są przecież publiczne i finansowane z naszych podatków; można takie konferencje jakoś tolerować, dopóki odbywają u księdza pod sutanną, w jakimś domu modlitw i zawodzeń; można je wówczas bezpiecznie relegować do sfery wiary (albo, jak kto woli, zabobonu), ale uniwersytet ma być świątynią NAUKI.
To odwołanie się do (rzekomo neutralnej światopoglądowo) nauki – wspartej autorytetem państwa, z jego oświeceniowym ideałem niesienia ludowi "kagańca oświaty" – wydaje się bardzo dobrym, społecznie nośnym argumentem.
Nie wolno jednak zapominać, że kategoria "naukowości" jest jedną z najbardziej normatywnych kategorii we współczesnym świecie. To, co "naukowo dowiedzione" rzadko kiedy podlega dyskusji. Studiom queer też w wielu kontekstach akademickich odbiera się status naukowości (zdecydowanie nie figurują one w oficjalnym spisie dyscyplin naukowych w Polsce).
Czy nie jest paradoksem odwoływanie się do autorytetu psychologii ("przecież oficjalna psychologia nie uznaje już homoseksualizmu za dewiację"), podczas gdy to właśnie dyskurs psychologiczno-medyczny właściwie powołał "homoseksualizm" do życia, stworzył i upowszechnił współczesne kategorie myślenia o seksualności? Jeśli sto lat później ten sam naukowy dyskurs "od-patologizował" to, co sam kiedyś wymyślił (jako patologię), to oczywiście bardzo dobrze. Ale szukanie w tymże dyskursie wsparcia dla afirmacji różnych odmieńczych seksualności może budzić uzasadnione wątpliwości.
Bo przecież można o seksualności myśleć inaczej niż jako o 3 orientacjach seksualnych (a właściwie dwóch i jednej mieszanej). Można wręcz dążyć do obalenia kategorii "homoseksualizmu" rozumianego jako jednolita i trwała orientacja czy tożsamość seksualna, a wówczas wywody Camerona stają się bezprzedmiotowe.
Co można, a czego nie można na uniwersytecie? Albo raczej: co wypada, a co nie wypada? Nie jest to kwestia przyznania (lub odmowy przyznania) czemuś statusu naukowości, ale raczej kwestia społecznej legitymizacji takich lub innych rodzajów wiedzy. Bo uniwersytet, jako instytucja obdarzona wsparciem państwa i dużym szacunkiem społecznym, ma potężną moc legitymizującą.
Jeśli rektor UKSW uznał, że konferencja "Homoseksualizm z naukowego i religijnego punktu widzenia" byłaby jednak obciachem – to świetnie, zadziałały jakieś mechanizmy środowiskowo-piarowskie. Ale ten miecz jest obosieczny: konferencja gejowsko-lesbijska albo queerowa też może zostać odwołana z identycznych względów. Nie raz zresztą tak się działo.
Nie twierdzę, że nie należy w pewnych sytuacjach odwoływać się strategicznie do kategorii (czy normy) naukowości. Nie należy jednak czynić tego bezkrytycznie, ignorując szereg pułapek, w które kategoria ta może nas uwikłać. Bo to nie "ekspercka wiedza" powinna nas w końcu określać, prawda?
(t)
W nowoczesnym, demokratycznym państwie takie konferencje i wykłady mają oczywiście prawo się odbywać – podobnie jak mają się prawo odbywać np. zjazdy ufologów. A rolą "oświeconych" środowisk jest wydarzenia takie wytykać palcami, obśmiewać, torpedować. Albo i przemilczać.
Najgłośniejsze protesty budzi nawet nie to, co wygaduje Cameron i jego wierna trzódka (ileż razy już to słyszeliśmy!), ale fakt, że ich wystąpienia odbywają się na uniwersytetach – a te są przecież publiczne i finansowane z naszych podatków; można takie konferencje jakoś tolerować, dopóki odbywają u księdza pod sutanną, w jakimś domu modlitw i zawodzeń; można je wówczas bezpiecznie relegować do sfery wiary (albo, jak kto woli, zabobonu), ale uniwersytet ma być świątynią NAUKI.
To odwołanie się do (rzekomo neutralnej światopoglądowo) nauki – wspartej autorytetem państwa, z jego oświeceniowym ideałem niesienia ludowi "kagańca oświaty" – wydaje się bardzo dobrym, społecznie nośnym argumentem.
Nie wolno jednak zapominać, że kategoria "naukowości" jest jedną z najbardziej normatywnych kategorii we współczesnym świecie. To, co "naukowo dowiedzione" rzadko kiedy podlega dyskusji. Studiom queer też w wielu kontekstach akademickich odbiera się status naukowości (zdecydowanie nie figurują one w oficjalnym spisie dyscyplin naukowych w Polsce).
Czy nie jest paradoksem odwoływanie się do autorytetu psychologii ("przecież oficjalna psychologia nie uznaje już homoseksualizmu za dewiację"), podczas gdy to właśnie dyskurs psychologiczno-medyczny właściwie powołał "homoseksualizm" do życia, stworzył i upowszechnił współczesne kategorie myślenia o seksualności? Jeśli sto lat później ten sam naukowy dyskurs "od-patologizował" to, co sam kiedyś wymyślił (jako patologię), to oczywiście bardzo dobrze. Ale szukanie w tymże dyskursie wsparcia dla afirmacji różnych odmieńczych seksualności może budzić uzasadnione wątpliwości.
Bo przecież można o seksualności myśleć inaczej niż jako o 3 orientacjach seksualnych (a właściwie dwóch i jednej mieszanej). Można wręcz dążyć do obalenia kategorii "homoseksualizmu" rozumianego jako jednolita i trwała orientacja czy tożsamość seksualna, a wówczas wywody Camerona stają się bezprzedmiotowe.
Co można, a czego nie można na uniwersytecie? Albo raczej: co wypada, a co nie wypada? Nie jest to kwestia przyznania (lub odmowy przyznania) czemuś statusu naukowości, ale raczej kwestia społecznej legitymizacji takich lub innych rodzajów wiedzy. Bo uniwersytet, jako instytucja obdarzona wsparciem państwa i dużym szacunkiem społecznym, ma potężną moc legitymizującą.
Jeśli rektor UKSW uznał, że konferencja "Homoseksualizm z naukowego i religijnego punktu widzenia" byłaby jednak obciachem – to świetnie, zadziałały jakieś mechanizmy środowiskowo-piarowskie. Ale ten miecz jest obosieczny: konferencja gejowsko-lesbijska albo queerowa też może zostać odwołana z identycznych względów. Nie raz zresztą tak się działo.
Nie twierdzę, że nie należy w pewnych sytuacjach odwoływać się strategicznie do kategorii (czy normy) naukowości. Nie należy jednak czynić tego bezkrytycznie, ignorując szereg pułapek, w które kategoria ta może nas uwikłać. Bo to nie "ekspercka wiedza" powinna nas w końcu określać, prawda?
(t)
środa, 6 maja 2009
koń-ferencja jaka jest, każdy widzi
Wielce zasmuciła mnie wiadomość o odwołaniu konferencji "Homoseksualizm z religijnego i naukowego punktu widzenia", która miała się odbyć na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Już sam tytuł konferencji brzmiał niezwykle obiecująco: o ile dobrze rozumiem, szacowni prelegenci mieli za zadanie obnażyć zasadniczy i niemożliwy do przezwyciężenia rozłam między katolickim i naukowym podejściem do homoseksualizmu. Miałem nadzieję, że zdążę dołączyć do tego uczonego grona, do tej – nie bójmy się tego słowa – awangardy polskiej i światowej nauki i dane mi będzie wygłosić referat na jeden z poniższych tematów:
Geneza zachowań heteroseksualnych.
Medyczne konsekwencje katolicyzmu. Czy to da się leczyć?
Josef Fritzl a etyczne aspekty heteroseksualnej rodziny.
W trakcie konferencji zamierzałem również rozdać wśród uczestników i słuchaczy ten oto cudowny medalik:

Pomimo chwilowego zwycięstwa gejowskiego lobby (z oczywistym poparciem międzynarodowej żydokomuny), mam nadzieję, że organizatorzy tej cudownie poczętej, lecz w ostateczności poronionej konferencji, czyli Koło Nieukowe Zmyśli Politycznej i Prawnej UKSW, zaproszą mnie kiedyś na gościnne wykłady. Liczę również na to, że Pani Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego zarządzi kontrolę tej światłej wstecznicy – pardon, wszechnicy – i zweryfikuje tematy prowadzonych tamże prac magisterskich. Jeśli nie znajdzie się wśród nich praca, która odpowie ostatecznie na pytanie: "CZYJĄ krew piją geje?", oraz taka, która zbada krwiopijcze skłonności lesbijek, wówczas uczelnię należy natychmiast zamknąć.
P.S. Wydaje mi się czasem, że pytanie o summę relacji społecznych można sprowadzić do jednego, podstawowego pytania: "Kto pije czyją krew?" Postuluję tym samym powstanie socjologii wampirycznej.
(t)

Już sam tytuł konferencji brzmiał niezwykle obiecująco: o ile dobrze rozumiem, szacowni prelegenci mieli za zadanie obnażyć zasadniczy i niemożliwy do przezwyciężenia rozłam między katolickim i naukowym podejściem do homoseksualizmu. Miałem nadzieję, że zdążę dołączyć do tego uczonego grona, do tej – nie bójmy się tego słowa – awangardy polskiej i światowej nauki i dane mi będzie wygłosić referat na jeden z poniższych tematów:
Geneza zachowań heteroseksualnych.
Medyczne konsekwencje katolicyzmu. Czy to da się leczyć?
Josef Fritzl a etyczne aspekty heteroseksualnej rodziny.
W trakcie konferencji zamierzałem również rozdać wśród uczestników i słuchaczy ten oto cudowny medalik:

Pomimo chwilowego zwycięstwa gejowskiego lobby (z oczywistym poparciem międzynarodowej żydokomuny), mam nadzieję, że organizatorzy tej cudownie poczętej, lecz w ostateczności poronionej konferencji, czyli Koło Nieukowe Zmyśli Politycznej i Prawnej UKSW, zaproszą mnie kiedyś na gościnne wykłady. Liczę również na to, że Pani Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego zarządzi kontrolę tej światłej wstecznicy – pardon, wszechnicy – i zweryfikuje tematy prowadzonych tamże prac magisterskich. Jeśli nie znajdzie się wśród nich praca, która odpowie ostatecznie na pytanie: "CZYJĄ krew piją geje?", oraz taka, która zbada krwiopijcze skłonności lesbijek, wówczas uczelnię należy natychmiast zamknąć.
P.S. Wydaje mi się czasem, że pytanie o summę relacji społecznych można sprowadzić do jednego, podstawowego pytania: "Kto pije czyją krew?" Postuluję tym samym powstanie socjologii wampirycznej.
(t)
Subskrybuj:
Posty (Atom)