środa, 4 stycznia 2012

Nie być funkcjonariuszem

Zdarzyło mi się zasiadać ostatnio w pewnej komisji, która miała opiniować nadesłane wnioski, mniejsza o co. Otrzymałem wytyczne, wedle których należało je oceniać. W trakcie pracy zdałem sobie sprawę, jak sumiennie staram się trzymać owych wytycznych, których przecież w najmniejszym stopniu nie ustalałem i z którymi nawet nie do końca się zgadzam. No dobrze, nie pierwszy raz doskwiera mi głęboko normatywny charakter klasyfikowania i przyznawania ocen. Jednak tym razem w jakiś bardziej dotkliwy sposób niż zwykle uświadomiłem sobie, jak łatwo przychodzi mi stawanie się funkcjonariuszem. To ciekawe, jak szybko poczułem się zobowiązany do przestrzegania reguł, jak zacząłem samego siebie dyscyplinować i "spełniać swoją funkcję", jakkolwiek przygodną i tymczasową.

W pewnym amerykańskim sitcomie – na tyle, na ile mogłem odgadnąć, słysząc jedynie dialogi z sąsiedniego pomieszczenia – pokazano następującą historię: w firmie zmienia się szef, który najpierw nadaje portierom stopień sierżanta i ubiera ich w stosowne mundury, a następnie zwalnia "starych" pracowników z pionu kierowniczego. Jeden z byłych pracowników próbuje umówić się na spotkanie z nowym szefem, żeby prosić go o ponowne zatrudnienie, ale dowiaduje się od portiera, że zgodnie z zarządzeniem nowych władz nie ma prawa wstępu na teren firmy. Jednak pywatnie portier jest po stronie byłego kierownika i podrzuca mu różne pomysły, jak dostać się do szefa. (Komizm sytuacji wynika głównie z przesadnego sposobu, w jaki portier-sierżant odgrywa swoją podwójną rolę.) Mężczyzna jest zdezorientowany, ale portier tłumaczy mu, że kiedy patrzy w kamerę monitorującą (z której obraz transmitowany jest prosto do gabinetu szefa), to jest sierżantem Jones, który musi trzymać się regulaminu, ale kiedy odwraca się od kamery, to jest jego starym kumplem i chce mu pomóc.

Jest w tej scenie uchwycona ciekawa, choć może nieszczególnie oryginalna, obserwacja dotycząca "bycia funkcjonariuszem". Poprzez symboliczny awans (stopień, mundur) portier staje się niejako "dłużnikiem" nowego szefa (i szerzej, pewnego porządku) i spłaca swój dług rygorystycznie wypełniając swoje obowiązki - nawet wtedy, kiedy prywatnie się z nimi nie zgadza. Nadanie funkcji powoduje rozdwojenie, oddziela "prywatną osobę" (niech już będzie to nielubiane przeze mnie określenie, z braku lepszego) od nobilitującej funkcji. Nie od rzeczy będzie przywołanie w tym miejscu słynnego eksperymentu Philipa Zimbardo z 1971, kiedy to uczestnicy poproszeni o odgrywanie strażników więziennych nadspodziewanie głęboko weszli w swoje role, mimo że byli przecież świadomi fikcyjności całej sytuacji. (Dotyczyło to także "więźniów", którzy również stali się "funkcją" tego sztucznego systemu więziennego.)

Naiwne byłoby twierdzenie, że możliwe jest istnienie poza wszelką funkcjonalizacją. Pozostajemy (nieuchronnie?) funkcjonariuszami Rodziny, Instytucji, Organizacji, Państwa, Kapitału, Rewolucji, Języka, czy wreszcie Podmiotu, którym staliśmy się z nadania Systemu (stając się tym samym jego dłużnikami). Uniknąć funkcjonalizacji można jedynie będąc nikim; bycie Kimś zakłada posiadanie funkcji. Ale możliwe jest przecież kontestowanie konkretnych trybów i mechanizmów funkcjonalizacji (zwłaszcza tych, które prowadzą do określonej hierarchizacji przestrzeni społecznej). Zdarzają się dysfunkcje – w nich cała nadzieja i cały strach.

Brytyjska kapela Outsight nagrała ostatnio utwór pt. "Function":

Outsight - Function by Outsight

The world has decided
Now I can't compete
I need a function that can make me complete

Nadana funkcja jest dopełnieniem, czymś w rodzaju pieczęci, która legitymizuje jednostkę do pełnowartościowego społecznego istnienia. Wartościowe jest jedynie pozostawanie organiczną częścią Ustroju o określonej funkcji. W każdym innym wypadku wypadasz poza obowiązującą ekonomię, stajesz się niewidoczny albo widoczny jedynie jako pasożyt/ciało obce/odpad.*

Sztuka jest jedną z tych niewielu przestrzeni, gdzie możliwe stają się alternatywne ekonomie/aksjologie, gdzie defunkcjonalizacja ma większe znaczenie niż funkcjonalizacja (co nie znaczy, że w zinstytucjonalizowanym świecie sztuki nie roi się od funkcjonariuszy!). Kiedy np. Miron Białoszewski celebruje połamane krzesło albo "szarą nagą jamę" po starym piecu, to wywraca tradycyjne aksjologie do góry nogami, redefiniując (choćby na potrzeby jednego wiersza) pojęcia (nie)funkcjonalności, (bez)użyteczności, (bez)wartościowości.

Nie potrafię nie chcieć nie być funkcjonariuszem.

[Na powiązany temat patrz też tutaj.]

--------------------------
* Być może Agambenowskie pojęcie "nagiego życia" da się zdefiniować jako to, co pozostaje z życia po odjęciu od niego wszelkiej funkcji.
(t)

niedziela, 25 grudnia 2011

Przypowieść diakrytyczna

W starożytnym alfabecie, którym zapisane są nasze święte księgi, mnogość znaków diakrytycznych przyczynia się do niezwykłego bogactwa i zniuansowania znaczeń, nie wspominając już o walorach estetycznych; jednocześnie jednak nakazuje najwyższą ostrożność i staranność przy odczytywaniu tekstu. Na szczęście filologia, teologia i inne pokrewne dyscypliny osiągnęły tak wysoki poziom zaawansowania, że święte wersety niemal nie kryją przed nami tajemnic.

Może tylko jedna kwestia spędza zakurzonym bibliotecznym molom sen z powiek. Niestety, w kluczowym miejscu księgi, w najważniejszym wyrazie, niedbały skryba (być może po całonocnej libacji, o jakich wspominają apokryfy) zapisał drżącą ręką ogonek w taki sposób, że nie sposób doprawdy odgadnąć, czy skierowany jest w prawą, czy w lewą stronę. Są tacy, którzy spoglądając na ów diakrytyk z określonego punktu widzenia są przekonani, że ogonek wykręca się lekko w lewo, a jeśli tak jest w istocie, to biada nam! Wówczas sens świętej księgi ulega nagłej autonegacji, a cały wszechświat okazuje się ponurym, absurdalnym żartem, wymysłem oszalałych bogów, nieokiełznanym chaosem ukrytym pod cienką maską rzekomego sensu. Większość uczonych jest jednak zdania, że ogonek jest zwrócony minimalnie w prawo (przynajmniej jeśli spojrzeć nań pod właściwym kątem), a wówczas jesteśmy uratowani! Świat jest miejscem pełnym sensu, nadziei i szczęśliwości, a kluczem do poznania rządzącej nim Reguły jest tekst naszej świętej księgi.

Spory między filologami, filozofami i teologami wydają się nie mieć końca.

------------------------------
GLOSSA (wiele stuleci później)
Należy stanowczo wykluczyć nieprawomyślną hipotezę, jakoby kluczowe zdanie z księgi brzmiało: "Oto przynoszę wam lek" lub - w konkurencyjnej interpretacji - "Oto przynoszę wam lęk". Jak powiada tekst powyżej, spór toczy się o orientację ogonka, nie zaś o jego obecność lub brak. Filologiczna dokładność ponad wszystko!
(t)

sobota, 26 listopada 2011

Liberalna utopia i jej radykalizmy

Wyjaśniałem komuś ostatnio, dlaczego, otrzymawszy zaproszenie, nie wziąłem udziału w jubileuszu pewnej publicznej instytucji. Otóż program obchodów rozpoczynał się od nabożeństwa w kościele, co jest dziś raczej regułą niż wyjątkiem przy takich okazjach. Gdyby np. jakieś katolickie stowarzyszenie działające w ramach owej instytucji – argumentowałem – chciało w ten sposób uczcić rocznicę, nie miałbym nic przeciwko temu, jednak włączenie religijnej ceremonii do programu oficjalnych obchodów tej skądinąd świeckiej instytucji uznać należy za przejaw, jeśli nie dyskryminacji, to przynajmniej rażącego niezachowania neutralności światopoglądowej ze strony władz owej instytucji. W pewnym sensie poczułem się wykluczony i – paradoksalnie – NIEzaproszony.

Nic nowego, prawda? To dość standardowy argument, który dotyczy również np. obecności krzyża w sejmie. Argument w pewnym zakresie ze wszech miar słuszny, tym niemniej...

Tym niemniej uważam, że za takim argumentem stoi zinternalizowana, liberalna tęsknota za systemem, w którym władza ma być neutralnym moderatorem i regulatorem różnych grup społecznych i rożnych światopoglądów, sama stawiając się ponad podziałem, konfliktem i różnicą.* W takim porządku społeczno-politycznym różnica staje się "sprawą prywatną", choć oczywiście wokół konkretnych "grup interesu" organizują się siły nacisku, formułowane są określone żądania itp. Innymi słowy, przy stole negocjacyjnym obok siebie mają zasiąść na równych prawach fundamentaliści katoliccy i ateiści, pedały i kryptofaszyści, zwolennicy i przeciwnicy aborcji – a przede wszystkim "zdoworozsądkowa większość", która i tak w zasadzie o wszystkim decyduje. Jest to wizja, którą - pomimo nieustannego odwoływania się do "pragmatyzmu" - z powodzeniem można nazwać liberalną utopią.

W tym systemie jedną z kluczowych kwestii politycznych jest decydowanie, co należy do sfery prywatnej, a co do publicznej. Dotyczy to np. wielu kwestii związanych z płcią i seksualnością, ale także z religijnością. (Warto w tym miejscu wspomnieć, że "prywatne" wyznawanie ideologii faszystowskiej nie jest prawnie zabronione, zakazane jest jedynie propagowanie faszyzmu.) Jednym słowem, jedną z podstawowych kwestii w liberalnym środowisku politycznym jest decydowanie, kto i co ma robić "w domu po kryjomu", a co należy włączyć pod regulacyjne działania władzy. Ta dusząca alternatywa wydaje się jedynym wyborem, jaki daje nam obecny system, ufundowany na ścisłym podziale na prywatne i publiczne.

W rzeczywistości władza nigdy nie jest i może być neutralna. Nie tylko dlatego, że sprawują ją konkretne osoby, o konkretnych przekonaniach i cechach osobowościowych.** Brak neutralności objawia się już na podstawowym, strukturalnym poziomie: instytucje państwowe nie podważają przecież (z niesłychanie rzadkimi wyjątkami) swojej legitymizacji, a już samo istnienie struktur państwowych nie jest przecież zjawiskiem "neutralnym", czego najbardziej świadomi są anarchiści (względnie libertarianie). Instytucje państwowe a priori uznają istnienie państwa za niepodważalną wartość; a przecież sama idea państwa oraz jego konstytucyjny kształt nie są "niewinne" i nie wzięły się znikąd, są efektem historycznych procesów (patrz np. tutaj). W sytuacji zagrożenia struktury państwa będą przede wszystkim broniły samych siebie, swojego trwania, często wbrew celom, dla których zostały powołane (mówiąc patetycznie: wbrew "woli ludu").

Mały antyliberalny diabeł, który we mnie siedzi, nakazuje mi zatem okazywać pewną dozę zrozumienia dla fundamentalistycznych (nie "zliberałowionych") katolików, którzy na taką pozycję przy wspólnym negocjacyjnym stole – ufundowanym przez liberalną utopię – nie chcą się zgodzić. Tak jak nie zgadzają się na nią anarchiści, "lewacy", a nawet radylalni narodowcy – a zatem ci wszyscy, których system uznaje (nie bez przyczyny) za siły "antysystemowe". Dostrzegam wręcz pewną formalną (choć być może również historyczną) zbieżność pomiędzy misyjnością chrześcijaństwa a misyjnością rewolucyjnych ruchów świeckich, takich jak marksizm czy anarchizm: nie chodzi w nich o przekonanie innych uczestników "debaty publicznej" do swoich racji, ale o zerwanie obecnego porządku i zaprowadzenie porządku zupełnie innego. Paradoksalnie więc pod względem treści głoszonych poglądów, wyznawanych wartości itp. lewicowcom zazwyczaj bliżej do liberalizmu, jednak pod względem czysto formalnym (relacji do władzy, do porządku społeczno-prawnego) radykalnej lewicy (i innym kontestującym ruchom) bliżej do wojującego katolicyzmu (czego nie piszę bynajmniej w intencji podważania działań i założeń radykalnej lewicy). Oczywiście powyższe stwierdzenie nie jest w żadnym wypadku równoznaczne z tezą, że z fomalnego punktu widzenia pozycje np. anarchistów i fundementalistów religijnych wobec porządku władzy są identyczne, bo w oczywisty sposób nie są.

Kontynuując rozważania z wcześniejszych wpisów, połączyłbym kwestię "liberalnej utopii" oraz rozmaitych podważających ją "radykalizmów" z kwestią dyskursywnego i instytucjonalnego konstruowania "wspólnego dobra". Bez wątpienia głównymi modelami "wspólnego dobra" w dzisiejszym świecie pozostają państwo narodowe i wspólnota religijna, uzupełniane wspólnotami tworzącymi się wokół pewnej Sprawy (emancypacja kobiet, walka o prawa obywatelskie dla wykluczonych, ruch robotniczy itp.). Zasugerowałem już kiedyś, że za uniwersalizmem liberalnego humanizmu stoi między innymi chrześcijańska tradycja włączania wszystkiego i wszystkich, apriorycznie, w pewien porządek, pewne symboliczne imperium "powszechnego dobra". Wspomniałem też o różnicy między katolicyzmem oświeconym, nowoczesnym, który "modli się" za każdego i wszystkich, tym samym wykonując symboliczny gest zagarnięcia, oraz katolicyzmem "pogańskim", wojującym, który chciałby narzucić swój porządek siłowo; ten drugi każe mi się nawrócić (a przynajmniej uznać symboliczny porządek, który narzuca), w przeciwnym zaś wypadku grozi mi wyeliminowaniem – jeśli nie fizycznym, tak jak w przeszłości bywało, to przynajmniej symbolicznym wyrzuceniem poza nawias (np. poza wspólnotę narodowo-katolicką).

Te podejścia nie są zresztą całkowicie sprzeczne, są jedynie dwiema różnymi interpretacjami chrześcijańskiego uniwersalizmu oraz idei "zbawialności"; w obydwu przypadkach efekt końcowy jest taki, że wszyscy, w ten czy inny sposob, mają być katolikami. Jednak w pierwszym wypadku staję się katolikiem in spe – jeśli nie przez formalny związek z kościołem, to przynajmniej przez uczestnictwo we "wspólnym dobru" bez kontestowania jego zasadniczych wartości; natomiast w drugim katolikami będą wszyscy, którzy ostaną się we wspólnocie po przeprowadzeniu serii czystek i po zniszczeniu każdego wroga, zewnętrznego i wewnętrznego. Pierwsza postawa zakłada, że potencjalnie zawsze jestem zbawialny, a więc nigdy nie należy mnie radykalnie wykluczyć (wręcz przeciwnie: należy mnie radykalnie wkluczyć, nie pozostawiając mi opcji samowykluczenia); natomiast druga postawa, po uznaniu mnie za niezbawialnego, traktuje mnie jak wroga, którego należy w ten czy inny sposób wyeliminować.

W uproszczeniu można by powiedzieć, że radykalizmy zaczynają się tam, gdzie istnieje sprzeciw wobec przymusowego (apriorycznego) włączenia do "wspólnego dobra".*** (Ujmując rzecz z większą finezją: sprzeciw wobec radykalnego wkluczenia może być sprzeciwem wobec systemu, który pomimo dyskursywnego, symbolicznego "wszech-wkluczenia", w istocie rzeczy dokonuje serii "niewidzialnych" wykluczeń.) A czy za tym sprzeciwem stoi idea innego hegemonicznego projektu, skłonnego do radykalnych wkluczeń i wykluczeń, czy raczej próba rozbicia każdej totalizującej hegemonii i zniesienia logiki wkluczania i wykluczania, to już osobna sprawa.

---------------------
* Oczywiście konflikt i różnica nie mogą być całkowicie wyrugowane z życia społeczno-politycznego, mogą natomiast zostać wprzęgnięte w systemową, samoregulującą się maszynę, zwłaszcza w postaci systemu partyjno-parlamentarnego (albo, innymi słowy: celem liberalnego reżimu jest pacyfikacja konfliktu i różnicy). Trudno sobie jednak wyobrazić, żeby np. anarchiści wystartowali w wyborach, głosząc potrzebę rozwiązania parlamentu i innych struktur państwowych.

** Za najbardziej "neutralny" urząd przejęło się uważać w Polsce urząd prezydencki. Utarło się przekonanie, że im prezydent bardziej bezstronny i nieupartyjniony, tym lepiej; że jego zadaniem jest mediowanie i godzenie sprzecznych żądań; oczekuje się wreszcie, że sam potrafi wznieść się ponad własne, osobiste przekonania. Cała ta mistyka otaczająca urząd prezydencki jest, rzecz jasna, symtpomem liberalnej utopii.

*** Innymi słowy, radykalizmy zakładają pewien nihilizm czy negatywizm, stojący w opozycji do powszechnej pozytywności narzuconej przez Imperium.

[t]