poniedziałek, 11 stycznia 2010

Ten straszny promiskuityzm!

Tekst Profesor Magdaleny Środy „Promiskuityzm – czyli o męskiej solidarności ponad podziałami” przeczytałem z ogromną przyjemnością. To jest feminizm wojujący, zadziorny, odważny – taki, jakiego nam teraz trzeba. Podpisuję się wszystkimi kończynami pod napiętnowaniem wszechobecnej hipokryzji, połączonej często z górnolotnym moralizatorstwem. Doskonale rozumiem złość na odwieczne przypisywanie „uniwersalnych znaczeń” temu, co specyficzne męskie. Cieszę się, że tekst narobił trochę hałasu i wbił się klinem w „androcentryczny beton” wypełniający szczelnie ogromną część polskiej przestrzeni publicznej.

Nie rozumiem jednak, czemu na koniec pojawia się (zapowiedziana już w tytule) tyrada przeciwko promiskuityzmowi.

I owszem, promiskuityzm może, ale nie musi, wiązać się z męskim przywilejem, z wykorzystywaniem pozycji zawodowej, społecznej, materialnej. Koniecznym warunkiem takiego promiskuityzmu jest hipokryzja właśnie. Promiskuityzm jest społecznie dozwolony (dla mężczyzn) wówczas, gdy jest nieoficjalny, uprawiany po kryjomu i najlepiej przez osobnika posiadającego żonę, dzieci i wysoką pozycję w stadnej hierarchii, a więc spełniającego podstawowe „męskie” role społeczne. Znamy to: puszczenie oka, porozumiewawczy uśmiech i stwierdzenie, że to „jurny chłop” przecież; taki promiskuityzm to wręcz „wartość dodana” dla mężczyzny. Natomiast dla kobiety promiskuityzm pozostaje opcją niedostępną lub przynajmniej niezwykle trudną, niezależnie od jej sytuacji życiowej: kobieta zawsze będzie po prostu „puszczalska”. Czyli zła.

Ale promiskuityzm bez hipokryzji, bez moralizatorskiej maski, bynajmniej nie jest społecznie akceptowany. Taki otwarty promiskuityzm, traktowany jako wybór życiowy (a więc także wybór etyczny) musi spotkać się ze społecznym potępieniem. Nawet Kazimierz Marcinkiewicz (skądinąd polityk miernego formatu, za to hipokryta najwyższej miary) po związaniu się z Izabelą nie może chyba liczyć na poważne traktowanie opinii publicznej, nawet jeśli spotkało go nie tyle potępienie i społeczny ostracyzm, co pobłażliwe lekceważenie. Myślę, że podobny los spotkałby polityka, który (bez podobnego bagażu hipokryzji) miałby odwagę przyznać się do homoseksualnego związku, zwłaszcza z dużo młodszym partnerem, albo do życia w trójkącie, albo do rozwiązłego trybu życia „z zasady”. Tylko właściwie dlaczego takie wybory życiowe mają kogokolwiek dyskredytować?

Z ataku Magdaleny Środy na promiskuityzm zdaje się wynikać tyle, że katolicy (zarówno hierarchowie kościelni, jak i zwykli wierni) powinni po prostu przestrzegać głoszonych przez siebie zasad. Ale nawoływanie do odnowy moralnej kościoła wolałbym pozostawić katolikom. Dla mnie ważniejsze jest wypracowywanie i promowanie odmiennych postaw etycznych. Zgoda, tekst Profesor Środy proponuje alternatywną, feministyczną wrażliwość moralną, ale niespecjalnie wydaje się zainteresowany wychodzeniem poza ramy obecnie obowiązującej aksjologii, np. poprzez „odzyskanie” dla dyskursu etycznego promiskuityzmu lub akceptację alternatywnych modeli związków. Postawienie znaku równości między promiskuityzmem a zdradą, oszustwem i męskim przywilejem jest, w moim przekonaniu, nieuprawnionym uproszczeniem.
(t)

czwartek, 7 stycznia 2010

Pochwała wyjątku

Są wyrobnicy reguły i pracownicy wyjątku. Nie, nie odrzucam reguły, bo do pewnego momentu zapewnia ona stabilność systemu, zapewnia (prze)trwanie. Ale reguła jest zaborcza, uzurpatorska, uciskająca. Przez samą swoją powtarzalność i (samozwańczą) powszechność ma zawsze przewagę nad wyjątkiem. I dlatego staję po stronie wyjątku.

Mówi się: wyjątek potwierdza regułę. (Już samo to zdanie nabrało mocy reguły.) Tego przynajmniej domaga się reguła, więc każde potencjalne zagrożenie ze strony wyjątku stara się zneutralizować, umniejszyć, wyeliminować.

Obejrzałem niedawno amatorskie przedstawienie sztuki "Chitra" Rabindranatha Tagore (pierwszego niezachodniego laureata literackiej Nagrody Nobla). W historii tej, opartej na Mahabharacie, pojawia się dżenderowo nienormatywna postać księżniczki Chitrangady, która ubiera się i zachowuje jak mężczyzna, a także odgrywa szereg męskich ról społecznych (władczyni, wojowniczka, strażniczka porządku). Jednak nie trzeba długo czekać, zanim w księżniczce obudzi się „prawdziwa kobieta”, oczywiście dzięki miłości do mężczyzny, księcia Arjuny.

Oto jedna z odwiecznych strategii narracyjnych: jakikolwiek wywrotowy potencjał odmieńczości (jeśli w ogóle znalazło się dla niej miejsce w opowieści) musi prędzej czy później zostać wpisany w (hetero)normatywny porządek, tak aby w ostatecznym rozrachunku wyjątek potwierdził istniejącą regułę. Ale jako odbiorcy nie jesteśmy zupełnie bezsilni, możemy bowiem przyjąć przekorną politykę czytelniczą, która z podobnych historii wyciśnie ich wywrotowy, odmieńczy potencjał. Można bronić wyjątku przed zaborczością reguły – przed zaanektowaniem, spacyfikowaniem, normatywizacją.

(Dodajmy, że w niektórych tradycjach kulturowych postacie nienormatywne były traktowane z ogromnym szacunkiem, a ich wyjątkowość – po części groźna, a po części fascynująca – plasowała je raczej bliżej boskości niż zła, grzechu, czy patologii.)

Podobny mechanizm można zauważyć również w funkcjonowaniu kapitalizmu, który w swej wszystkożerności potrafi wchłonąć i strawić niemal wszystko – nawet to, co wyrosło ze szczerego sprzeciwu wobec niego. Czy punk (z niewielkimi, choć znaczącymi wyjątkami) jest dziś czymś więcej, niż po prostu „stylem”, który można nabyć w „alternatywnych” sklepach za niemałe pieniądze? Kapitalizm cudownie poradził sobie z tym oddolnym buntem, wpisując jego estetykę do katalogu „subkultur młodzieżowych” i wytrącając mu tym samym broń z ręki. Bunt też ma swoją wartość rynkową (może pani Chylińska miałaby na ten temat coś ciekawego do powiedzenia?) Przeciwnicy kapitalizmu są wkalkulowani w sposób jego funkcjonowania i (prawie?) zawsze znajdzie się sposób, żeby ich urynkowić i zneutralizować.

Być może każdy wyjątek marzy skrycie, żeby stać się regułą. Ale dopóki jest wyjątkiem, brońmy go. Brońmy do upadłego wyjątkowości wyjątku; nie pozwalajmy regule wyjątku ujarzmić i podporządkować. Nie, wyjątek NIGDY nie potwierdza reguły, chyba że przytnie mu się pazury, zamknie w klatce i wytresuje.
(t)

sobota, 2 stycznia 2010

Lewica jednowymiarowa

Tekst Rafała Majki "Lewica bez etyki?" wywołał na Lewica.pl dość żywą dyskusję, chociaż nietrudno zauważyć, że większość komentatorów albo jego argumentów nie rozumie, albo jest im (często z góry) przeciwna. Podobnie ma się rzecz z polemiką Piotra Ciszewskiego "Lewica moralizatorska", w której, niestety, merytorycznej polemiki jest jak na lekarstwo. Zasadnicza strategia retoryczna Ciszewskiego (dość charakterystyczna dla "polskiej szkoły erystyki") polega na tym, żeby zdyskredytować oponenta, zaszufladkować go, a następnie powtórzyć swoje, nie odnosząc się do istoty jego myśli. I tak Majce została przypięta łatka młodego (rzeczywiście, o 3 lata młodszego od Ciszewskiego), niedojrzałego lewicowca, który dał się zwieść neoliberalnemu dyskursowi, bezkrytycznie kupuje podrzucane przez neoliberalne media tematy obyczajowe, "uprawia radosną kontrkulturową kontestację" i nie rozumie istoty problemu. Pomimo swego niedouczenia (takich młodych trzeba edukować, twierdzi Ciszewski), Majka jest (w nie do końca sprecyzowany sposób) powiązany z oderwanymi od rzeczywistości akademickimi salonami i ich przeintelektualizowaną, niezrozumiałą dla przeciętnych ludzi nowomową. Na dokładkę Majka reprezentuje niewątpliwie klasę średnią, oderwaną od realnych problemów zwykłych ludzi.

Następnie Ciszewski przedstawia swoją – w moim mniemaniu niezwykle ograniczoną – wizję lewicowości. Tam gdzie Majka stara się zaproponować kompleksowe, wielowymiarowe spojrzenie na lewicowość, Ciszewski lansuje perspektywę jednowymiarową. Taka wizja spycha lewicowość na bardzo wąskie tory, co niezmiernie cieszy zarówno neoliberalny, jak i neokonserwatywny establishment w Polsce.

[Dla zainteresowanych -- ciąg dalszy tutaj.]
(t)