Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LGBTQ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LGBTQ. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 maja 2016

KLUB COCON I PRZEMOC W ŚRODOWISKU LGBTQ

[tekst ukazał się oryginalnie na stronie Codziennika Feministycznego]

przemoc klub coconJako wieloletni sympatyk i współpracownik Queerowego Maja, a także osoba od dawna aktywnie zaangażowana w rozwój teorii queer oraz aktywizmu queerowego w Polsce, z ogromnym rozczarowaniem przyjąłem do wiadomości informację, że tegoroczna impreza pomarszowa ma odbyć się w klubie Cocon.

W dniu 30 stycznia zostałem w tymże klubie wielokrotnie obrażony oraz dotkliwie pobity – najpierw przez jednego z klientów klubu, a następnie przez tzw. ochroniarzy. Sytuacji można było łatwo uniknąć, ponieważ nieodpowiednie zachowanie klienta zgłosiłem dużo wcześniej do tzw. menadżera klubu, który nie tylko zignorował moją interwencję, ale zrobił to w sposób, eufemistycznie mówiąc, niegrzeczny. O pobiciu została poinformowana policja, która przybyła na miejsce zdarzenia. Na oddziale SOR jednego z krakowskich szpitali lekarze poddali mnie szeregowi badań, w tym tomografii krtani, w związku z jej naruszeniem po bardzo silnym duszeniu. Poniosłem również dotkliwe straty psychiczne i moralne. 

Skierowałem do właściciela klubu pisemne (odebrane) żądanie zadośćuczynienia, a następnie podjąłem próbę nawiązania kontaktu przez pocztę elektroniczną. Zaznaczę, że w ramach zadośćuczynienia zaproponowałem właścicielowi współudział w kampanii mającej na celu podnoszenie świadomości w zakresie środowiska LGBT/Q, a w szczególności wśród właścicieli i obsługi klubów, w odniesieniu do różnych form przemocy i strategii przeciwdziałania jej. Ze zgrozą obserwuję znaczny wzrost zachowań przemocowych w miejscach, które z założenia mają być LGBT/Q-friendly; w ostatnich latach wielokrotnie byłem świadkiem takich sytuacji w samym klubie Cocon (jedna z nich została opisana przez Evelinę Evelę, a także w innych miejscach LGBT/Q, co niewątpliwie związane jest z ogólnie rosnącym poziomem agresji symbolicznej i fizycznej w polskim społeczeństwie. A z jeszcze większą zgrozą obserwuję całkowite ignorowanie problemu, podczas gdy NA PRZEMOC NIE MOŻE BYĆ PRZYZWOLENIA. 

Wracając do klubu Cocon – moje zgłoszenie musiało zostać odebrane przez właściciela klubu jako tak błahe, że nie zasłużyło nawet na żadną – choćby zdawkową – odpowiedź. Jest to ta sama osoba, która buduje wizerunek swój i swojego klubu na szczytnych ideach propagowania kultury LGBT/Q i takich wartości, jak tolerancja, otwartość i środowiskowe wsparcie. Jak sam powiada w niedawnym wywiadzie: „to jest miejsce, które spełnia rolę społeczną”, a osoba prowadząca wywiad chwali rozmówcę za „oswajanie nowoprzybyłych, zajmowanie się nimi, pokazywanie im tego, czym jest ta krakowska gejowskość klubowa”. W kontekście całkowitego lekceważenia powtarzających się w klubie i zgłaszanych do kierownictwa sytuacji przemocowych, odniesienie do „solidarności” i „równości” w haśle Queerowego Maja brzmi, niestety, jak ponury żart. 

Szczerze żałuję, że zostałem zmuszony do napisania tego oświadczenia. Byłem klientem klubu Cocon (a wcześniej także klubu Queer) od samego początku jego istnienia i łączył mnie z tym miejscem duży sentyment. Co więcej, uważam, że takie miejsce jest w Krakowie bardzo potrzebne, o ile oczywiście będzie to lokal bezpieczny i rozsądnie zarządzany. W obecnej chwili klub Cocon nie jest, w mojej ocenie, miejscem, w którym dba się o bezpieczeństwo i komfort klientów (a raczej – dba się o bezpieczeństwo i komfort WYBRANYCH klientów). A zatem ani w imprezie pomarszowej, ani w żadnej innej uczestniczyć nie będę (a wręcz – jako osoba z czarnej listy – zapewne nie mogę), przynajmniej do czasu, gdy właściciel i obsługa klubu nie wykażą się FAKTYCZNYM ZAANGAŻOWANIEM W PRZECIWDZIAŁANIE PRZEMOCY. 

Szkoda, że obok warsztatów tańca i wegańskiej kuchni nie starczyło w Queerowym Maju miejsca na tak poważną kwestię, jak przemoc wewnątrzśrodowiskowa. Pomimo odmowy współpracy ze strony właściciela klubu Cocon, mam szczerą nadzieję, że znajdą się osoby chętne wspomóc (finansowo, merytorycznie i aktywistycznie) antyprzemocową kampanię, którą planuję zorganizować, kiedy tylko pozwolą mi na to obowiązki służbowe (więcej informacji na jej temat, wraz z ogólną refleksją na temat „niewidzialności” przemocy, zamieszczę wkrótce na wybranych portalach środowiskowych). Niewykluczone, że w efekcie wspomnianej kampanii znajdzie się w przyszłorocznym Queerowym Maju miejsce dla tego ze wszech miar ważnego tematu.

dr hab. Tomasz Sikora
naukowiec, dydaktyk, queerowiec, współredaktor queerowego czasopisma InterAlia



wtorek, 6 maja 2014

Siusiu w torcik

Wypuszczony niedawno spot KPH promujący ideę związków partnerskich wywołuje mój wisceralny sprzeciw. Nie chodzi nawet o samą ideę – to osobny, duży temat; jestem w stanie wyobrazić sobie taką przebudowę porządku prawnego, żeby jakiś rodzaj związków był w nim sankcjonowany, skoro wiele osób odczuwa taką potrzebę. Chodzi mi raczej o estetyczne, polityczne i etyczne implikacje rzeczonego filmiku.

Kiedy piszę o wisceralnym sprzeciwie, to zaczyna się on od mojej reakcji na samą cukierkową „powierzchnię” spotu, na warstwę wizualno-dźwiękową. Zdaję sobie sprawę, że mainstreamowa estetyka rodem z reklamy miesiąca miodowego w Kazimierzu Dolnym została dobrana celowo, z bardzo określonych powodów (do których zaraz wrócę). Jednak nie mam wątpliwości, że możliwe jest zbudowanie warstwy estetycznej w taki sposób, żeby była prosta i atrakcyjna, a jednocześnie niebanalna. Być może bogaty dorobek estetyki campowej mógłby podsunąć twórcom/twórczyniom jakiś ciekawy pomysł. Ale nie, wybrali estetykę możliwie najbardziej siermiężnej polskiej telenoweli, bo i widownia, do której chcą trafić, to – jak nietrudno się domyślić – widownia o mentalności serialowej (i nie mam, niestety, na myśli tych naprawdę ciekawych – niestety niepolskich – seriali).

Każde dzieło wizualne konstruuje czy też „ustawia” spojrzenie widza/ widzki (?). To nie znaczy, że widzowie są nieuchronnie skazani na spojrzenie, które jest im implikowane. Po pierwsze, nierzadko odbiorczyni/odbiorca jest z tego implikowanego spojrzenia z założenia wyłączona/-y lub włączona/-y na bardzo określonych zasadach, np. na zasadzie wyjątku potwierdzającego regułę; a po drugie, każde dzieło można odczytać na przekór, wbrew tej tendencji, by ustawiać podmioty i relacje w określony porządek symboliczno-społeczny. Jakie więc spojrzenie implikuje spot „Najbliżsi Obcy”? Jest to spojrzenie przycięte na miarę konserwatywnego Polaka i konserwatywnej Polki. Jest to – jak trafnie zauważa w swoim felietonie Paulina Szkudlarek – spojrzenie schlebiające heteropatriarchalnemu mężczyźnie, który infantylizuje kobiety i pozwala sobie od czasu do czasu na małą fantazję erotyczną z lesbijkami w roli głównej (patrz sterczący sutek w trzeciej sekundzie spotu). Jest to spojrzenie dobrych, katolickich kobiet-matek, do których adresowana jest afektywna strona spotu („biedne dziewczęta, przecież one chcą tylko być szczęśliwe, czy to grzech?”). A na ogólniejszym poziomie: jest to spojrzenie wytresowane przez TVN-owski Truman Show.

Żeby się zbytnio nie rozwlekać, napiszę wprost, że strategia spotu to pod każdym względem MAKSIMUM NORMALIZACJI. Temu strategicznemu celowi podporządkowane jest dosłownie wszystko: wspomniana powyżej pastelowo-cukierkowa estetyka; serialowa reprezentacja „codziennego życia”; nachalnie cisgenderowy model „dziewczęcości” (bo chyba trudno mówić tu o „kobiecości”), a także młody wiek bohaterek, ich płeć (para gejów byłaby na pewno trudniejsza do przełknięcia, nie wspominając o osobach trans*), uroda, pełnosprawność, ogólna ekspresja (ubiór, mimika, narracja). Ukoronowaniem tej strategii jest oczywiście fakt, że przez większą część spotu widzowi i widzce sugeruje się, że piękna, młoda narratorka opowiada o relacji z mężczyzną, co podkreśla dodatkowo męska forma wyrażenia „… z kimś obcym”. Na koniec: BUM, mowa o lesbijkach! A wszystko było przecież tak samo, jak w życiu, czyli jak w telenoweli: te uśmiechy, te kłótnie i pogodzenia, te łzy, ten tort… Było po prostu do bólu normalnie. I owszem, ujawniony na końcu jednopłciowy charakter związku narratorki wprowadza element różnicy – ale różnicy wykastrowanej, zredukowanej, wygładzonej i maksymalnie przyciętej do konserwatywno-neoliberalnej hetero-i homonormy.

Strategia normalizacji to obecnie główna strategia mainstreamowych organizacji LGBT, więc trudno się takiej wymowie spotu dziwić. Jego pomysłodawcy i twórczynie będą zapewne argumentować, że spot miał trafić nie tyle do geja i lesbijki (a już zwłaszcza nie do tych bardziej radykalnie myślących), ile do „przeciętnego Polaka” i takowej Polki, a zatem trzeba do nich mówić językiem, jaki zrozumieją. Bo to od ich poparcia będzie zależeć w przyszłości kwestia wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich. Dobrze, święte prawo organizacji definiować sobie cele i strategie działania. Ale jednocześnie mam nadzieję, że pomysłodawczynie i twórcy spotu nie będą zdziwieni, że część osób jakoś tam kojarzonych z literkami „LGBT”, a zwłaszcza Q, będzie się czuła z takiej reprezentacji głęboko wyOBCOwana. Bo w ogóle głównym problemem współczesnych porządków kulturowo-politycznych jest fiksacja na punkcie reprezentacji. Spot KPH konstruuje pewien zbiorowy podmiot, który po prostu nie istnieje – nie tylko ze względu na ogromną różnorodność osób określanych (czy określających się) ogólną nazwą LGBT/Q, ale przede wszystkim ze względu na promowanie obrazu odmieńczości, który jest nade wszystko PROJEKCJĄ heteropatriarchalnego umysłu, na dodatek podaną w ciężkostrawnym, wielkomiejsko-hipsterskim sosie.

W mojej krytyce nie chodzi bynajmniej o szukanie takich reprezentacji, które byłyby „prawdziwe”, a nie zniekształcone przez krzywe lustro heteropatriarchalnego spojrzenia (nawet w jego bardziej liberalno-postępowej odmianie). To byłaby błędna logika, prowadząca do kolejnych paradoksów i wykluczeń. Chodzi o to, jaką wizję społeczną, polityczną i etyczną proponuje dany tekst kulturowy. W założeniu twórców omawianego spotu chodzi niewątpliwie o promowanie społeczeństwa otwartego i tolerancyjnego. Jakie więc zdziwienie musiał wywołać w think-tanku KPH taki oto komentarz (podpisany Anhonime2) umieszczony pod spotem w serwisie YouTube:
Ta kampania jest obrzydliwa. Nie dziwię się, że Polska jest takim zaściankowym krajem. Jest tu wyraźna implikacja, że osoby obce są gorsze względem tych, z którymi tworzymy prawnie wspólnotę (np. obywatelstwo jakiegoś kraju) = jawna KSENOFOBIA.Powinniśmy przestać portretować obcych jako jakichś gorszych, jeśli chcemy żyć w nowoczesnym społeczeństwie. Mi nie przeszkadza, że mój przyjaciel jest np. z Niemiec i nie ma obywatelstwa polskiego - wciąż jest moim przyjacielem i nie są mi potrzebne żadne regulacje prawne. Idea tej kampanii jest kompletnie odwrotna.O skrajnie cispłciowym modelu przedstawionej relacji nawet nie piszę, bo wyjdzie mi cała rozprawka. 
Użytkownik “Biuro KPH” odpowiedział ze smutną mineczką, że autor komentarza kompletnie nie zrozumiał przesłania kampanii. A ja niestety obawiam się, że zrozumiał je lepiej niż sami liderzy kampanii, którzy przy wszystkich swoich dobrych intencjach (których im w najmniejszym stopniu nie odmawiam) nie potrafią wyjść poza mentalny horyzont, który zakreśliła w ich głowach polska – niech już będzie to słowo – zaściankowość. Jest dokładnie tak, jak pisze Anhonime2: spot promuje etykę SWOJSKOŚCI i tym samym (jakkolwiek nieświadomie) uderza w inny rodzaj etyki, który z braku lepszego określenia nazwałbym „ksenofilią” albo etyką zorientowaną na obcość. Chodzi o kierunek ciążenia: czy stawiamy na oswojenie/ „uswojskowienie”/ normalizację/ naturalizację odmieńczości – czyli to, co robią wszystkie konserwatywne filozofie z prawa i lewa (tak tak, na lewicy też nie brakuje takich postaw), czy raczej na alternatywną postawę, w której to właśnie obcość – także obcość w nas samych – jest pierwotna i jako taka stanowi punkt wyjścia do myślenia o relacjach społecznych. Kampania KPH mówi: geje i lesbijki są NASI. To swojaki. W przeciwieństwie, oczywiście, do wszystkich nie-swojaków. Ot, choćby promiskuitywnych gejów albo poliamorycznych lesbijek. A nawet  wojujących feministek, które nic tylko się czepiają ładnej dziewczyny ze spotu. O nie, ci nie są fajni. Te nie są fajne. Tych torcikiem nie poczęstujemy. 

PS Przepraszam za mały plagiacik w tytule postu, ale lepszy trudno było mi sobie wyobrazić...

[t]

środa, 2 kwietnia 2014

Drżyjcie, heteroświnie!

[Przekład "manifestu" Michaela Swifta z 1987 r. Odczytywany dosłownie, tekst tej "gejowskiej fantazji" szybko stał się dla konserwatystów i fundamentalistów religijnych "niepodważalnym dowodem" na nikczemność odmieńców seksualnych, których prawdziwym -- choć zakamuflowanym -- celem jest zniszczenie rodziny, społeczeństwa, cywilizacji, ludzkości, naturalnego porządku rzeczy i w ogóle wszystkiego. Tekst ukazał się kilka lat temu na jednym z portali LGBT, jednak w tej chwili jest słabo dostępny ze względu na daleko posuniętą komercjalizację owego portalu i wprowadzenie opłat za dostęp do publikowanych tekstów.] 

*
Zgwałcimy waszych synów, symbol waszej kruchej męskości, waszych płytkich marzeń i prostackich kłamstw. Uwiedziemy ich w waszych szkołach, w waszych internatach, w waszych siłowniach, w waszych szatniach, w waszych halach sportowych, w waszych seminariach, w waszych organizacjach młodzieżowych, w toaletach waszych kin, w waszych wojskowych barakach, w waszych zajazdach dla kierowców ciężarówek, w waszych klubach dla panów, w sejmach i senatach – wszędzie, gdzie mężczyźni są razem z mężczyznami. Wasi synowie staną się naszymi posłusznymi sługami. Zostaną przerobieni na nasz obraz i nasze podobieństwo. Będą nas łaknąć i wielbić.

Wy, kobiety, domagacie się wolności. Mówicie, że mężczyźni już was nie zadawalają, że was unieszczęśliwiają. My, koneserzy męskich rysów i męskiej sylwetki, odbierzemy wam zatem waszych mężczyzn. Będziemy ich zabawiać, uczyć, przytulać, gdy płaczą. Kobiety, mówicie, że wolicie żyć w swoim własnym gronie niż z mężczyznami. Więc żyjcie w swoim gronie. Damy waszym mężczyznom rozkosz, jakiej wcześniej nie znali, ponieważ my też jesteśmy przede wszystkim mężczyznami, a tylko mężczyzna wie, jak naprawdę sprawić rozkosz drugiemu mężczyźnie; tylko mężczyzna potrafi pojąć głębię i emocje, umysł i ciało drugiego mężczyzny.

Zniesione będą wszystkie prawa zakazujące homoseksualizmu, a w ich miejsce zaczną obowiązywać ustawy propagujące miłość między mężczyznami. Wszyscy homoseksualiści muszą trwać przy sobie jak bracia: musimy zjednoczyć się artystycznie, społecznie, politycznie i finansowo. Zwyciężymy tylko wówczas, gdy pokażemy bezwzględnemu heteroseksualnemu wrogowi wspólne oblicze.

Jeśli odważycie się nazwać nas ciotą, pedałem, zboczeńcem, wbijemy nóż w wasze tchórzliwe serca i zbezcześcimy wasze martwe, rachityczne ciała.

Będziemy pisać wiersze o miłość między mężczyznami; będziemy wystawiać sztuki, w których mężczyzna otwarcie pieści mężczyznę; nakręcimy filmy o miłości między bohaterskimi mężczyznami, które zastąpią te tanie, płytkie, sentymentalne, mdłe, niedojrzałe heteroseksualne miłostki królujące na ekranach waszych kin. Wyrzeźbimy posągi pięknych młodzieńców, dzielnych atletów, które staną w waszych parkach, na waszych rynkach i placach. Muzea świata wypełnią się obrazami pełnych wdzięku, nagich chłopaków.

Nasi pisarze i artyści uczynią z miłości męsko-męskiej obowiązujący kanon mody; to dla nas nic trudnego, ponieważ znamy się na kreowaniu stylu. Wyeliminujemy heteroseksualne związki przy pomocy błyskotliwego dowcipu i ośmieszenia, bo są to metody, które opanowaliśmy do perfekcji.

Zdemaskujemy możnych homoseksualistów, którzy udają hetero. Ogarnie was szok i przerażenie, kiedy okaże się, że wasi prezydenci i ich synowie, wasi przedsiębiorcy, senatorowie, burmistrzowie, generałowie, sportowcy, gwiazdy filmowe, osobowości telewizyjne, liderzy ruchów obywatelskich i wasi księża nie są tymi znanymi, burżuazyjnymi, heteroseksualnymi postaciami, za które ich uważaliście. Jesteśmy wszędzie, przeniknęliśmy do waszych szeregów. Uważajcie, gdy mówicie o homoseksualistach, ponieważ zawsze jesteśmy między wami; być może siedzimy po drugiej stronie biurka; być możemy śpimy z wami w tym samym łóżku.

Nie będzie kompromisów. Nie jesteśmy słabeuszami z klasy średniej. Nasza inteligencja czyni z nas naturalnych arystokratów rasy ludzkiej, a arystokraci o umysłach twardych jak stal nigdy nie zadowolą się poślednim statusem. Ci, którzy się nam przeciwstawiają, zostaną wygnani. Wzorem Mishimy utworzymy wielkie prywatne armie, aby was pokonać. Podbijemy świat, ponieważ wojownicy natchnieni duchem i połączeni węzłem miłości homoseksualnej są niezwyciężeni jak greccy żołnierze.

Komórka społeczna zwana rodziną – wylęgarnia kłamstwa, zdrady, przeciętności, hipokryzji i przemocy – zostanie obalona. Rodzina, która studzi wyobraźnię i ogranicza wolną wolę, musi zniknąć. Genetyczne laboratoria będą wytwarzać i hodować idealnych chłopców. Będą oni żyć we wspólnocie, wychowywani i kształceni przez homoseksualnych mędrców.

Wszystkie kościoły, które nas potępiają, zostaną zamknięte. Naszymi jedynymi bogami są przystojni młodzieńcy. Praktykujemy kult piękna, moralności i estetyki. Wszelka brzydota, pospolitość i banał zostaną unicestwione. Nie dla nas konwenanse klasy średniej, możemy żyć swobodnie, posłuszni jedynie czystej wyobraźni. Zbyt wiele to dla nas za mało.

W stworzonym przez nas wspaniałym społeczeństwie rządy będzie sprawować elita złożona z gejowskich poetów. Jednym z wymogów uzyskania wpływowej pozycji w tej nowej homoerotycznej społeczności będzie oddawanie się greckiej namiętności. Każdy mężczyzna zarażony heteroseksualną żądzą będzie automatycznie pozbawiony prawa do zajmowania wpływowej pozycji. Wszystkie męskie osobniki, które w swojej głupocie będą uparcie trwać przy swoim heteroseksualizmie, staną przed homoseksualnymi sądami i zostaną skazani na niewidzialność. 

Napiszemy historię od nowa, historię obnażającą wszystkie obrzydliwe heteroseksualne kłamstwa i wypaczenia. Pokażemy homoseksualność wielkich przywódców i myślicieli, którzy wpływali na kształt świata. Dowiedziemy, że homoseksualność, inteligencja i wyobraźnia są ze sobą nierozerwalnie związane i że homoseksualizm jest koniecznym warunkiem prawdziwej szlachetności i prawdziwego piękna w człowieku.

Zwyciężymy, ponieważ powoduje nami wściekłość i rozgoryczenie ludzi uciskanych, których przez wieki zmuszano do odgrywania rzekomo epizodycznych ról w waszych durnych, heteroseksualnych spektaklach. My też potrafimy strzelać i budować barykady ostatecznej rewolucji. 


Drżyjcie, heteroświnie, kiedy staniemy przed wami bez naszych masek. 

[t]

czwartek, 2 stycznia 2014

Aborcja, odmieńczość i porządek społeczny

Poniżej fragment polskiego przekładu pierwszego rozdziału książki amerykańskiego teoretyka Lee Edelmana No Future: Queer Theory and the Death Drive (2004). Przekład zatytułowany "Przyszłość to dziecinne mrzonki" ukazał się w książce Teorie wywrotowe. Antologia przekładów pod redakcją Agnieszki Gajewskiej (Poznań: Wydawnictwo Poznańskie, 2012). 

------
Rozważmy […] lokalny epizod obecnej wojny przeciwko aborcji. Nie tak dawno temu, w pewnym ruchliwym miejscu miasta Cambridge, Massachusetts, przeciwnicy prawa do aborcji wynajęli billboard, na którym umieścili wizerunek zaawansowanego płodu, powiększonego do rozmiarów przerastających dorosłego człowieka, z napisem „To nie jest wybór, to jest dziecko”. Barbara Johnson w swojej błyskotliwej analizie podobnych antyaborcyjnych wystąpień, pokazała, w jaki sposób wykorzystują one i tworzą skutecznie oddziałujące tropy, oparte na personifikacji płodu, które z góry przesądzają odpowiedź na prawnicze pytanie o jego osobowy status, determinując, w jakich kategoriach należy rozpatrywać płód, a więc także związaną z nim kwestię prawną (Johnson 1997: 184-199). Zamiast dekonstruować ten konkretny retoryczny przykład (tj. zamiast odnotować zestawienie właściwego dla płodu zaimka „to”, z wysoce uczłowieczającym epitetem „dziecko”, który domagałby się raczej zaimka rodzaju męskiego albo żeńskiego, w celu pokazania, jak ten fragment dyskursu podtrzymuje nierozstrzygalność, którą chciałby przezwyciężyć, czyli zamiast podać w wątpliwość prawdziwość tego stwierdzenia za pomocą formy wypowiedzi), wolę skupić się przez moment na ideologicznej prawdzie, którą ta wypowiedź, być może niechcący, uwidacznia.

Jakkolwiek dziwnie zabrzmi to w ustach geja, kiedy pierwszy raz ujrzałem wspomniany billboard w Cambridge, uznałem, że jest adresowany do mnie. Przecież ów znak mógłby równie dobrze głosić, z tą samą absolutną i niewidzialną autorytatywnością świadczącą o udanej pracy ideologicznej naturalizacji, biblijny nakaz „Bądźcie płodni i mnóżcie się!” Tak jak zniekształcony anamorfotycznie obraz, który zyskuje rozpoznawalną formę dopiero wówczas, gdy spojrzy się nań pod odpowiednim kątem, tak tamten slogan – poprzez moją subiektywnie „wykrzywioną” z nim relację – nabrał logicznego sensu, który rzucił światło na wspólne podłoże sprzeciwu, wojującej prawicy wobec aborcji i odmieńczych praktyk seksualnych – wspólne podłoże aż za dobrze znane (jako dosłowne potraktowanie figuralnej tożsamości) takim radykalnym grupom, jak Armia Boga (Army of God), która wzięła na siebie odpowiedzialność za terrorystyczne ataki bombowe na klinikę aborcyjną oraz na klub nocny uczęszczany przez lesbijki i gejów w stanie Atlanta w 1997 roku. Billboard z Cambridge zdawał się oznajmiać to, co liberalizm woli ukrywać, a mianowicie, że naczelnym przymusem, szczególnym nakazem, który nie pozostawia nam żadnego sensownego wyboru, jest przymus afirmacji naszej własnej przyszłości w uprzywilejowanej postaci DZIECKA, przymus postrzegania każdej chwili jako brzemiennej DZIECKIEM naszych Wyobrażeniowych identyfikacji, brzemiennej znaczeniem, którego obecność zapełniłaby dziurę w Symbolicznym, dziurę, która wskazuje zarówno miejsce Realnego, jak i wewnętrzny podział albo dystans, który konstytuuje nas jako podmioty i skazuje na podążanie za fantomem znaczenia poprzez metonimiczne osuwanie się znaczącego.

Z tego powodu lewica wzdraga się przed utożsamieniem z aborcją nie mniej niż prawica; zamiast tego staje po stronie „wyboru”, jak szyderczo głosi billboard. No bo któż chciałby opowiedzieć się za aborcją, czyli przeciwko rozmnażaniu, przeciwko przyszłości, a zatem przeciwko życiu? Kto chciałby zniszczyć DZIECKO, a wraz z nim życiodajną fantazję zniesienia sygnifikacyjnej luki (fantazję, która odwraca naszą uwagę od przemocy popędów, pozwalając nam jednocześnie je odgrywać)? I znowu prawica zna odpowiedź, wie, że prawdziwie opozycyjna polityka implikowana przez odmieńcze praktyki seksualne, leży nie w dyskursie liberalnym i cierpliwym negocjowaniu tolerancji i praw, choć niewątpliwie pozostają one ważne dla tych wszystkich z nas, którym się ich odmawia, ale w fakcie, że odmieńcze seksualności mają możliwość stać się figurą radykalnego zerwania kontraktu, w każdym społecznym i Symbolicznym sensie, na którym opiera się przyszłość jako domniemana osłona przeciwko jouissance Realnego. Z tą wiedzą powinniśmy śledzić odczytania odmieńczych seksualności, produkowane przez siły reakcji, a może nawet się od nich uczyć. Jakkolwiek pragnęlibyśmy odwrócić system wartości, leżący u podstaw poniższej wypowiedzi Donalda Wildmona, założyciela i lidera homofobicznej organizacji American Family Association, warto odczytać ją nie tyle jako przykład nadętej tyrady, ile raczej jako przywołanie dezorientacji, jaką odmieńcze seksualności powinny wywoływać: „Aprobata dla albo obojętność wobec ruchu homoseksualnego doprowadzi do zniszczenia społeczeństwa, dając przyzwolenie na redefinicję porządku cywilnego i strącając nas, nasze dzieci i wnuki, w otchłań bezbożności. Zagrożone są same fundamenty zachodniej cywilizacji” (Wildmon 1997). Zanim z naszych ust posypią się pełne moralnego zadęcia komunały rodem z liberalnego pluralizmu, zanim padnie zapewnienie, że nasza miłość jest wprawdzie inna, ale to przecież miłość, zanim wygłosimy nabożnie litanię o naszym wkładzie w cywilizacje Wschodu oraz Zachodu, czy odważamy się zatrzymać na moment i przyznać, że pan Wildmon może, albo jeszcze lepiej – powinien mieć rację: że odmieńczość powinna i musi zredefiniować takie pojęcia jak „porządek cywilny” poprzez odcięcie się od naszej fundamentalnej wiary w reprodukcję przyszłości?

To prawda, że zastępy lesbijskich, gejowskich, transseksualnych i transpłciowych rodziców rosną z dnia na dzień i że nic rdzennie konstytutywnego dla osób identyfikujących się jako lesbijki, geje, osoby transseksualne, transpłciowe czy queer nie predysponuje ich do tego, aby odżegnywać się od przyszłości, opierać się pokusie prokreacji albo stawiać się poza akulturacyjną logiką Symbolicznego, tudzież w opozycji do niej. Co więcej, nie ma na zewnątrz tej logiki żadnego gruntu, na którym moglibyśmy stanąć. Promując alternatywę dla linii partyjnej, popieranej przez każdą partię, stawiając się na zewnątrz logiki reprodukcyjnego futuryzmu i przekonując, że odmieńcy mogliby pogodzić się z faktem, że są figuralnie kojarzeni z jego końcem, ani przez chwilę nie zakładam, że odmieńcy – przez co rozumiem wszystkich napiętnowanych tym określeniem, ponieważ nie przestrzegają heteronormatywnych nakazów – nie inwestują psychicznie w zachowanie dobrze znanej, familijnej narracji reprodukcyjnego futuryzmu. Jednak polityka, opozycyjna czy nie, nigdy nie opiera się na esencjalnych tożsamościach. Zamiast tego skupia się na figuralności, która jest dla tożsamości nieodzowna, a przez to na figuralnych relacjach, w które społeczne tożsamości są zawsze wpisane.

Być figurą demontażu społeczeństwa cywilnego, figurą popędu śmierci obowiązującego porządku, nie oznacza bynajmniej być albo stawać się tym popędem; takie „bycie” nie ma tu nic do rzeczy. Przyjęcie tej figuralnej pozycji charakteryzuje raczej rozpoznanie, w jaki sposób rzeczywistość jest fundowana na zaprzeczeniu popędu śmierci, oraz odrzucenie wynikających z tego faktu konsekwencji. Tak jak popęd śmierci rozpuszcza skrzepłe tożsamości, które pozwalają nam znać się i trwać jako „ja”, tak queer musi dążyć do zakłócania, queerowania, organizacji społecznej jako takiej – czyli do zakłócania i queerowania nas samych i naszych inwestycji w tę organizację. Odmieńczość nie może bowiem nigdy definiować tożsamości, może ją jedynie zakłócać. Kiedy więc dowodzę w moich rozważaniach, że ciężar odmieńczości należy lokować nie tyle w afirmacji opozycyjnej tożsamości politycznej, ile w opozycji do polityki rozumianej jako nadrzędny fantazmat spełnienia się, w nieokreślonej przyszłości, Wyobrażeniowych tożsamości, od których odcięło nas nasze konstytutywne poddanie się znaczącemu, nie proponuję żadnego programu ani żadnej pozycji, z której odmieńcza seksualność czy jakikolwiek queerowy podmiot mogłyby ostatecznie stać się sobą, tak jakby możliwe było tym sposobem osiągnięcie jakiejś esencjalnej odmieńczości. Sugeruję natomiast, że skuteczność queeru, jego strategiczna wartość, tkwi w oporze wobec Symbolicznej rzeczywistości, która inwestuje w nas jako podmioty o tyle tylko, o ile sami się w nią inwestujemy, trzymając się kurczowo jej nadrzędnych fikcji, jej uporczywych sublimacji, niczym samej rzeczywistości. W końcu tylko jej figurom znaczenia, które bierzemy za dosłowną prawdę, zawdzięczamy nasze istnienie jako podmiotom oraz relacje społeczne, w których żyjemy – relacje, za podtrzymanie których możemy nawet być gotowi oddać życie. 
[t]

poniedziałek, 20 maja 2013

bradley w bunkrze

W nawiązaniu do ubiegłorocznego wpisu "Bohaterowie i zdrajcy" dotyczącego Bradleya Manninga, warto odnotować pracę zainspirowaną częściowo tamtym wpisem (oraz, przede wszystkim, samym Bradleyem), która znalazła się na wystawie "Złość. Własnym głosem o sobie" w krakowskim Bunkrze Sztuki. Wystawa - czynna do 26 maja br. - odbywa się w ramach Queerowego Maja. Więcej na temat pracy można znaleźć tutaj oraz w katalogu przygotowanym przez kuratorki wystawy, Julie Land i Justynę Struzik.


Nota bene w amerykańskich środowiskach lgbtq toczy się obecnie burzliwa dyskusja wokół wyboru Bradleya Manninga na jednego z patronów (marshal) San Francisco Pride, a następnie POZBAWIENIA go tej honorowej funkcji w dziwnych, politycznie uwarunkowanych okolicznościach. Bradley okazał się zbyt radykalny, zbyt kontrowersyjny. Podobnych kontrowersji nie budzą za to korporacyjni sponsorzy Dumy.
[t]

wtorek, 19 lutego 2013

polityczność kłiru

W ramach autopromocji – fragment artykułu, który ukazał się kilka miesięcy temu w książce Strategie queer. Od teorii do praktyki (pod redakcją M. Drozdowskiego, M. Kłosowskiej i A. Stasińskiej):

W naszych rzekomo postpolitycznych czasach nawet ogromna część lewicy (zwłaszcza, choć nie wyłącznie, partii lewicowych głównego nurtu) oraz niektóre „alternatywne” ruchy polityczne przejęły liberalny język polityczny – być może nieco inaczej rozkładając akcenty, ale zasadniczo nie kwestionując liberalnych aksjomatów polityczności jako takiej, także w relacji do seksualności. [...] To właśnie [ze środowiskami lewicowymi i (post)anarchistycznymi], moim zdaniem, queer powinien nawiązywać polityczne i społeczne sojusze, to tutaj powinna odbywać się intensywna wymiana myśli i wspólne poszukiwanie innych modeli polityczności – takich, które pozwolą skutecznie przeciwstawić się dominującym siłom patriarchalnego, heteronormatywnego, (neo)liberalnego, neokolonialnego, kapitalistycznego „imperium”. W tak pomyślanych sojuszach rolą kłiru byłoby przede wszystkim społeczne odzyskiwanie różnicy i pożądania, które zostały skolonizowane i zneutralizowane przez liberalny kapitalizm, zamienione na parametry produkcji i konsumpcji, poddane intensywnej regulacji przez polityczne projekty „wielokulturowości” oraz „tolerancji”. 

Jednym z punktów stycznych ruchów „nowej lewicy”, (post)anarchizmu i kłiru jest, jak sądzę, odrzucenie atomistycznego indywidualizmu narzucanego przez reżim liberalny i przeciwstawienie mu innej, niekapitalistycznej koncepcji tego, co społeczne, co dzielone, co nieprywatne (queer pokazuje, że seks nie jest prywatny: jest głęboko społeczny, w sensie wykraczającym daleko poza reprodukcyjną funkcję tradycyjnej heteroseksualnej rodziny). Tego zadania nie podejmie na pewno liberalnie zorientowany ruch LGBT, który wpisuje swój „partykularystyczny” program w ogólniejszy program „modernizacyjny”: wszyscy chcemy więcej dróg i autostrad, rosnącego PKB, lepszego zarządzania itd. Mówiąc złośliwie, z tej perspektywy „idealnym światem” byłby taki, w którym uśmiechnięta para homomałżonków (najlepiej zawodowy wojskowy i prezes korporacji) zawozi swoje śliczne, adoptowane dziecko (najlepiej pochodzące z jakiegoś biednego kraju Trzeciego Świata) wypasionym autem do pięknego, prywatnego przedszkola. Jest oczywiste, że strukturalnie taki model nie jest dla wszystkich równie dostępny; najważniejsze, że jest pewnym normatywnym ideałem, który strukturyzuje aspiracje i scenariusze życiowe gejów i lesbijek (względnie innych odmieńców) i jednocześnie przesłania alternatywne scenariusze życiowe, społeczne i polityczne. 

[...] W sytuacji, w której scenę polityczną dzieli się po prostu według kryterium „zacofania” (ciemnogród, Radio Maryja itp.) i „nowoczesności” (modernizacyjny liberalizm, tolerancja) – nie ma miejsca na alternatywę, a więc nie ma miejsca na queer. Tymczasem queer (o tyle, o ile pozostaje różny od ruchu LGBT) powinien zachowywać równy dystans zarówno do (neo)konserwatyzmu, jak i do (neo)liberalizmu (a także do takiej wersji lewicy, która jest zaledwie bardziej wrażliwym społecznie liberalizmem); powinien tworzyć alternatywne konceptualizacje, strategie polityczne i przestrzenie społeczne; powinien poszerzać zakres możliwego i szukać nowych potencjalności, nowych (hybrydycznych) połączeń, podmiotowości i kolektywności. 
[t]

niedziela, 27 stycznia 2013

Radykalizmy queer

Gdyby ktoś przypadkiem przeoczył ten wiekopomny fakt, przypominamy, że w grudniu ukazał się nowy numer czasopisma InterAlia. Żeby zachęcić, albo i zniechęcić, do lektury, poniżej kopiuję fragmencik ze wstępu (autorstwa T. Basiuka, T. Sikory i R. Majki).

***

Radykalizm jest w stanie kryzysu. Różne sposoby myślenia i działania, które tradycyjnie definiowały się jako „radykalne” tracą dziś grunt pod nogami postawione wobec faktu, że kryteria radykalizmu są w coraz większym stopniu wątpliwie i niestabilne. Czyż kapitalizm (wraz ze swoją liberalną podbudową) nie okazuje się na każdym kroku bardziej radykalny w swojej nieustannej „ucieczce do przodu” niż jego najradykalniejsi krytycy czy najradykalniejsze krytyczki? Czyż przypisywanie sobie radykalizmu nie staje się często pretekstem do elitystycznego wywyższania się i zbijania symbolicznego kapitału, co jednocześnie degraduje i „upomiotawia” tych wszystkich i te wszystkie, które „nie nadążają”? Kto może sobie pozwolić (materialnie, symbolicznie, a nawet psychologicznie) na subwersję, transgresję i radykalną opozycję jako długofalowe strategie życiowe lub polityczne? Kto w ogóle ma możliwość artykułowania swojej „radykalnej pozycji”? Krótko mówiąc: czy występowanie z „radykalnych pozycji” jest jeszcze w ogóle radykalne?

[...]

Niżej podpisani muszą się do czegoś przyznać. Nigdy dotąd wspólna praca nad artykułem wstępnym do numeru nie była dla nas tak uciążliwa i naznaczona tyloma (można by rzec: radykalnymi) różnicami zdań, co zdaje się potwierdzać aktualność pytań, które stawialiśmy rok temu przy planowaniu niniejszego numeru. Czasem nasze negocjacje kończyły się w prosty sposób: wystarczyła zmiana jakiejś formy językowej, powiedzmy z „jest” na „może być postrzegana jako”, aby stonować wydźwięk danej tezy, jeśli nie zgadzali się z nią inni współautorzy. Z pozostałymi kwestiami nie było już tak łatwo. Uważna_y czytelniczka_nik w dalszym ciągu odnajdzie w powyższym tekście pewne niespójności i dwuznaczności. Nasze zakulisowe dyskusje sprowadzały się w istocie do kilku fundamentalnych pytań: Co, jeśli w ogóle coś, można (nadal) uznawać za „kłirowe” (i gdzie)? Co, jeśli w ogóle coś, można uznać za „radykalne” (i gdzie)? Czy wreszcie słynne Leninowskie pytanie: Jak należy działać, tu i teraz? W imię czego, w oparciu o jaką polityczną kalkulację? O ile niektórzy współautorzy opowiadali się za sojuszem kłiru z ruchami antykapitalistycznymi i antykolonialnymi, inni wyrażali obawy, czy takie sojusze nie doprowadzą w końcu do zaniku specyfiki kłirowych pozycji w ramach projektów tak szerokich, że niezdolnych zapewnić kłirowi zachowanie tejże specyfiki. Z drugiej zaś strony, twierdzenie, że cele kłiru powinny pozostać „realistyczne” i „praktyczne”, a więc ruch kłirowy powinien skupiać się raczej na takich kwestiach, jak związki czy małżeństwa partnerskie, spotykały się z zarzutem, że taka postawa redukuje kłirowy „projekt” (jeśli takowy kiedykolwiek istniał) z powrotem do starej, dobrej polityki tożsamościowej w wydaniu LGBT. Ostatecznie współautorzy nie potrafili wypracować wspólnych wniosków ani też wskazać wspólnych kierunków działania.

[t]

środa, 22 sierpnia 2012

Bohaterowie i zdrajcy



Na majowym marszu równości w Krakowie pojawił się transparent "Panie Obama, dziękujemy". Była to przede wszystkim reakcja na wypowiedź Baracka Obamy, który mniej więcej tydzień wcześniej poparł małżeństwa homoseksualne w USA. W marszu miał nawet wziąć udział amerykański konsul, ale ostatecznie do tego nie doszło.

Gdybym był nieco bardziej przewidujący i nieco mniej leniwy, przygotowałbym zapewne taki transparent:


Jeśli ktoś nie wie, kim jest chłopak w mundurze na zdjęciu, to spieszę wyjaśnić, że jest to 25-letni Bradley Manning, amerykański żołnierz i analityk wywiadu oskarżony przez sąd wojskowy o długą listę przestępstw, w tym przede wszystkim, o "pomoc wrogowi", czyli zdradę stanu zagrożoną karą śmierci. Wszystko dlatego, że (prawdopodobnie) wykradł i przekazał serwisowi WikiLeaks tysiące tajnych informacji związanych z wojną w Iraku i w Afganistanie, w tym to bardzo znane nagranie pokazujące ostrzał cywilów z helikoptera:



Prezydent Obama, ignorując zasadę domniemania niewinności, oświadczył, że Manning złamał prawo i powinien ponieść konsekwencje. (W związku z tą samą sprawą Julian Assange, któremu grozi deportacja do USA – gdzie bywa nazywany przez niektórych wpływowych polityków "terrorystą" – poprosił o azyl w Ekwadorze.) Obecnie trwa proces Manninga, a jedną z linii obrony jest powoływanie się na szkodliwe konsekwencje psychiczne, jakie miała obowiązująca w armii amerykańskiej zasada "don't ask, don't tell" (zniesiona siedem miesięcy po aresztowaniu Manninga). 

Bradley Manning jest odmieńcem. Powiedzieć, że jest "gejem" byłoby nieuprawnionym uproszczeniem: w pewnym okresie Manning wykazywał (i deklarował) raczej tendencje transpłciowe, podejmując działania z tym związane (np. terapia hormonalna). Mimo to, jak twierdzą jego prawnicy, woli, aby (obecnie) używano w odniesieniu do niego męskich form językowych. A zatem Manning to postać niejednoznaczna, której na pewno nie da się wtłoczyć w proste kategorie płciowe i seksualne: ani do końca gej, ani transgender. Nie-wiadomo-co.

Nie mniej dwuznaczny jest, rzecz jasna, jego czyn (zakładając, że go popełnił, choć bardzo wiele na to wskazuje, łącznie z wypowiedziami samego Manninga). Dla jednych pozostaje narodowym zdrajcą, dla innych ("lewaków", pacyfistów, anarchistów) – bohaterem walczącym z okrucieństwem i hipokryzją armii i rządu USA. Nie będę się tu rozpisywał o częstym kojarzeniu osób nienormatywnych ze szpiegostwem, zdradą i zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego, ale i o tym warto pamiętać przy okazji tej sprawy; w łagodniejszej wersji skojarzenie to przypisuje odmieńcom niekoniecznie złą wolę, ale przynajmniej charakterologiczną słabość i niezrównoważenie psychiczne – cechy przez wielu komentatorów przypisywane także Manningowi.

Wokół Manninga narosło mnóstwo różnych narracji, co świadczy, powtórzę, o jego głębokiej niejednoznaczności i niemożności "odczytania" go poprzez stosowane powszechnie kategorie psycho-seksualne i społeczno-polityczne (zwłaszcza liberalne). Nie istnieje jedna odpowiedź na pytanie, co skłoniło go do skopiowania i ujawnienia tajnych danych wojskowych: czy były to raczej pobudki polityczno-idealistyczne (wskazuje na to jego wcześniejsza aktywistyczna działalność i niektóre jego wypowiedzi), czy raczej osobiste (zaburzenia osobowościowe, prywatna zemsta itp.) Moja własna narracja – gdybym chciał ją stworzyć – zaczynałaby się zapewne od "dziwnego" incydentu odnotowanego w dokumentach wojskowych: Bradleya znaleziono raz w pozycji embrionalnej obok krzesła, na którym wyrył nożem słowa "I want". Pragnę – bez dopełnienia. Czy chodziło o pragnienie seksualne? O pragnienie innego życia? Pragnienie lepszego świata? I czy koniecznie należy te pragnienia rozdzielać?

Bradley Manning nie stał się bohaterem środowisk LGBT. Strona Queer Friends of Bradley Manning na Facebooku ma oszałamiającą liczbę 63 fanów, grupa Queers In Solidarity for Bradley Manning  – 46 osób. O ile mi wiadomo, żaden z polskich portali LGBTI(Q) nie śledzi sprawy Manninga (na jednym z portali znalazłem utrzymaną w lekkim tonie wzmiankę sprzed dwóch lat). Bo to przecież nie "nasz" bohater. I w ogóle "nie nasza sprawa"; nasza sprawa to przyznanie prawa do związków jednopłciowych przez to samo państwo, które ochoczo przyłącza się do amerykańskich interwencji zbrojnych. Ale najpierw, rzecz jasna, musimy udowodnić, że jesteśmy porządnymi, lojalnymi i godnymi zaufania obywatelami. Nie jak ten zdrajca Manning.
(t) 

poniedziałek, 5 września 2011

Funkcjonariusze i podrzędni

W artykule Marka Neocleousa, którego szczegółowe streszczenie zamieściłem niedawno na blogu, można znaleźć paradygmatyczny, jak sądzę, przykład na coś, co nazwałbym "liberalną przemocą wkluczenia" (o której zresztą już na blogu pisałem). Gestem założycielskim liberalnego humanizmu jest właśnie gest przymusowego, powszechnego wkluczenia, które – paradoksalnie – może prowadzić do jeszcze bardziej radykalnego (wewnętrznego) wykluczenia, do jeszcze większej degradacji lub dehumanizacji.* Przypomnijmy: dla rodzącej się ideologii liberalnej włączeni do "wielkiej ludzkiej rodziny" Indianie muszą sprostać niezbywalnym i uniwersalnym "wymogom człowieczeństwa", zdefiniowanym rzecz jasna przez tego, który uzurpuje sobie prawo "wkluczania", czyli przez kolonizatora. Jeśli sprzeciwiają się np. wolnemu handlowi, to działają nie tyle przeciwko Hiszpanom po prostu, ile przeciwko ludzkości jako takiej, a tym samym sprzeniewierzają się swojemu człowieczeństwu: okazują się ludźmi zdegenerowanymi, których należy nauczyć, jak być człowiekiem – lub po prostu eksterminować. (Podczas wojen z rdzennymi plemionami oficerowie armii amerykańskiej wznosili toast słowami: "Cywilizacja albo śmierć dla amerykańskich dzikusów!")

A zatem włączenie kogoś do "naszej rodziny" to poddanie go naszym – czyt. "uniwersalnym" – miarom i kryteriom, wedle których nowowkluczone podmioty nie wypadają zbyt dobrze. Oto dajemy ci szansę dowieść, że jesteś godzien naszego rozpoznania i praw, które stopniowo będziemy ci przyznawać; jeśli jednak uznamy, że naszych kryteriów nie spełniasz, to w każdej chwili mamy prawo cofnąć wyciągnietą w akcie łaski rękę i spisać cię na straty – czemu winny będziesz wyłącznie ty sam.

Jednym z kluczowych, założycielskich gestów Imperium (a zwłaszcza globalnego imperium kapitału) jest symboliczne objęcie swoim zasięgiem (swoją jurysdykcją) wszystkich dostępnych terytoriów i podmiotów. (Europejscy "odkrywcy", stając na każdym nowoodkrytym lądzie, dokonywali rytualnego "objęcia go w posiadanie" w imieniu reprezentowanej przez siebie potęgi.) Oto wszyscy należymy do Imperium, a Imperium nadaje nam właściwe miejsce w porządku. Innymi słowy, jedną z podstawowych zasad funkcjonowania Imperium jest dysponowanie podmiotami w taki sposób, aby stały się one funkcjonalne dla systemu, aby stały się jego funkcjonariuszami (a jeśli w przypadku niektórych jednostek i populacji jest to niemożliwe lub nieopłacalne – Imperium skazuje je na symboliczną lub fizyczną eliminację; w teorii postokolonialnej nazywa się je "subalternami", czyli podrzędnymi). Nawet buntownicy i rewolucjoniści są dla Imperium użyteczni: z jednej strony dostarczają alibi dla utrzymywania "żelaznego porządku" (w imię bezpieczeństwa publicznego i ochrony wspólnego dobra), z drugiej – pozwalają Imperium dokonywać niezbędnych do przetrwania "autokorekt" na drodze reformistycznych ustępstw.

Zauważmy na marginesie, że w praktyce liberalnego humanizmu prawo do czegoś nabiera niekiedy cech przymusu. I tak prawo do wolnego handlu staje się przymusem wolnego handlu, prawo do dialogu staje się przymusem dialogu (wrogiem liberalnego systemu są ci, którzy uparcie odmawiają przystąpienia do wspólnoty deliberacyjnej, np. niektórzy rdzenni Amerykanie w USA, niektórzy Romowie w Polsce, terroryści itd.). Samowykluczenie (które pod wieloma względami jest niezwykle problematyczną i często kontrskuteczną strategią) jest mimo wszystko aktem, dzięki któremu możliwe jest zachowanie minimum autonomii i samostanowienia, jest aktem oporu wobec zarówno wkluczającej, jak i wykluczającej hegemonii Imperium. Nawet fetyszyzowane przez dyskurs (neo)liberalny "prawo wyboru" przeradza się w przymus wyboru (np. możesz wybrać dowolne towary w hipermarkecie, pod warunkiem, że w ogóle coś wybierzesz, spełniając swój konsumpcyjny obowiązek i napędzając kapitalistyczną machinę; indywidualna wolność wyboru maskuje zniewolenie na głębszym, strukturalnym poziomie).**


Odmieńcy od dawna uznawani byli za zagrożenie dla porządku publicznego lub bezpieczeństwa narodowego (wystarczy przypomnieć słynną tezę o upadku Cesarstwa Rzymskiego wskutek upowszechnienia się praktyk homoseksualnych lub częste kojarzenie odmieńców ze szpiegostwem, zdradą narodową lub po prostu "słabością" charakterologiczną i moralną). Porządek Imperium musi się jawić jako porządek naturalny, a więc każdy akt postrzegany jako "nienaturalny" jest w mniej czy bardziej bezpośredni sposób zagrożeniem dla owego porządku. Dokonujące się w ostatnich latach włączanie odmieńców (definiowanych głównie jako "lesbijki i geje") do katalogu podmiotów prawnych oznacza ich naturalizację, a co za tym idzie legitymizację porządku, który zapewnia im prawa (zdefiniowane przez ów porządek) w zamian za spełnienie określonych kryteriów politycznych i społecznych. Odmieńcy stają się więc funkcjonariuszami systemu, co oczywiście niekoniecznie należy uznać za "samo zło", bowiem odczuwana jakość życia czy poczucie sprawiedliwości społecznej mogą – przynajmniej w przypadku pewnych grup odmieńców – wyraźnie się zwiększyć.

Jednocześnie jednak coraz wyraźniejsze staje się zjawisko homonacjonalizmu: lojalności wobec określonego, z góry założonego "wspólnego dobra" (utożsamianego z pewnym porządkiem prawnym, z pewną liberalną aksjologią polityczną i z "interesem narodowym", który postrzegany jest jako zgodny z interesem "całej ludzkości"). "Równouprawnienie gejów i lesbijek" staje się dowodem na "wolność" w rozumieniu (neo)liberalnym i legitymizuje ekspansję Imperium. Podobnie jak Indianie w czasach kolonizacji, odmieńcy otrzymują dziś od systemu szansę udowodnienia swojego człowieczeństwa i obywatelskiej przydatności. (W dużej mierze sami sobie tę szansę wywalczyli, oczywiście – choć można argumentować, że nie mieliby możliwości wywalczenia jej, gdyby system uprzednio nie nadał im jednak pewnej podmiotowości, jakkolwiek upośledzonej.) Niektórzy z wielkim zapałem starają się z tej szansy skorzystać.***


Może się wydawać, że bezmyślnie fetyszyzuję "antysystemowość" jako cel sam w sobie, ale przecież trudno byłoby przekonująco dowieść, że możliwe (i pożądane) jest życie poza wszelkim systemem społecznym, politycznym etc. Postuluję raczej nieustanne, czujne badanie granic systemu, jego dyskursywnych praktyk, jego wewnętrznych reguł organizacyjnych i jego materialnych efektów dla różnie usytuowanych podmiotów. Mówiąc najprościej, postuluję przyglądanie się dystrybucji rożnych rodzajów władzy. Co więcej: w świecie zdominowanym przez hegemonię liberalnego humanizmu nieuniknione jest "układanie się" z dominującym porządkiem, a kontestowanie i redefiniowanie kluczowych pojęć tego porządku, za pomocą których dokonuje on autolegitymizacji (np. wolność czy tolerancja), wydaje się jednym z najważniejszych narzędzi oporu dla każdego współczesnego ruchu związanego z oporem, emancypacją i autentyczną zmianą społeczną.

-----------------------------------------------
* W ogóle kategoria "wykluczenia" zakłada aprioryczne "wkluczenie"; nie można być "wykluczonym" jeśli w żaden sposób – choćby symboliczny – nie jest się już uprzednio (przynajmniej potencjalnie) wkluczonym. I tak np. dopiero uniwersalistyczna koncepcja "człowieka" umożliwia mówienie o wykluczeniu z rodziny ludzkiej; to samo dotyczy innych hegemonicznych kategorii, takich jak naród czy kategorie płciowe.

** Przy okazji warto zauważyć, że czymś innym jest sprzeciw wobec przymusu X, a czymś innym sprzeciw wobec X; np. sprzeciw wobec przymusowej demokracji w krajach objętych zachodnią "kuratelą" nie musi być wcale tożsamy ze sprzeciwem wobec samej idei demokracji.

*** Oczywiście wszelkie porównania sytuacji współczesnych odmieńców do sytuacji rdzennych mieszkańców kolonizowanych przez Europę terytoriów mają ograniczony charakter i muszą być dokonywane z największą ostrożnością. Można jednak pokusić się o tezę, że współczesne kapitalistyczne Imperium, którego ideologiczną podporą jest liberalizm, w coraz większym stopniu zamienia kolonizację ekstensywną, czyli nastawioną na ekspansję terytorialną, na kolonizację intensywną, czyli "terytorializowanie" coraz drobniejszych przejawów ludzkiej aktywności i zdobywanie wsparcia tradycyjnie pomijanych grup społecznych. (Do normatywizującej funkcji rynkowego "targetowania" pewnych grup społecznych być może jeszcze kiedyś wrócę.)
[t]

poniedziałek, 4 lipca 2011

Spełeczni inaczej

Zachęcam do lektury najnowszego numeru czasopisma InterAlia. W nim m.in. po raz pierwszy publikowany po polsku klasyczny manifest QUEERS READ THIS / LESBY I PEDAŁY CZYTAJCIE TO. Jest też zapowiedź numeru jesienniego oraz zaproszenie do nadsyłania zgłoszeń do przyszłorocznego numeru "Radykalizm(y) queer". A poniżej fragmencik artykułu wstępnego.


[...]
W nieunikniony sposób, kwestia uczestnictwa odmieńców w społeczności - takiego, jakie miało lub jakie powinno mieć miejsce - po raz kolejny ukazuje rozziew między asymilacjonistycznymi strategiami aktywizmu LGBTI głównego nurtu a bardziej opozycyjnymi strategiami praktykowanymi przez aktywizm queer. Tak zwany "antyspołeczny zwrot" w teorii queer można interpretować jako próbę zaznaczenia radykalnej różnicy między pozytywizmem mainstreamowej filozofii LGBTI (która usiłuje wkupić się w społeczne aksjologie "lepszego jutra") a postawą queerową, która - np. według Lee Edelmana - powinna zasadzać się na zdecydowanym geście negacji. Żywe dyskusje wokół jednopłciowych małżeństw i/lub związków partnerskich dostarczają konkretnych przykładów dla tych rozważań. Jakkolwiek proste zrównanie strategii queerowych z postawą przeciwną legalizacji małżeństw/związków, natomiast strategii mainstreamowego ruchu LG(BTI?) z postawą "pro-legalizacyjną", byłoby nadmiernym uogólnieniem, to jednak nie ulega wątpliwości, że większość argumentów krytycznych wobec legalizacji homo-związków pochodzi z kręgów definiujących się jako "queerowe". Prawdą jest, że wielu aktywistów i akademików utożsamiających się z ruchem LGBTI/Q - pomimo różnic światopoglądowych - zjednoczyło się wokół kwestii małżeństw/związków, uznając, że jest to istny "zew historii", czas powszechnej mobilizacji na rzecz zmiany społecznej uznanej za istotną i pożądaną. Głosy, które uważają taką strategię za krótkowzroczną i być może szkodliwą dla odmieńców są często zagłuszane w zgiełku politycznego wiecu; więcej: przeciwstawianie się projektowi legalizacji związków nierzadko przedstawiane jest jako nieodpowiedzialna i/lub wynikająca ze złej woli depolityzacja kłiru. Jednak z analitycznego punktu widzenia kluczowe wydaje się zadawanie pytań o przemilczane genealogie konkretnych żądań wysuwanych przez ruchy LGBTI/Q oraz o możliwe, nieprzewidziane konsekwencje, do jakich może doprowadzić ich implementacja. Warto więc pytać, w jaki sposób projekt małżeństw jednopłciowych daje się wykorzystać do wzmożonej bio-regulacji ludności? do ułatwienia rynkowi "targetowania" konsumentów? do utwierdzania społecznych relacji narzuconych przez reżim neoliberalny? do poprawy "jakości życia" nielicznych (albo licznych) wybrańców kosztem (często ukrytej) dewaluacji i cierpienia innych? A może prawne uznanie par jednopłciowych towarzyszące instytucjonalizacji homo-związków zaowocowałoby, zgodnie z logiką "przesączania" (trickle-down effect) uzyskaniem symbolicznych lub społecznych korzyści przez innych odmieńców? Krótko mówiąc, nigdy nie należy tracić z oczu szerszego obrazu.
[...]
(t)

sobota, 18 czerwca 2011

O odmieńcach, mutantach i innych (cz. 2, ostatnia)

[Część pierwsza tutaj.]

Ale zaraz zaraz, czy wpychając Charlesa Xaviera w buty współczesnego liberała wyznającego kryptochrzecijańską etykę przebaczenia i walki ze złem za pomocą dobra, nie spłycam zanadto tej wielowymiarowej postaci? Czyż nie jest on, mimo wszystko, znaczącym reprezentantem różnicy? Czyż cały film nie jest afirmacją różnicy w przestrzeni społeczno-politycznej oraz krytycznym namysłem nad ograniczeniami i niestabilnością pojęcia "naszości"?

Już sama idea mutanta zmusza nas do refleksji nad kwestią różnicy: kim bowiem jest mutant – "mną" (człowiekiem) czy "nie-mną" (postczłowiekiem/od-szczepieńcem/potworem)?* Do jakiej wspólnoty należy lub powinien należeć, do jakiej "naszości"? Czyje "dobro wspólne" należy mieć w tym wypadku na uwadze i jak je w ogóle zdefiniować? W dość kluczowym momencie filmu Charles Xavier przyznaje rację Erikowi, który opowiada się przeciwko włączeniu "dobrych" mutantów w struktury CIA. Zamiast tego mutanci wchodzą w (dość niepewny i dwuznaczny) sojusz z rządem amerykańskim, jednocześnie budując swoją alternatywną, "suwerenną" przestrzeń, która pod koniec filmu przyjmuje postać szkoły Xaviera z jednej strony i podziemnego królestwa separatystycznych mutantów pod przywództwem Magneto z drugiej. A zatem nawet pozornie "dobry obywatel" Xavier opowiada się przeciwko polityce prostego asymilacjonizmu. Ten moment odmowy bycia funkcjonariuszem (państwa / istniejącej wspólnoty / narodu), moment sproblematyzowania "naszości" w imię innej, rodzącej się kolektywności, wydaje się kluczowy z punktu widzenia odmieńczych strategii opartych na polityce różnicy.

[Nie twierdzę przy tym, że X-menów należy odczytywać wyłącznie jako metaforę odmieńców seksualnych, bo siła przekazu tej historii polega przecież na metaforyzacji różnicy w ogóle; ale za uprawnione (i krytycznie praktykowane nie od dziś) uważam rozważanie odmieńczości seksualnej jako jednej z możliwych konkretyzacji abstrakcyjnego pojęcia "różnicy", do którego nawiązuje komiksowa historia mutantów.**]

Postawa Xaviera (ale także Magneto) stawia zasadnicze pytanie: co jest naszą sprawą? W tym pytaniu zawierają się co najmniej dwie pułapki: po pierwsze, kwestia definiowania naszości, a po drugie kwestia określenia jakiegoś nadrzędnego politycznego celu, który z ową "naszością" jest czy powinien być fundamentalnie związany. W nawiązaniu do poprzedniej części moich rozważań powiedziałbym w dużym uproszczeniu, że jedną formę naszości proponuje dyskurs fundamentalistyczno-narodowy (który nie może obejść się bez uosobionego wroga), drugą zaś liberalny dyskurs państwa obywatelskiego, który zakłada inne parametry przynależności do zbiorowości politycznej, połączonej wspólnym – a jednocześnie uniwersalnym – dobrem. Xavier niewątpliwie sytuuje się bliżej tej drugiej opcji: niezależnie od istniejących i nieredukowalnych różnic możliwe jest wypracowanie wspólnych wartości i celów, takich jak ogólnoświatowy pokój i unikanie zagłady.

Jednak nie jest to równoznaczne z neutralizacją różnicy; więcej: zakładając swoją szkołę, Xavier tworzy przyczółek nowego społeczeństwa przyszłości, w którym (zgodnie z nieubłaganą logiką ewolucji) homo sapiens będzie powoli oddawać pole mutantom, aż w końcu całkowicie zniknie. Choć separatyzm Magneto i jego dążenie do przejęcia hegemonicznej władzy nad światem są w filmie napiętnowane, to jednak strategia Xaviera nie polega na prostym "wkluczeniu" w istniejące struktury i/lub dążeniu do "równouprawnienia", a raczej na budowaniu koalicji przy jednoczesnym tworzeniu alternatywnej przestrzeni społeczno-politycznej. Różni nie muszą koniecznie chcieć być równi (na obowiązujących zasadach).

Traktując filmowe mutanctwo jako metaforę odmieńczości seksualnej można by wręcz dowodzić, że postawa Xaviera oznacza odmowę polityki homonacjonalistycznej, czyli – mówiąc w największym skrócie – takiej, która pozwala "zaanektować" odmieńców seksualnych na potrzeby wspólnoty narodowo-państwowej i jej zasadniczo konserwatywnej "agendy".*** Nadmiernie esencjalizujący różnicę Magneto postawiony jest po stronie zła (a przynajmniej "błędu"), podczas gdy dialogowy, koalicyjny Xavier uznaje wartości liberalnej demokracji, choć jednocześnie realizuje "na boku" swój własny projekt. Uznając "wspólne (z ludźmi) polityczne dobro" Xavier zakłada jednocześnie jego historyczne ograniczenia i nie stabilizuje "naszości" w jeden niezmienny projekt polityczny (jak bowiem uczy historia, nadmierny "naszyzm" może łatwo przerodzić się w faszyzm). "Przynależność" staje się niejednoznaczna: nie jest zdeterminowana czynnikiem "biologicznym" (mutanctwem) ani esencjalistyczną "tożsamością", nie określa jej jedna wspólnota lub jeden totalizujący projekt polityczny. Xavier byłby więc liberałem po intensywnym kursie antyesencjalizmu.

Niestety, ta pochwała różnicy staje się o wiele bardziej problematyczna, jeśli spojrzymy, choćby pobieżnie, na politykę rasową filmu (która w USA natychmiast wzbudziła sporo kontrowersji). Najbardziej uderzająca jest postać czarnego mutanta o przezwisku "Darwin" (które oczywiście nawiązuje do kluczowej dla filmu idei ewolucji). Jego wczesna i nieoczekiwana śmierć ironicznie przeczy jego ksywie: ten, który powinien się łatwo adaptować i być wzorem umiejętności przetrwania, nie przechodzi naturalnej selekcji i jest skazany na szybkie "wymarcie". Film zdaje się zatem sugerować, że ewolucja biegnie wzdłuż linii czarni-biali-mutanci. Pozostałe postacie o nieeuropejskich cechach nie należą do pozytywnych (łącznie z Azazelem, którego nienaturalnie czerwoną skórę można uznać za mniej lub bardziej bezpośredni komentarz do kwestii rasy); z kolei ekipa Xaviera to w zasadzie biali, kaukascy mutanci. Film zdaje się zatem wytyczać granicę między mniej i bardziej szlachetnymi rodzajami różnicy.

Przypomina to niestety scenariusz, który od kilku lub kilkunastu lat daje się zaobserwować w polityce zachodnich demokracji (oraz Izraela): stosunek państwa do "gejów i lesbijek" oraz ich status prawny (związki/małżeństwa jednopłciowe) stają się podstawowym wskaźnikiem demokracji, postępu i tolerancji. Ta wizytówka nowoczesności pozwala odciągnąć uwagę opinii publicznej od innych projektów politycznych tych państw, często mających podłoże rasistowskie i/lub imperialistyczne (stąd np. forsowanie obrazu Izraela jako "homoseksualnego raju" i napiętnowanie Palestyńczyków jako zacofanych i tradycyjnie nietolerancyjnych). Tym samym odmieńcy stają się kartą przetargową w nieswojej grze: państwa narodowe kupują lojalność odmieńców w zamian za przyznanie im określonych praw, czemu zwykle towarzyszy dalsze wykluczenie i demonizacja innych "innych". To właśnie te zjawiska doprowadziły w łonie teorii i polityki queer do krytyki zjawiska homonacjonalizmu.

Podsumowując: z mojej perspektywy, w filmie X-Men: Pierwsza klasa dominuje narracja liberalna, podszyta chrześcijańską etyką przebaczenia; jednak liberalizm AD 2011 tym różni się od swego klasycznego antenata, że rozpoznaje różnicę w życiu społeczno-politycznym i zgadza się na włączenie jej do projektu budowania "wspólnego dobra".**** Okazuje się jednak, że nie każda różnica jest równie mile widziana, a obecny (neo)liberalny porządek nauczył się zręcznie rozgrywać jeden rodzaj różnicy przeciwko innemu (w wielu krajach już nawet partie konserwatywne z zapałem popierają "równouprawnienie gejów i lesbijek", co nie przeszkadza im jednocześnie prowadzić wykluczającą politykę na wielu innych frontach). Kluczowe wydaje się zatem pytanie, która różnica jest – według obowiązującego biopolitycznego reżimu – "warta życia" (a zatem warta rozpoznania przez "państwo prawa"), a którą można zignorować albo wręcz spisać na straty.

Być może nie będzie nadmiernym uogólnieniem stwierdzenie, że takie polityczne usytuowanie filmu X-Men: Pierwsza klasa z grubsza odpowiada dominującemu obecnie "układowi sił" w zachodnich dyskursach polityczno-społecznych, zwłaszcza w USA.
(t)

-------------------
* Nota bene podobna relacja zachodzi pomiędzy chrzescijanstwem a judaizmem: chrześcijaństwo jest swego rodzaju "mutacją" judaizmu.

** Zauważmy zresztą, że padające w filmie określenie freak jest kilkakrotnie przetłumaczone na polski jako "odmieniec", choć niekoniecznie jest to jego pierwszy słownikowy odpowiednik, a w polszczyźnie ostatnich lat wyraz ten coraz częściej przywoływany jest w kontekście odmieńczości seksualnej czy też teorii queer.

*** W audycji krakowskiego radia Radiofonia z dnia 10 czerwca 2011 Krzysztof Tomasik, w rozmowie dotyczącej książki Tęczowa rewolucja, porównał budowanie historii LGBT do budowania historii narodu. Wydaje się to dość charakterystyczne i jednocześnie wysoce problematyczne: czy rzeczywiście odmieńcom powinno chodzić o budowanie kolektywności na tych samych zasadach – wokół tych samych parametrów "naszości" – co budowanie narodu? Czy to właśnie nie jest przykład (krypto)homonacjonalizmu? Czy nie należy problematyzować samego procesu budowania wspólnoty, wspólnej historii, "wspólnej sprawy"? Czy nie należy szukać innych modalności "przynależności" i innych rodzajów "naszości"?

**** Dodajmy na marginesie, że film jest umiarkowanie profeministyczny, głównie dzięki postaci agentki CIA. Osobnego omówienia wymagałaby postać Mystique, która wydaje się najbardziej radykalną adwokatką etyki różnicy (głoszącej, że "każda/-y jest doskonały/-a taką/-im, jakim/-ą jest"), choć – paradoksalnie – ona sama jest mistrzynią mimikry, która każdą "wyjątkowość" potrafi doskonale naśladować, co w pewnym sensie podważa znaczenie różnicy. Z kolei jej "naturalny" niebieski kolor skóry znowu odsyła nas do kwestii rasy. Co ciekawe, mimo długu wdzięczności wobec Xaviera, Mystique decyduje się w końcowych scenach filmu przejść na stronę Magneto.