Wyjaśniałem komuś ostatnio, dlaczego, otrzymawszy zaproszenie, nie wziąłem udziału w jubileuszu pewnej publicznej instytucji. Otóż program obchodów rozpoczynał się od nabożeństwa w kościele, co jest dziś raczej regułą niż wyjątkiem przy takich okazjach. Gdyby np. jakieś katolickie stowarzyszenie działające w ramach owej instytucji – argumentowałem – chciało w ten sposób uczcić rocznicę, nie miałbym nic przeciwko temu, jednak włączenie religijnej ceremonii do programu oficjalnych obchodów tej skądinąd świeckiej instytucji uznać należy za przejaw, jeśli nie dyskryminacji, to przynajmniej rażącego niezachowania neutralności światopoglądowej ze strony władz owej instytucji. W pewnym sensie poczułem się wykluczony i – paradoksalnie – NIEzaproszony.
Nic nowego, prawda? To dość standardowy argument, który dotyczy również np. obecności krzyża w sejmie. Argument w pewnym zakresie ze wszech miar słuszny, tym niemniej...
Tym niemniej uważam, że za takim argumentem stoi zinternalizowana, liberalna tęsknota za systemem, w którym władza ma być neutralnym moderatorem i regulatorem różnych grup społecznych i rożnych światopoglądów, sama stawiając się ponad podziałem, konfliktem i różnicą.* W takim porządku społeczno-politycznym różnica staje się "sprawą prywatną", choć oczywiście wokół konkretnych "grup interesu" organizują się siły nacisku, formułowane są określone żądania itp. Innymi słowy, przy stole negocjacyjnym obok siebie mają zasiąść na równych prawach fundamentaliści katoliccy i ateiści, pedały i kryptofaszyści, zwolennicy i przeciwnicy aborcji – a przede wszystkim "zdoworozsądkowa większość", która i tak w zasadzie o wszystkim decyduje. Jest to wizja, którą - pomimo nieustannego odwoływania się do "pragmatyzmu" - z powodzeniem można nazwać liberalną utopią.
W tym systemie jedną z kluczowych kwestii politycznych jest decydowanie, co należy do sfery prywatnej, a co do publicznej. Dotyczy to np. wielu kwestii związanych z płcią i seksualnością, ale także z religijnością. (Warto w tym miejscu wspomnieć, że "prywatne" wyznawanie ideologii faszystowskiej nie jest prawnie zabronione, zakazane jest jedynie propagowanie faszyzmu.) Jednym słowem, jedną z podstawowych kwestii w liberalnym środowisku politycznym jest decydowanie, kto i co ma robić "w domu po kryjomu", a co należy włączyć pod regulacyjne działania władzy. Ta dusząca alternatywa wydaje się jedynym wyborem, jaki daje nam obecny system, ufundowany na ścisłym podziale na prywatne i publiczne.
W rzeczywistości władza nigdy nie jest i może być neutralna. Nie tylko dlatego, że sprawują ją konkretne osoby, o konkretnych przekonaniach i cechach osobowościowych.** Brak neutralności objawia się już na podstawowym, strukturalnym poziomie: instytucje państwowe nie podważają przecież (z niesłychanie rzadkimi wyjątkami) swojej legitymizacji, a już samo istnienie struktur państwowych nie jest przecież zjawiskiem "neutralnym", czego najbardziej świadomi są anarchiści (względnie libertarianie). Instytucje państwowe a priori uznają istnienie państwa za niepodważalną wartość; a przecież sama idea państwa oraz jego konstytucyjny kształt nie są "niewinne" i nie wzięły się znikąd, są efektem historycznych procesów (patrz np. tutaj). W sytuacji zagrożenia struktury państwa będą przede wszystkim broniły samych siebie, swojego trwania, często wbrew celom, dla których zostały powołane (mówiąc patetycznie: wbrew "woli ludu").
Mały antyliberalny diabeł, który we mnie siedzi, nakazuje mi zatem okazywać pewną dozę zrozumienia dla fundamentalistycznych (nie "zliberałowionych") katolików, którzy na taką pozycję przy wspólnym negocjacyjnym stole – ufundowanym przez liberalną utopię – nie chcą się zgodzić. Tak jak nie zgadzają się na nią anarchiści, "lewacy", a nawet radylalni narodowcy – a zatem ci wszyscy, których system uznaje (nie bez przyczyny) za siły "antysystemowe". Dostrzegam wręcz pewną formalną (choć być może również historyczną) zbieżność pomiędzy misyjnością chrześcijaństwa a misyjnością rewolucyjnych ruchów świeckich, takich jak marksizm czy anarchizm: nie chodzi w nich o przekonanie innych uczestników "debaty publicznej" do swoich racji, ale o zerwanie obecnego porządku i zaprowadzenie porządku zupełnie innego. Paradoksalnie więc pod względem treści głoszonych poglądów, wyznawanych wartości itp. lewicowcom zazwyczaj bliżej do liberalizmu, jednak pod względem czysto formalnym (relacji do władzy, do porządku społeczno-prawnego) radykalnej lewicy (i innym kontestującym ruchom) bliżej do wojującego katolicyzmu (czego nie piszę bynajmniej w intencji podważania działań i założeń radykalnej lewicy). Oczywiście powyższe stwierdzenie nie jest w żadnym wypadku równoznaczne z tezą, że z fomalnego punktu widzenia pozycje np. anarchistów i fundementalistów religijnych wobec porządku władzy są identyczne, bo w oczywisty sposób nie są.
Kontynuując rozważania z wcześniejszych wpisów, połączyłbym kwestię "liberalnej utopii" oraz rozmaitych podważających ją "radykalizmów" z kwestią dyskursywnego i instytucjonalnego konstruowania "wspólnego dobra". Bez wątpienia głównymi modelami "wspólnego dobra" w dzisiejszym świecie pozostają państwo narodowe i wspólnota religijna, uzupełniane wspólnotami tworzącymi się wokół pewnej Sprawy (emancypacja kobiet, walka o prawa obywatelskie dla wykluczonych, ruch robotniczy itp.). Zasugerowałem już kiedyś, że za uniwersalizmem liberalnego humanizmu stoi między innymi chrześcijańska tradycja włączania wszystkiego i wszystkich, apriorycznie, w pewien porządek, pewne symboliczne imperium "powszechnego dobra". Wspomniałem też o różnicy między katolicyzmem oświeconym, nowoczesnym, który "modli się" za każdego i wszystkich, tym samym wykonując symboliczny gest zagarnięcia, oraz katolicyzmem "pogańskim", wojującym, który chciałby narzucić swój porządek siłowo; ten drugi każe mi się nawrócić (a przynajmniej uznać symboliczny porządek, który narzuca), w przeciwnym zaś wypadku grozi mi wyeliminowaniem – jeśli nie fizycznym, tak jak w przeszłości bywało, to przynajmniej symbolicznym wyrzuceniem poza nawias (np. poza wspólnotę narodowo-katolicką).
Te podejścia nie są zresztą całkowicie sprzeczne, są jedynie dwiema różnymi interpretacjami chrześcijańskiego uniwersalizmu oraz idei "zbawialności"; w obydwu przypadkach efekt końcowy jest taki, że wszyscy, w ten czy inny sposob, mają być katolikami. Jednak w pierwszym wypadku staję się katolikiem in spe – jeśli nie przez formalny związek z kościołem, to przynajmniej przez uczestnictwo we "wspólnym dobru" bez kontestowania jego zasadniczych wartości; natomiast w drugim katolikami będą wszyscy, którzy ostaną się we wspólnocie po przeprowadzeniu serii czystek i po zniszczeniu każdego wroga, zewnętrznego i wewnętrznego. Pierwsza postawa zakłada, że potencjalnie zawsze jestem zbawialny, a więc nigdy nie należy mnie radykalnie wykluczyć (wręcz przeciwnie: należy mnie radykalnie wkluczyć, nie pozostawiając mi opcji samowykluczenia); natomiast druga postawa, po uznaniu mnie za niezbawialnego, traktuje mnie jak wroga, którego należy w ten czy inny sposób wyeliminować.
W uproszczeniu można by powiedzieć, że radykalizmy zaczynają się tam, gdzie istnieje sprzeciw wobec przymusowego (apriorycznego) włączenia do "wspólnego dobra".*** (Ujmując rzecz z większą finezją: sprzeciw wobec radykalnego wkluczenia może być sprzeciwem wobec systemu, który pomimo dyskursywnego, symbolicznego "wszech-wkluczenia", w istocie rzeczy dokonuje serii "niewidzialnych" wykluczeń.) A czy za tym sprzeciwem stoi idea innego hegemonicznego projektu, skłonnego do radykalnych wkluczeń i wykluczeń, czy raczej próba rozbicia każdej totalizującej hegemonii i zniesienia logiki wkluczania i wykluczania, to już osobna sprawa.
---------------------
* Oczywiście konflikt i różnica nie mogą być całkowicie wyrugowane z życia społeczno-politycznego, mogą natomiast zostać wprzęgnięte w systemową, samoregulującą się maszynę, zwłaszcza w postaci systemu partyjno-parlamentarnego (albo, innymi słowy: celem liberalnego reżimu jest pacyfikacja konfliktu i różnicy). Trudno sobie jednak wyobrazić, żeby np. anarchiści wystartowali w wyborach, głosząc potrzebę rozwiązania parlamentu i innych struktur państwowych.
** Za najbardziej "neutralny" urząd przejęło się uważać w Polsce urząd prezydencki. Utarło się przekonanie, że im prezydent bardziej bezstronny i nieupartyjniony, tym lepiej; że jego zadaniem jest mediowanie i godzenie sprzecznych żądań; oczekuje się wreszcie, że sam potrafi wznieść się ponad własne, osobiste przekonania. Cała ta mistyka otaczająca urząd prezydencki jest, rzecz jasna, symtpomem liberalnej utopii.
*** Innymi słowy, radykalizmy zakładają pewien nihilizm czy negatywizm, stojący w opozycji do powszechnej pozytywności narzuconej przez Imperium.
[t]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fundamentalizm religijny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fundamentalizm religijny. Pokaż wszystkie posty
sobota, 26 listopada 2011
sobota, 11 czerwca 2011
O odmieńcach, mutantach i innych (cz. 1)
Nie interesuje mnie recenzenctwo ani tym bardziej fanowstwo, ale najnowsza filmowa adaptacja kultowgo komiksu X-Men: Pierwsza klasa jest wystarczająco ciekawą produkcją, żeby sprowokować mnie do tych kilku pospiesznych obserwacji.
Film ewidentnie wpisuje się w najważniejsze debaty polityczne, które w ostatnich latach rozgrzewają społeczeństwo amerykańskie, a także inne społeczeństwa zachodnie. Jest na przykład aluzja do sprawy traktowania gejów i lesbijek w armii, kiedy "wyałtowany" jako mutant Hank McCoy odpowiada swojemu szefowi w CIA "You didn't ask, so I didn't tell". Jest sprawa stosowania tortur wobec prawdziwych lub domniemanych terrorystów, kiedy jeden z szefów CIA dowodzi, że wprawdzie prawo zabrania stosowania tortur na ludziach, ale nie na mutantach. Najogólniej biorąc, jest sprawa definiowania "wroga" w życiu politycznym wspólnoty, a zatem nawiązanie do (neo-)schmittiańskich rozważań na temat polityczności. Akcja rozgrywa się wprawdzie w roku 1962, kiedy zimnowojenna logika wydawała się dość jasno definować wroga USA (czy też "wolności i demokracji" w ogóle), ale ta binarna logika jest w filmie sproblematyzowana, a w tle pobrzmiewają echa współczesnej debaty na temat "wojny z terroryzmem".
Moim zdaniem, na "głębokim" poziomie filmową historię da się odczytać jako historię przezwyciężenia "starozakonnej" etyki retrybucji przez chrześcijańską etykę przebaczenia – jakkolwiek świeckie przebrania przyjmują we współczesnym teatrze politycznym te dwie przeciwstawiane sobie wizje etyczne. Na ironię zakrawa fakt, że ofiara Holocaustu Erik Lehnsherr w końcu przyjmuje postawę swojego nazistowskiego oprawcy doktora Schmidta vel Sebastiana Shaw (czyżby zawoalowana krytyka polityki Izraela względem Palestyny?), a uśmiercenie ex-nazisty okazuje się raczej prywatną zemstą Erika, a nie przysługą oddaną ludzkości, choć przy okazji rzeczywiście pomaga zapobiec wojnie nukleranej. Zło nie jest tu może jakąś transcendentną, manichejską siłą (motywacja Erika/Magneto jest przecież psychologicznie zrozumiała i widz z całą pewnością mu współczuje), ale jest zaraźliwe i w ostateczności nigdy nie prowadzi do niczego dobrego: zamiast "lepszego jutra" jest tylko samonapędzające się błędne koło przemocy i zemsty
Tę postawę przezwycięża "dobry" profesor Xavier, który reprezentuje zasadniczo liberalną wizję "wspólnego dobra". Mówiąc w skrócie, jego etyka sprowadza się do chrześcijańskiej zasady, że należy nienawidzić grzech, a nie grzeszącego człowieka (dlatego np. katechizm katolicki nakazuje szanować "osoby homoseksualne", jednocześnie potępiając grzech sodomii.) A zatem wróg staje się bardziej abstrakcyjny – nie jest nim Shaw, nie są Rosjanie, ale zło jako takie – zło, które należy pokonać przede wszystkim w samym sobie. Magneto – choć niepozbawiony swoich racji moralnych – nie potrafi tego zrobić, nie potrafi wznieść się ponad osobiste urazy i wyrwać się ze spirali zła. (Nota bene, jak pokazuje film, potrafiły to zrobić dwa supermocarstwa, które w 1962 o mały włos uniknęły nuklearnej konfrontacji, ale przecież w końcu przerwały błędne koło wyścigu zbrojeń i dziś jako tako ze sobą współpracują – dla "wspólnego dobra ludzkości".) Innymi słowy, podstawowym pytaniem współczesnej liberalnej demokracji (a zwłaszcza USA) nie jest już "Kto jest wrogiem?" ale raczej "CO jest wrogiem" (w domyśle: wspólnym wrogiem nas wszystkich) i jak to "coś" zlokalizować i zneutralizować.*
Zauważmy na marginesie, że choć zabicie Osamy Bin Ladena wywołało w Stanach falę euforii (i zwyżkę notowań Obamy), to przez "niektóre kręgi" – zwłaszcza w Europie, ale również w USA – zostało uznane za nawrót do średniowiecznej etyki i barbarzyńskiego pojmowania "wroga" jako konkretnego człowieka, którego należy po prostu wyeliminować (patrz np. komentarze do wypowiedzi Angeli Merkel po śmierci bin Ladena). W dość zgodnej opinii uczonych ekspertów, ta egzekucja w żaden sposób nie przyczyni się do zwalczania "samego zła", czyli terroryzmu, a ma jedynie wymiar symboliczny, propagandowy i retaliacyjny. Można niemal powiedzieć, że Obama popełnił ten sam błąd, przed którym ostrzega film: bo choć retoryka walki ze złem terroryzmu – czyli wspólnym wrogiem "nas wszystkich", łącznie z Arabami – wydaje się (z liberalnego punktu widzenia) słuszna, to jednak "ucieleśnienie" tego zła w postaci Osamy bin Ladena jest oczywistym błędem. W filmie Amerykanom i Rosjanom (którzy, co warte podkreślenia, zachowują się niemal identycznie) wydaje się, tuż po uniknięciu zbrojnej konfrontacji, że znaleźli wreszcie prawdziwego, wspólnego, ucieleśnionego wroga, którym są mutanci; film poucza nas jednak, że zło leży gdzie indziej i inaczej należy z nim walczyć (być może próbując "nawrócić" Magneto na ideę wspólnego dobra, tak jak dali się nawrócić Rosjanie).
Warto w tym miejscu przywołać film Ridleya Scotta Królestwo Niebieskie z 2005 roku, w którym również zderzone są dwie postawy etyczne: "pogańskie" chrześcijaństwo takich postaci jak Guy de Lusignan czy Sybilla i (proto)nowoczesne, zrelatywizywane chrześcijaństwo głównego bohatera Baliana. Złym "innym" jest tu nie tyle Muzułmanin po prostu, ile przede wszystkim "nieoświecony" chrześcijanin, pojmujący wspólnotę w prymitywnych kategoriach "swój" contra "wróg". Chrześcijanin nowoczesny, dla odmiany, to chrześcijanin samokrytyczny i wątpiący, antyfundamentalistyczny i pragmatyczny; być może wręcz – idąc za prowokacyjnymi tezami Slavoja Žižka – ideę współczesnego chrześcijaństwa najlepiej realizuje ateista. (Czyż potajemnie promując tego typu logikę chrześcijaństwo nie wytrącałoby w mistrzowski sposób broni z ręki swoim laickim przeciwnikom?!)
Dla oświeconego chrzescijaństwa (i jego świeckiej wersji – liberalizmu) fundamentalizm chrześcijański jest (neo)poganizmem, natomiast dla "fundamentalistów" zrelatywizowane chrześcijaństwo jest zdradą "esencji" chrześcijaństwa. Te tarcia widać bardzo wyraźnie na przykład w sporach, jakie toczą się od lat w łonie polskiego kościoła katolickiego, zwłaszcza wokół sprawy Radia Maryja i jego licznej rodziny. Zaryzykowałbym jednak twierdzenie, że konflikt między kryptomanichejskimi postawami fundamentalistyczymi a pozytywistycznym liberalnym relatywizmem (o którym już troszkę pisałem) jest o wiele bardziej fundamentalny dla funkcjonowania zachodnich demokracji, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać – ale do tego wątku mam nadzieję powrócić w jednym z przyszłych wpisów.
[Część druga tutaj.]
------------
* Porównałbym te zabiegi do idei "inteligentnych leków", których głównym zadaniem jest szybkie dotarcie do "istoty problemu" i zlikwidowanie przyczyny dolegliwości "w zarodku", bez narażania na szwank równowagi całego organizmu.
(t)
Film ewidentnie wpisuje się w najważniejsze debaty polityczne, które w ostatnich latach rozgrzewają społeczeństwo amerykańskie, a także inne społeczeństwa zachodnie. Jest na przykład aluzja do sprawy traktowania gejów i lesbijek w armii, kiedy "wyałtowany" jako mutant Hank McCoy odpowiada swojemu szefowi w CIA "You didn't ask, so I didn't tell". Jest sprawa stosowania tortur wobec prawdziwych lub domniemanych terrorystów, kiedy jeden z szefów CIA dowodzi, że wprawdzie prawo zabrania stosowania tortur na ludziach, ale nie na mutantach. Najogólniej biorąc, jest sprawa definiowania "wroga" w życiu politycznym wspólnoty, a zatem nawiązanie do (neo-)schmittiańskich rozważań na temat polityczności. Akcja rozgrywa się wprawdzie w roku 1962, kiedy zimnowojenna logika wydawała się dość jasno definować wroga USA (czy też "wolności i demokracji" w ogóle), ale ta binarna logika jest w filmie sproblematyzowana, a w tle pobrzmiewają echa współczesnej debaty na temat "wojny z terroryzmem".
Moim zdaniem, na "głębokim" poziomie filmową historię da się odczytać jako historię przezwyciężenia "starozakonnej" etyki retrybucji przez chrześcijańską etykę przebaczenia – jakkolwiek świeckie przebrania przyjmują we współczesnym teatrze politycznym te dwie przeciwstawiane sobie wizje etyczne. Na ironię zakrawa fakt, że ofiara Holocaustu Erik Lehnsherr w końcu przyjmuje postawę swojego nazistowskiego oprawcy doktora Schmidta vel Sebastiana Shaw (czyżby zawoalowana krytyka polityki Izraela względem Palestyny?), a uśmiercenie ex-nazisty okazuje się raczej prywatną zemstą Erika, a nie przysługą oddaną ludzkości, choć przy okazji rzeczywiście pomaga zapobiec wojnie nukleranej. Zło nie jest tu może jakąś transcendentną, manichejską siłą (motywacja Erika/Magneto jest przecież psychologicznie zrozumiała i widz z całą pewnością mu współczuje), ale jest zaraźliwe i w ostateczności nigdy nie prowadzi do niczego dobrego: zamiast "lepszego jutra" jest tylko samonapędzające się błędne koło przemocy i zemsty
Tę postawę przezwycięża "dobry" profesor Xavier, który reprezentuje zasadniczo liberalną wizję "wspólnego dobra". Mówiąc w skrócie, jego etyka sprowadza się do chrześcijańskiej zasady, że należy nienawidzić grzech, a nie grzeszącego człowieka (dlatego np. katechizm katolicki nakazuje szanować "osoby homoseksualne", jednocześnie potępiając grzech sodomii.) A zatem wróg staje się bardziej abstrakcyjny – nie jest nim Shaw, nie są Rosjanie, ale zło jako takie – zło, które należy pokonać przede wszystkim w samym sobie. Magneto – choć niepozbawiony swoich racji moralnych – nie potrafi tego zrobić, nie potrafi wznieść się ponad osobiste urazy i wyrwać się ze spirali zła. (Nota bene, jak pokazuje film, potrafiły to zrobić dwa supermocarstwa, które w 1962 o mały włos uniknęły nuklearnej konfrontacji, ale przecież w końcu przerwały błędne koło wyścigu zbrojeń i dziś jako tako ze sobą współpracują – dla "wspólnego dobra ludzkości".) Innymi słowy, podstawowym pytaniem współczesnej liberalnej demokracji (a zwłaszcza USA) nie jest już "Kto jest wrogiem?" ale raczej "CO jest wrogiem" (w domyśle: wspólnym wrogiem nas wszystkich) i jak to "coś" zlokalizować i zneutralizować.*
Zauważmy na marginesie, że choć zabicie Osamy Bin Ladena wywołało w Stanach falę euforii (i zwyżkę notowań Obamy), to przez "niektóre kręgi" – zwłaszcza w Europie, ale również w USA – zostało uznane za nawrót do średniowiecznej etyki i barbarzyńskiego pojmowania "wroga" jako konkretnego człowieka, którego należy po prostu wyeliminować (patrz np. komentarze do wypowiedzi Angeli Merkel po śmierci bin Ladena). W dość zgodnej opinii uczonych ekspertów, ta egzekucja w żaden sposób nie przyczyni się do zwalczania "samego zła", czyli terroryzmu, a ma jedynie wymiar symboliczny, propagandowy i retaliacyjny. Można niemal powiedzieć, że Obama popełnił ten sam błąd, przed którym ostrzega film: bo choć retoryka walki ze złem terroryzmu – czyli wspólnym wrogiem "nas wszystkich", łącznie z Arabami – wydaje się (z liberalnego punktu widzenia) słuszna, to jednak "ucieleśnienie" tego zła w postaci Osamy bin Ladena jest oczywistym błędem. W filmie Amerykanom i Rosjanom (którzy, co warte podkreślenia, zachowują się niemal identycznie) wydaje się, tuż po uniknięciu zbrojnej konfrontacji, że znaleźli wreszcie prawdziwego, wspólnego, ucieleśnionego wroga, którym są mutanci; film poucza nas jednak, że zło leży gdzie indziej i inaczej należy z nim walczyć (być może próbując "nawrócić" Magneto na ideę wspólnego dobra, tak jak dali się nawrócić Rosjanie).
Warto w tym miejscu przywołać film Ridleya Scotta Królestwo Niebieskie z 2005 roku, w którym również zderzone są dwie postawy etyczne: "pogańskie" chrześcijaństwo takich postaci jak Guy de Lusignan czy Sybilla i (proto)nowoczesne, zrelatywizywane chrześcijaństwo głównego bohatera Baliana. Złym "innym" jest tu nie tyle Muzułmanin po prostu, ile przede wszystkim "nieoświecony" chrześcijanin, pojmujący wspólnotę w prymitywnych kategoriach "swój" contra "wróg". Chrześcijanin nowoczesny, dla odmiany, to chrześcijanin samokrytyczny i wątpiący, antyfundamentalistyczny i pragmatyczny; być może wręcz – idąc za prowokacyjnymi tezami Slavoja Žižka – ideę współczesnego chrześcijaństwa najlepiej realizuje ateista. (Czyż potajemnie promując tego typu logikę chrześcijaństwo nie wytrącałoby w mistrzowski sposób broni z ręki swoim laickim przeciwnikom?!)
Dla oświeconego chrzescijaństwa (i jego świeckiej wersji – liberalizmu) fundamentalizm chrześcijański jest (neo)poganizmem, natomiast dla "fundamentalistów" zrelatywizowane chrześcijaństwo jest zdradą "esencji" chrześcijaństwa. Te tarcia widać bardzo wyraźnie na przykład w sporach, jakie toczą się od lat w łonie polskiego kościoła katolickiego, zwłaszcza wokół sprawy Radia Maryja i jego licznej rodziny. Zaryzykowałbym jednak twierdzenie, że konflikt między kryptomanichejskimi postawami fundamentalistyczymi a pozytywistycznym liberalnym relatywizmem (o którym już troszkę pisałem) jest o wiele bardziej fundamentalny dla funkcjonowania zachodnich demokracji, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać – ale do tego wątku mam nadzieję powrócić w jednym z przyszłych wpisów.
[Część druga tutaj.]
------------
* Porównałbym te zabiegi do idei "inteligentnych leków", których głównym zadaniem jest szybkie dotarcie do "istoty problemu" i zlikwidowanie przyczyny dolegliwości "w zarodku", bez narażania na szwank równowagi całego organizmu.
(t)
Etykiety:
etyka,
film,
fundamentalizm religijny,
polityka,
teologia polityczna
czwartek, 1 kwietnia 2010
Jesus he is bleeding
Dobre tradycje należy podtrzymywać. Z okazji ubiegłorocznych świąt pozwoliłem sobie zamieścić piosenkę The Tiger Lillies "Banging In the Nails". W tym roku -- w imię najlepiej pojętej tradycji -- kolejna piosenka tego punk-kabaretowego zespołu, również związana z tematyką wielkanocną. Życzę wszystkim głębokich wzruszeń i udanych świąt.
Bleeding
Jesus he is bleeding bleeding holy wine
All the thieves and vagabonds drink him in a line
Jesus he is screaming Jesus is alone
Then all the thieves and vagabonds are drunk and going home
Jesus asks his father hast thou forsaken me
The thieves and vagabonds say the drinks are all on me
Jesus he is bleeding holy wine waiting for his father to give him a sign
Jesus he is bleeding bleeding all the time
Jesus he is bleeding Jesus all the time
(t)
Bleeding
Jesus he is bleeding bleeding holy wine
All the thieves and vagabonds drink him in a line
Jesus he is screaming Jesus is alone
Then all the thieves and vagabonds are drunk and going home
Jesus asks his father hast thou forsaken me
The thieves and vagabonds say the drinks are all on me
Jesus he is bleeding holy wine waiting for his father to give him a sign
Jesus he is bleeding bleeding all the time
Jesus he is bleeding Jesus all the time
(t)
Etykiety:
fundamentalizm religijny,
satyra,
tekst kulturowy
poniedziałek, 3 sierpnia 2009
Gdzie zaczyna się skrajność?
Przeglądając internetowe fora związane ze środowiskami lewicowymi, nie można nie zauważyć, jak wiele osób utożsamiających się z lewicowym światopoglądem w istocie wyznaje konserwatywne (niekiedy wręcz ultrakonserwatywne) poglądy w tzw. sferze obyczajowej. Dotyczy to takich kwestii, jak aborcja, tzw. mniejszości seksualne czy równouprawnienie płci (np. parytet). Jeden z niedawnych przykładów stanowią zamieszczone na portalu lewica.pl komentarze pod informacją o pikiecie przeciwko antyaborcyjnej wystawie "Wybierz życie" prezentowanej na jednym z głównych placów Bielska-Białej. Ekspozycja ta atakuje istniejący w Polsce "konsensus" i domaga się całkowitego zakazu aborcji, niezależnie od okoliczności, co np. skazywałoby kobietę, dla której ciąża stanowi poważne zagrożenie życia, na niemal pewną śmierć. Mimo to większość komentatorów z forum lewica.pl zdaje się popierać samą wystawę (w imię "wolności słowa"), a niektórzy dość jednoznacznie podpisują się pod jej skrajnym przekazem (aborcja=morderstwo).
Wypowiadający się nt. bielskiej wystawy w TV Silesia dr Piotr Kulas – starając się zachować wyważony, naukowy ton – wtrąca w pewnym momencie, że w przypadku tej wystawy "nie można oczywiście mówić o żadnym skrajnym podejściu". Zastanawiam się: jeśli porównywanie aborcji do ludobójstwa i nazywanie lekarza zbrodniarzem nie jest skrajną postawą, to CO nią jest? Jak bardzo mainstreamowy dyskurs moralistyczny przesunął się w stronę katolickiego integryzmu, żeby nie dostrzegać w tej wystawie postawy skrajnej? Co w takim razie miałoby być rzeczywiście skrajną postawą: strzelanie do lekarzy dokonujących legalnych aborcji, tak jak miało to wielokrotnie miejsce w Stanach Zjednoczonych? Niewykluczone, że gdyby w Polsce istniał łatwiejszy dostęp do broni, także i u nas dochodziłoby do podobnych aktów. No bo czyż nie jest bohaterem ten, kto w imię wyższej konieczności (zapobieżenie ludobójstwu) składa ofiarę z własnego życia (być może nawet z własnego zbawienia), eliminując lekarza-ludobójcę?
[ciąg dalszy: tutaj]
(t)
Wypowiadający się nt. bielskiej wystawy w TV Silesia dr Piotr Kulas – starając się zachować wyważony, naukowy ton – wtrąca w pewnym momencie, że w przypadku tej wystawy "nie można oczywiście mówić o żadnym skrajnym podejściu". Zastanawiam się: jeśli porównywanie aborcji do ludobójstwa i nazywanie lekarza zbrodniarzem nie jest skrajną postawą, to CO nią jest? Jak bardzo mainstreamowy dyskurs moralistyczny przesunął się w stronę katolickiego integryzmu, żeby nie dostrzegać w tej wystawie postawy skrajnej? Co w takim razie miałoby być rzeczywiście skrajną postawą: strzelanie do lekarzy dokonujących legalnych aborcji, tak jak miało to wielokrotnie miejsce w Stanach Zjednoczonych? Niewykluczone, że gdyby w Polsce istniał łatwiejszy dostęp do broni, także i u nas dochodziłoby do podobnych aktów. No bo czyż nie jest bohaterem ten, kto w imię wyższej konieczności (zapobieżenie ludobójstwu) składa ofiarę z własnego życia (być może nawet z własnego zbawienia), eliminując lekarza-ludobójcę?
[ciąg dalszy: tutaj]
(t)
Etykiety:
fundamentalizm religijny,
lewica,
polityka,
przestrzeń publiczna
poniedziałek, 27 lipca 2009
"Wybierz życie", fundamentalizm religijny a mainstreamowy katolicyzm w Polsce
Parę przemyśleń na temat ekstremalnie antyaborcyjnej wystawy "Wybierz życie" na Pl. B. Chrobrego w Bielsku-Białej.
1. W dojrzałej demokracji liberalnej, do której Polska aspiruje, demokratyczna przestrzeń publiczna powinna być miejscem konstruktywnego dialogu pomiędzy różnymi stanowiskami etycznymi, a nie szczucia jednej grupy społecznej na inną, kierującą się innymi zasadami etycznymi. W demokrację wpisana jest różnorodność filozofii na życie, a Konstytucja gwarantuje wolność wyznania i sumienia, wolność wyboru. Przestrzeń publiczna powinna być właśnie miejscem szacunku dla poglądów drugiego człowieka - miejscem dialogu zbudowanego na merytorycznych, logicznych argumentach, zasadzających się na współczesnej wiedzy naukowej, szczególnie w tak drażliwych kwestiach, jak prawa kobiety do decydowania o własnym ciele i życiu.
Wystawa ta tymczasem nie ułatwia, a wręcz uniemożliwia, przeprowadzenie jakiejkolwiek wyważonej obywatelskiej dyskusji nad obowiązującym porządkiem prawnym i standardami demokratycznymi. Jest ona przejawem fundamentalizmu katolickiego; jest to skrajnie ideologiczne stanowisko w kwestii aborcji.
Zatem jeśli pojawiają się takie fundamentalizmy, zaogniające konflikt światopoglądowy i radykalizujące postawy, trzeba liczyć się z tym, że będą miały miejsce równie radykalne reakcje.
2. Wystawa ta nie zmusza do analizowania innych pozycji etycznych, ale wkłada w głowę katoliczki i katolika myśli i emocje. Już jednoznaczne. Faszeruje ideologiczną agresją, nienawiścią. Manipulując obrazem, jak i retoryką, doprowadza katoliczki i katolików do ideologicznej wściekłości - co przekłada się na nastroje społeczne, nastawienie do innego stanowiska etycznego w tej materii. Jaki może być rezultat takiego fundamentalizmu, przekonują się o tym w Stanach Zjednoczonych, gdzie fundamentaliści religijni zabijają lekarki/lekarzy, które/którzy przeprowadzają aborcję.
3. Wystawa "Wybierz życie", utrzymując się we wspólnej demokratycznej przestrzeni publicznej miasta, tak naprawdę właśnie godzi w demokrację, w postulaty konstytucyjne. Jej obecność na Pl. B. Chrobrego to sankcjonowanie degradowania zasad prawdziwej demokracji, państwa świeckiego. Bo jest ona przeciwko wolności wyznania. Przeciwko wolności sumienia. Nie ma w niej szacunku dla drugiego człowieka i jej/jego innej ścieżki etycznej. Aż zdumiewa niesłychanie, że władze miasta, które przecież mają stać na straży porządku konstytucyjnego, standardów debaty publicznej i wreszcie samej demokracji, pozwalają na to, aby ten porządek, te standardy i wreszcie ta demokracja były negowane, przekreślane i wyszydzane.
Zgoda miasta na nią, jak również poparcie prawicowych, katolickich obywatelek i obywateli, są też dowodami na to, że w Polsce fundamentalizm religijny stał się "normalnym", mainstreamowym katolicyzmem.
(r)
Wystawa ta tymczasem nie ułatwia, a wręcz uniemożliwia, przeprowadzenie jakiejkolwiek wyważonej obywatelskiej dyskusji nad obowiązującym porządkiem prawnym i standardami demokratycznymi. Jest ona przejawem fundamentalizmu katolickiego; jest to skrajnie ideologiczne stanowisko w kwestii aborcji.
Zatem jeśli pojawiają się takie fundamentalizmy, zaogniające konflikt światopoglądowy i radykalizujące postawy, trzeba liczyć się z tym, że będą miały miejsce równie radykalne reakcje.
2. Wystawa ta nie zmusza do analizowania innych pozycji etycznych, ale wkłada w głowę katoliczki i katolika myśli i emocje. Już jednoznaczne. Faszeruje ideologiczną agresją, nienawiścią. Manipulując obrazem, jak i retoryką, doprowadza katoliczki i katolików do ideologicznej wściekłości - co przekłada się na nastroje społeczne, nastawienie do innego stanowiska etycznego w tej materii. Jaki może być rezultat takiego fundamentalizmu, przekonują się o tym w Stanach Zjednoczonych, gdzie fundamentaliści religijni zabijają lekarki/lekarzy, które/którzy przeprowadzają aborcję.
3. Wystawa "Wybierz życie", utrzymując się we wspólnej demokratycznej przestrzeni publicznej miasta, tak naprawdę właśnie godzi w demokrację, w postulaty konstytucyjne. Jej obecność na Pl. B. Chrobrego to sankcjonowanie degradowania zasad prawdziwej demokracji, państwa świeckiego. Bo jest ona przeciwko wolności wyznania. Przeciwko wolności sumienia. Nie ma w niej szacunku dla drugiego człowieka i jej/jego innej ścieżki etycznej. Aż zdumiewa niesłychanie, że władze miasta, które przecież mają stać na straży porządku konstytucyjnego, standardów debaty publicznej i wreszcie samej demokracji, pozwalają na to, aby ten porządek, te standardy i wreszcie ta demokracja były negowane, przekreślane i wyszydzane.
Zgoda miasta na nią, jak również poparcie prawicowych, katolickich obywatelek i obywateli, są też dowodami na to, że w Polsce fundamentalizm religijny stał się "normalnym", mainstreamowym katolicyzmem.
(r)
Etykiety:
demokracja,
etyka,
fundamentalizm religijny,
polityka,
przestrzeń publiczna
środa, 22 lipca 2009
Czyje uczucia wolno obrażać, czyli katodyktatura rulez
Mało kto kwestionuje dziś zasadę, zgodnie z którą nowoczesne państwo powinno gwarantować wolność religijną. Czym innym jednak gwarancja swobody wiary i wyznania, a czym innym specjalna ochrona prawna roztaczana nad wszystkim, co się z religią wiąże. W Polsce "obraza uczuć religijnych" to potężny oręż w walce ze wszystkim, co niezależne, odmienne, niezgodne z fundamentalistyczną, katolicką wizją świata.
Polskę pokrywa gruba warstwa katolickiego betonu, którego nawet kwas solny nie ruszy. Katodyktatura dusi w zarodku niemal każdy przejaw niezależnej myśli lub ekspresji artystycznej. Obrzydliwa jest obłuda, z jaką katoliccy publicyści szafują określeniami typu "dyktatura poprawności politycznej" albo "homo-terroryzm". Robią to w państwie, w którym katoliccy fundamentaliści, których symbolem stał się ksiądz Rydzyk, od lat nie ponoszą ŻADNYCH konsekwencji swoich ksenofobicznych, rasistowskich, homofobicznych praktyk i wypowiedzi, podczas gdy np. artyści, którzy odważą się złamać tabu, są ciągani po sądach lub poddawani instytucjonalnemu ostracyzmowi. Nic dziwnego, że ogromna część współczesnej polskiej kultury i nauki pozostaje jałowa, zaściankowa i nieatrakcyjna: tylko wolność twórcza i intelektualna może być gwarantem tworzenia nowej jakości.
Po Polsce jeździ od kilku lat wystawa "Wybierz życie"; obecnie można ją oglądać w centrum Bielska-Białej, w ogólnie dostępnym miejscu publicznym. Głosy sprzeciwu są nieliczne i zwykle dotyczą jedynie nadmiernej drastyczności prezentowanych fotografii. Tymczasem hasło "Biskup nie jest bogiem" (jakże oczywiste!) okazało się już zbyt kontrowersyjne, żeby mogło pojawić się oficjalnie w przestrzeni publicznej. Nie wspomnę już o licznych wystawach, które zamykane są w związku z "obrazą uczuć religijnych" albo o akcji "Niech nas zobaczą", która – pomimo swej bardzo łagodnej formy – wywołała ogromną falę sprzeciwu i agresji.
Wystawa "Wybierz życie" to dobitny dowód na istnienie polskiej katodyktatury. Każe ona po raz kolejny zadać pytanie: czyje uczucia wolno obrażać? Bo wiemy już wszyscy, że nie wolno obrażać jak najszerzej rozumianych uczuć katolickich. Ale dlaczego równa ochrona prawna nie dotyczy uczuć osób o niekatolickim światopoglądzie? odmieńców seksualnych? kobiet, które chce się zmuszać do rodzenia dzieci poczętych w wyniku gwałtu?
Nawet jeśli katolicyzm jest faktem wpisanym w polską rzeczywistość, uprzywilejowana pozycja, jaką zapewnia mu polskie prawo (i codzienna praktyka sprawowania władzy) jest nie do pogodzenia ze standardem nowoczesnego państwa bezwyznaniowego.
Dlatego wszelkim przejawom katolickiego terroru należy powiedzieć głośne i zdecydowane NIE! (Oops, czyżbym obraził czyjeś uczucia religijne?)
(t)
Polskę pokrywa gruba warstwa katolickiego betonu, którego nawet kwas solny nie ruszy. Katodyktatura dusi w zarodku niemal każdy przejaw niezależnej myśli lub ekspresji artystycznej. Obrzydliwa jest obłuda, z jaką katoliccy publicyści szafują określeniami typu "dyktatura poprawności politycznej" albo "homo-terroryzm". Robią to w państwie, w którym katoliccy fundamentaliści, których symbolem stał się ksiądz Rydzyk, od lat nie ponoszą ŻADNYCH konsekwencji swoich ksenofobicznych, rasistowskich, homofobicznych praktyk i wypowiedzi, podczas gdy np. artyści, którzy odważą się złamać tabu, są ciągani po sądach lub poddawani instytucjonalnemu ostracyzmowi. Nic dziwnego, że ogromna część współczesnej polskiej kultury i nauki pozostaje jałowa, zaściankowa i nieatrakcyjna: tylko wolność twórcza i intelektualna może być gwarantem tworzenia nowej jakości.
Po Polsce jeździ od kilku lat wystawa "Wybierz życie"; obecnie można ją oglądać w centrum Bielska-Białej, w ogólnie dostępnym miejscu publicznym. Głosy sprzeciwu są nieliczne i zwykle dotyczą jedynie nadmiernej drastyczności prezentowanych fotografii. Tymczasem hasło "Biskup nie jest bogiem" (jakże oczywiste!) okazało się już zbyt kontrowersyjne, żeby mogło pojawić się oficjalnie w przestrzeni publicznej. Nie wspomnę już o licznych wystawach, które zamykane są w związku z "obrazą uczuć religijnych" albo o akcji "Niech nas zobaczą", która – pomimo swej bardzo łagodnej formy – wywołała ogromną falę sprzeciwu i agresji.
Wystawa "Wybierz życie" to dobitny dowód na istnienie polskiej katodyktatury. Każe ona po raz kolejny zadać pytanie: czyje uczucia wolno obrażać? Bo wiemy już wszyscy, że nie wolno obrażać jak najszerzej rozumianych uczuć katolickich. Ale dlaczego równa ochrona prawna nie dotyczy uczuć osób o niekatolickim światopoglądzie? odmieńców seksualnych? kobiet, które chce się zmuszać do rodzenia dzieci poczętych w wyniku gwałtu?
Nawet jeśli katolicyzm jest faktem wpisanym w polską rzeczywistość, uprzywilejowana pozycja, jaką zapewnia mu polskie prawo (i codzienna praktyka sprawowania władzy) jest nie do pogodzenia ze standardem nowoczesnego państwa bezwyznaniowego.
Dlatego wszelkim przejawom katolickiego terroru należy powiedzieć głośne i zdecydowane NIE! (Oops, czyżbym obraził czyjeś uczucia religijne?)
(t)
Etykiety:
demokracja,
etyka,
fundamentalizm religijny,
polityka,
prawo,
przestrzeń publiczna
poniedziałek, 29 czerwca 2009
ŚWIADOMOŚĆ DEMOKRATYCZNA, KATOLICYZM I ETYKA
Są takie sfery etyczne i obyczajowe, kierunek realizacji których powinien być indywidualną sprawą każdego obywatela i obywatelki. Państwo nie powinno dyktować warunków, na których muszą być one realizowane przez jednostkę; nie powinno wytyczać jednej normy (prawnej!) i później karnie ją egzekwować. Te sfery to, między innymi, ludzka seksualność i cielesność.
Trzeba również usprawnić oraz zreorganizować wokół idei równości, szacunku i akceptacji dla odmienności edukację z zakresu świadomości obywatelskiej i kultury demokratycznej.
W Konstytucji jest zapisany rozdział między Kościołem i Państwem, między religią a świeckością. Nie może być przyzwolenia na to, aby jakiś poseł czy jakaś posłanka próbowali nagiąć system prawno-społeczny państwa do wytycznych katolicyzmu, zrobić państwo pod względem prawno-społecznym na mańkę katolicką. Takie próby, już na płaszczyźnie retorycznej, muszą się spotykać z ostrym sprzeciwem.
Karygodne i żenujące jest właśnie działanie Jarosława Gowina i jego katolickiej "komisji etycznej" ds. in vitro. Karygodne są poczynania Bolesław Piechy z PiS, który złożył projekt ustawy o całkowitym zakazie in vitro. Karygodne są wystąpienia biskupów i przemówienia księży, piętnujące kobiety, które zdecydowały się na zapłodnienie in vitro, nawołujące do zorganizowania kodeksu prawnego wokół katolicyzmu.
Sam fakt, że ktoś czy ktosia usiłuje przepisać prawo i system społeczny po katolicku, moim zdaniem, świadczy o tym, że ta osoba albo nie ma, albo nie chce mieć, pojęcia o tym, co to znaczy żyć w państwie demokratycznym, świeckim, niewyznaniowym.
Ktoś czy ktosia mógłby czy mogłaby powiedzieć, że właśnie na tym polega przecież demokracja. Że to większość parlamentarna decyduje o kompozycji ideologiczno-politycznej przestrzeni prawno-społecznej państwa. Że jak większość tą stanowią katolicy i katoliczki, to mają pełne prawo do tego, aby właśnie podciągać państwo pod szablon katolicki. - Nie mają do tego prawa.
Nie mają do tego prawa.
Demokracją nie są totalitarne rządy większości parlamentarnej; demokracja to bowiem dbanie o to, aby w państwie bezpiecznie i komfortowo mogła i mógł się zrealizować każda obywatelka i każdy obywatel bez względu na jej i jego wyznanie, orientację seksualną, płeć, rasę, etniczność, nie/pełnosprawność, itp.
Demokracja to właśnie stanie na straży pluralizmu w przestrzeni społecznej i kulturalnej państwa; pluralizmu etycznego, który jest niczym innym, jak istnieniem na takich samym prawach w państwie różnych kodów i koncepcji etycznych, różnych filozofii i pomysłów "na życie" i na związek/relację międzyludzką.
Demokracja to umiejętność zrozumienia, że różnorodność i odmienność wpisane są w świat, który na otacza. Umiejętność zrozumienia, że nie mamy prawa (stając / stojąc na straży porządku demokratycznego) dyktować drugiemu człowiekowi naszych własnych, katolickich, koncepcji na życie.
(r)
Trzeba również usprawnić oraz zreorganizować wokół idei równości, szacunku i akceptacji dla odmienności edukację z zakresu świadomości obywatelskiej i kultury demokratycznej.
W Konstytucji jest zapisany rozdział między Kościołem i Państwem, między religią a świeckością. Nie może być przyzwolenia na to, aby jakiś poseł czy jakaś posłanka próbowali nagiąć system prawno-społeczny państwa do wytycznych katolicyzmu, zrobić państwo pod względem prawno-społecznym na mańkę katolicką. Takie próby, już na płaszczyźnie retorycznej, muszą się spotykać z ostrym sprzeciwem.
Karygodne i żenujące jest właśnie działanie Jarosława Gowina i jego katolickiej "komisji etycznej" ds. in vitro. Karygodne są poczynania Bolesław Piechy z PiS, który złożył projekt ustawy o całkowitym zakazie in vitro. Karygodne są wystąpienia biskupów i przemówienia księży, piętnujące kobiety, które zdecydowały się na zapłodnienie in vitro, nawołujące do zorganizowania kodeksu prawnego wokół katolicyzmu.
Sam fakt, że ktoś czy ktosia usiłuje przepisać prawo i system społeczny po katolicku, moim zdaniem, świadczy o tym, że ta osoba albo nie ma, albo nie chce mieć, pojęcia o tym, co to znaczy żyć w państwie demokratycznym, świeckim, niewyznaniowym.
Ktoś czy ktosia mógłby czy mogłaby powiedzieć, że właśnie na tym polega przecież demokracja. Że to większość parlamentarna decyduje o kompozycji ideologiczno-politycznej przestrzeni prawno-społecznej państwa. Że jak większość tą stanowią katolicy i katoliczki, to mają pełne prawo do tego, aby właśnie podciągać państwo pod szablon katolicki. - Nie mają do tego prawa.
Nie mają do tego prawa.
Demokracją nie są totalitarne rządy większości parlamentarnej; demokracja to bowiem dbanie o to, aby w państwie bezpiecznie i komfortowo mogła i mógł się zrealizować każda obywatelka i każdy obywatel bez względu na jej i jego wyznanie, orientację seksualną, płeć, rasę, etniczność, nie/pełnosprawność, itp.
Demokracja to właśnie stanie na straży pluralizmu w przestrzeni społecznej i kulturalnej państwa; pluralizmu etycznego, który jest niczym innym, jak istnieniem na takich samym prawach w państwie różnych kodów i koncepcji etycznych, różnych filozofii i pomysłów "na życie" i na związek/relację międzyludzką.
Demokracja to umiejętność zrozumienia, że różnorodność i odmienność wpisane są w świat, który na otacza. Umiejętność zrozumienia, że nie mamy prawa (stając / stojąc na straży porządku demokratycznego) dyktować drugiemu człowiekowi naszych własnych, katolickich, koncepcji na życie.
(r)
sobota, 16 maja 2009
obłędne nauki pani Jolanty
Artykuł Pani Jolanty Tomczak pt. "Obłędne nauki o gejach", który ukazał się na internetowych stronach Naszego Dziennika to istna kopalnia błędów logicznych, hermetycznego, ideologicznego, katolickiego myślenia, podstępnych, manipulatorskich sztuczek retorycznych.
W tekście jest mnóstwo kwestii, które można by odpowiednio krytycznie skomentować.
Na przykład, część, w której katolicka dziennikarka wyszydza fakt, że osoby homoseksualne mogą mieć własne dzieci i prawo do ich wychowywania. Logika myślenia, katolicka logika, dodajmy, tej Pani idzie według brutalnie konwencjonalnej linii: są homoseksualiści, uprawiają homoseksualny seks, taki seks do niczego prokreacyjnego na pewno nie prowadzi.
Logika ta, prawdę powiedziawszy, pada pod własnym ciężarem. Bo jakoś wychodzi z pozycji esencjonalistycznej, przyjmującej, że istnieje coś tak niezmiennego i stabilnego, jak homoseksualizm. Homoseksualizm niedający się skruszyć, twardy jak skała.
A przecież, według katolickiej filozofii, tutaj chodzi tylko o te tak zwane "nieuporządkowane zachowania" seksualne, o akty seksualne. Nie może być mowy o homoseksualnej tożsamości, może być? Nie może.
Skoro na świecie istnieją tacy psychologowie i lekarze, którzy bez problemu mogą "wyleczyć" z homoseksualizmu, zatem - oczywiste musi być, że - "homoseksualiści" mogą mieć własne dzieci. Spłodzone, na przykład, w związkach heteroseksualnych, w których tkwili przed albo po tym, jak wzięły ich we władanie diabelskie siły homoseksualnych, nieuporządkowanych pragnień, prawda?
Dzieci. Że już nie wspomnę o innych sposobach na dziecko. Geje i lesbijki mogą mieć i mają dzieci. Lesbijki mogą zrobić to metodą in vitro. Albo "umówić się" ze swoim przyjacielem gejem czy hetero, pobrać od niego materiał genetyczny i się zapłodnić. Geje mogą być tatusiami. Mieć dzieci z heteroseksualnych związków. Albo zrobić to ze swoją przyjaciółką, lesbijką, bo chcą mieć dziecko. Tyle sposobów. A Pani dziennikarka jakoś myśli tylko o seksie. Homoseksualnym seksie.
Jest to co namniej podejrzane. Homoseksualny, odmieńczy seks, owszem, jest pociągający. Pani o tym wie?
(r)
W tekście jest mnóstwo kwestii, które można by odpowiednio krytycznie skomentować.
Na przykład, część, w której katolicka dziennikarka wyszydza fakt, że osoby homoseksualne mogą mieć własne dzieci i prawo do ich wychowywania. Logika myślenia, katolicka logika, dodajmy, tej Pani idzie według brutalnie konwencjonalnej linii: są homoseksualiści, uprawiają homoseksualny seks, taki seks do niczego prokreacyjnego na pewno nie prowadzi.
Logika ta, prawdę powiedziawszy, pada pod własnym ciężarem. Bo jakoś wychodzi z pozycji esencjonalistycznej, przyjmującej, że istnieje coś tak niezmiennego i stabilnego, jak homoseksualizm. Homoseksualizm niedający się skruszyć, twardy jak skała.
A przecież, według katolickiej filozofii, tutaj chodzi tylko o te tak zwane "nieuporządkowane zachowania" seksualne, o akty seksualne. Nie może być mowy o homoseksualnej tożsamości, może być? Nie może.
Skoro na świecie istnieją tacy psychologowie i lekarze, którzy bez problemu mogą "wyleczyć" z homoseksualizmu, zatem - oczywiste musi być, że - "homoseksualiści" mogą mieć własne dzieci. Spłodzone, na przykład, w związkach heteroseksualnych, w których tkwili przed albo po tym, jak wzięły ich we władanie diabelskie siły homoseksualnych, nieuporządkowanych pragnień, prawda?
Dzieci. Że już nie wspomnę o innych sposobach na dziecko. Geje i lesbijki mogą mieć i mają dzieci. Lesbijki mogą zrobić to metodą in vitro. Albo "umówić się" ze swoim przyjacielem gejem czy hetero, pobrać od niego materiał genetyczny i się zapłodnić. Geje mogą być tatusiami. Mieć dzieci z heteroseksualnych związków. Albo zrobić to ze swoją przyjaciółką, lesbijką, bo chcą mieć dziecko. Tyle sposobów. A Pani dziennikarka jakoś myśli tylko o seksie. Homoseksualnym seksie.
Jest to co namniej podejrzane. Homoseksualny, odmieńczy seks, owszem, jest pociągający. Pani o tym wie?
(r)
piątek, 10 kwietnia 2009
okolicznościowo
Jak nie znacie, to poznajcie, a jak znacie, to posłuchajcie jeszcze raz! (Ze specjalną dedykacją dla wszystkich zatwardziałych chrześcijan świata.)
(t)
(t)
Etykiety:
fundamentalizm religijny,
satyra,
tekst kulturowy
poniedziałek, 23 marca 2009
Urbi et Orbi
Pewnemu biskupowi zapisy antydyskryminacyjne w nowym projekcie ustawy medialnej kojarzą się z relatywizmem i "ideologią równościową Mao Tse Tunga". Ponieważ w Polsce obowiązuje (niezapisana w prawie) wolność skojarzeń, pozwolimy sobie oznajmić urbi et orbi, że wartości chrześcijańskie kojarzą nam się z wyprawami krzyżowymi, z Giordano Bruno i inkwizycją, z mniej czy bardziej aktywnym popieraniem kolonizacji i niewolnictwa, a także z Danem White'em, zabójcą Harveya Milka. (Tak, znamy również pozytywne przykłady.) A wszystko to wynikało z bardzo groźnego zjawiska: braku relatywizmu. Z totalizującego przekonania, że chrześcijański punkt widzenia jest najlepszym stanowiskiem moralnym, jakie może sobie wyobrazić ludzkość; że jest tym „najbardziej słusznym”, a to, co inne jest szatańskie, diabelskie i jeśli nie poddaje się procesom „konwersji” czy „reformacji”, to należy to zniszczyć, wypalić, wyrżnąć, bo inaczej z pewnością będzie chciało zniszczyć ten chrześcijański, „jedynie słuszny”, system.
Wygląda na to, że Kościół w ogóle nie widzi problemu dyskryminacji (z jednym wyjątkiem, oczywiście: gdy prawdziwej lub wyimaginowanej dyskryminacji poddani są sami katolicy). Watykan nie poparł nawet apelu ONZ o zaprzestanie karania homoseksualizmu, wspierając tym samym np. publiczne egzekucje na osobach homoseksualnych w niektórych krajach muzułmańskich.
Podobnie można oceniać stosunek Kościoła do prezerwatyw. Ostatnio Benedykt XVI, siedzący na Olimpie Kościoła katolickiego, stwierdził, że prezerwatywa nie jest sposobem na walkę z AIDS, nie jest w stanie pokonać epidemii, a tylko zwiększa problem. Bardzo łatwo przychodzą takie słowa, gdy się mieszka w złotym pałacu, w radykalnej izolacji od rzeczywistości afrykańskiej. Czyż Olimp Kościoła nie popełnia grzechów pychy i lenistwa (moralnego, jak i intelektualnego) zasłaniając sobie rękoma oczy i uszy, działając w myśl przeświadczenia „czego nie widzę / nie słyszę, tego nie ma”? Jak można nie mieć wyrzutów sumienia, poczucia empatii z tymi umierającymi na AIDS ludźmi w Afryce? Zdumieniem może napawać fakt, że Instytucja, która na piedestale stawia idee Miłości do bliźniego, Miłosierdzia, Empatii, Solidarności z bliźnim, nie potrafi przekuć tych idei na realne działania i decyzje mające wpływ na rzeczywistość. Więcej empatii mają już lokalni afrykańscy księża i misjonarze, którzy wbrew Olimpowi rozdają jednak finansowane przez rządy prezerwatywy.
Terry Eagleton napisał po śmierci Jana Pawła II, że obstając przy zakazie antykoncepcji miał on na rękach krew milionów Afrykańczyków. Benedykt XVI w najlepsze kontynuuje tę tradycję. Czyżby to miała być już permanentna tradycja?
W świetle nieprzejednanej, nieludzkiej postawy Kościoła, nie dziwią takie drastycznie akcje, jak ta przed katedrą Notre Dame w Paryżu, gdzie ok. 20 działaczy organizacji Act-Up położyło się na placu udając martwych, utrudniając w ten sposób wiernym wyjście z mszy. Takich spektakularnych, kontrowersyjnych akcji brakuje niestety w Polsce – może nadszedł czas, żeby i w Polsce powstał oddział Act-Up? Zwłaszcza, że słychać ostatnio w polskim środowisku LGBTQ nawoływania do radykalizacji działań. Kolorowe parady zdają się już nie wystarczać.

* * *
I jeszcze coś na deser. Sporo się ostatnio krzyczy o konflikcie interesów, wytykając politykom i innym funkcjonariuszom publicznym wykorzystywanie swoich posad do sprzyjania konkretnym podmiotom gospodarczym lub organizacjom. Ale największy konflikt interesów w Polsce istnieje w tej chwili pomiędzy Kościołem a państwem. Przykład? Proszę bardzo: pomorski kurator oświaty Zdzisław Szudrowicz, magister teologii, mocą swego urzędu próbuje ukręcić łeb sprawie przekazywania parafiom danych uczniów, którzy nie chodzą na religię. Wbrew woli dyrektora liceum, oburzeniu rodziców i miażdżącym opiniom prawników, pan kurator uznał sprawę za wyjaśnioną i niewymagającą interwencji. "Nie widzę potrzeby, bym włączał się w sprawy kościelne", mówi. Osoba, która w imię prywatnych przekonań religijnych działa na korzyść Kościoła, zamiast stać na straży przestrzegania prawa i konstytucyjnej neutralności światopoglądowej państwa, nie jest godna urzędu i powinna natychmiast zostać odwołana z pełnionej funkcji. Ale takie cuda tutaj się nie zdarzają (nawet za rządów premiera-cudotwórcy). I nie zaczną się zdarzać, dopóki społeczeństwo nie wyswobodzi się z żelaznego uścisku Kościoła i nie nauczy się cenić różnorodności światopoglądowej i wszelkiej innej. Tylko relatywizm może nas uratować.
(t&r)
Wygląda na to, że Kościół w ogóle nie widzi problemu dyskryminacji (z jednym wyjątkiem, oczywiście: gdy prawdziwej lub wyimaginowanej dyskryminacji poddani są sami katolicy). Watykan nie poparł nawet apelu ONZ o zaprzestanie karania homoseksualizmu, wspierając tym samym np. publiczne egzekucje na osobach homoseksualnych w niektórych krajach muzułmańskich.
Podobnie można oceniać stosunek Kościoła do prezerwatyw. Ostatnio Benedykt XVI, siedzący na Olimpie Kościoła katolickiego, stwierdził, że prezerwatywa nie jest sposobem na walkę z AIDS, nie jest w stanie pokonać epidemii, a tylko zwiększa problem. Bardzo łatwo przychodzą takie słowa, gdy się mieszka w złotym pałacu, w radykalnej izolacji od rzeczywistości afrykańskiej. Czyż Olimp Kościoła nie popełnia grzechów pychy i lenistwa (moralnego, jak i intelektualnego) zasłaniając sobie rękoma oczy i uszy, działając w myśl przeświadczenia „czego nie widzę / nie słyszę, tego nie ma”? Jak można nie mieć wyrzutów sumienia, poczucia empatii z tymi umierającymi na AIDS ludźmi w Afryce? Zdumieniem może napawać fakt, że Instytucja, która na piedestale stawia idee Miłości do bliźniego, Miłosierdzia, Empatii, Solidarności z bliźnim, nie potrafi przekuć tych idei na realne działania i decyzje mające wpływ na rzeczywistość. Więcej empatii mają już lokalni afrykańscy księża i misjonarze, którzy wbrew Olimpowi rozdają jednak finansowane przez rządy prezerwatywy.
Terry Eagleton napisał po śmierci Jana Pawła II, że obstając przy zakazie antykoncepcji miał on na rękach krew milionów Afrykańczyków. Benedykt XVI w najlepsze kontynuuje tę tradycję. Czyżby to miała być już permanentna tradycja?
W świetle nieprzejednanej, nieludzkiej postawy Kościoła, nie dziwią takie drastycznie akcje, jak ta przed katedrą Notre Dame w Paryżu, gdzie ok. 20 działaczy organizacji Act-Up położyło się na placu udając martwych, utrudniając w ten sposób wiernym wyjście z mszy. Takich spektakularnych, kontrowersyjnych akcji brakuje niestety w Polsce – może nadszedł czas, żeby i w Polsce powstał oddział Act-Up? Zwłaszcza, że słychać ostatnio w polskim środowisku LGBTQ nawoływania do radykalizacji działań. Kolorowe parady zdają się już nie wystarczać.

* * *
I jeszcze coś na deser. Sporo się ostatnio krzyczy o konflikcie interesów, wytykając politykom i innym funkcjonariuszom publicznym wykorzystywanie swoich posad do sprzyjania konkretnym podmiotom gospodarczym lub organizacjom. Ale największy konflikt interesów w Polsce istnieje w tej chwili pomiędzy Kościołem a państwem. Przykład? Proszę bardzo: pomorski kurator oświaty Zdzisław Szudrowicz, magister teologii, mocą swego urzędu próbuje ukręcić łeb sprawie przekazywania parafiom danych uczniów, którzy nie chodzą na religię. Wbrew woli dyrektora liceum, oburzeniu rodziców i miażdżącym opiniom prawników, pan kurator uznał sprawę za wyjaśnioną i niewymagającą interwencji. "Nie widzę potrzeby, bym włączał się w sprawy kościelne", mówi. Osoba, która w imię prywatnych przekonań religijnych działa na korzyść Kościoła, zamiast stać na straży przestrzegania prawa i konstytucyjnej neutralności światopoglądowej państwa, nie jest godna urzędu i powinna natychmiast zostać odwołana z pełnionej funkcji. Ale takie cuda tutaj się nie zdarzają (nawet za rządów premiera-cudotwórcy). I nie zaczną się zdarzać, dopóki społeczeństwo nie wyswobodzi się z żelaznego uścisku Kościoła i nie nauczy się cenić różnorodności światopoglądowej i wszelkiej innej. Tylko relatywizm może nas uratować.
(t&r)
Subskrybuj:
Posty (Atom)