czwartek, 16 czerwca 2016
nie ma równości bez solidarności z ofiarami przemocy
minął ponad miesiąc od oświadczenia Queerowego Maja w sprawie pobicia Tomka Sikory w Coconie i nikt z organizatorów i organizatorek się do tej pory z nami nie skontaktował, aby wysłuchać relacji Tomka czy poinformować, jak Cocon odnosi lub też zamierza odnieść się do zaistniałej sytuacji. mimo że chęć spotkania o takim charakterze deklarowano zarówno oficjalnie, jak i w prywatnej korespondencji.
na Marszu Równości nikt z organizatorów i organizatorek Queerowego Maja nie podszedł do Tomka, by zamienić z nim choćby kilka zdań i pokazać twarzą w twarz swoją solidarność; zapytać, jak się czuje po burzy na portalach społecznościowych, która rozpętała się po opublikowaniu przez niego oświadczenia ws. Coconu – byli bowiem tacy aktywiści i aktywistki LGBT, którzy uznali Tomka za agresora i sabotażystę.
nikt nie podszedł do Tomka, mimo że wiele osób nas widziało (trzymaliśmy transparent: „nie ma równości bez solidarności z ofiarami przemocy”). niektóre osoby, bardzo aktywne w napastliwym odpytywaniu Tomka na fejsie z motywacji ujawnienia się jako ofiara przemocy „akurat teraz”, gapiły się na nas tak, jakbyśmy przyszli przebrani za krokodyle. nikt jednak nie podszedł.
było to dziwne i smutne. fakt, że nikt nie podszedł i nie zagadał. już nawet nie wspomnę, że mogli zrobić sobie zdjęcie z Tomkiem na tle transparentu, wrzucić je na stronę i odpowiednio podpisać w geście solidarności. tak, byłby to gest. ale nikt nie pomyślał. było tyle dystrakcji wokół.
w dniu imprezy organizatorzy i organizatorki walnęli na fejsie bardzo entuzjastyczną notkę o imprezie. dopiero pod wpływem mojego komentarza, który został zresztą od razu skasowany, wpis przeedytowano z euforycznego zaproszenia na wpis informujący.
wydawało mi się, że skoro jednak postanowiono nie zmieniać miejsca imprezy pomarszowej, to naturalnym (pod względem etycznym) w zaistniałej sytuacji będzie to, że imprezę w Coconie się właśnie przemilczy. ale nie. Cocon reklamowano, jak gdyby nic takiego się tam nie stało. w pale mi się to nie mieściło. w QM działa tyle osób i żeby nikt nie pomyślał zawczasu, jakie to może robić wrażenie?
zresztą, szlag mnie trafił już w momencie, kiedy jeden z organizatorów i jedna z organizatorek na oświadczenie Tomka o tym, jak został potraktowany przez obsługę i właściciela Coconu, zareagowali rozgoryczeniem i złością, pisząc, że im też złe rzeczy się w życiu przytrafiły. to tak, jakby ofiara przemocy zadzwoniła do punktu pomocy, odebrała pani, która zniecierpliwionym głosem, wzruszając przy tym ramionami, poinformowałaby ją, że jej też w życiu nie jest lekko i że tak w ogóle wszyscy jesteśmy ofiarami.
była też celebrytka, Jej Perfekcyjność, która również – jak Queerowy Maj – nosi się z hasłami queeru na sztandarach. na swojej stronie internetowej po oświadczeniu Tomka opublikowała tekst, w którym pisze, że się z Tomkiem solidaryzuje, że przemoc trzeba napiętnować, ale również że Cocon to bardzo fajny klub i w ogóle jeden z najlepszych w Polsce.
nie podobał mi się ten tekst i zawarte w nim stwierdzenia, że ona w Coconie przemocy nie widziała; że jakby Tomek chciał zorganizować wydarzenie dotyczące walki z przemocą w ramach festiwalu, to by mógł; że ona jest przeciwko obwinianiu Queerowego Maja (tak, jakby Tomek to robił! gdzie czytanie ze zrozumieniem?).
zaoferowana pomoc sprowadziła się – jak się później okazało – do podpytania Coconu, czy Tomek jest na czarnej liście i poinformowania nas, że nie jest, że może przychodzić się tam bawić. nie mogłem w to uwierzyć.
oczywiście, jak to celebrytka – stawiła się na imprezie w Coconie, narobiła na niej zdjęć, napisała na swojej stronie miły tekst o tym, na jakiej to fajnej imprezie się bawiła, wrzuciła nawet fotę z właścicielem Coconu, podpisaną jego imieniem, z emotem z uśmiechniętą buźką.
jest to bardzo przykre, ale niestety powstaje wrażenie, że zarówno ładnie napisane oświadczenie Queerowego Maja, jak i „zaangażowany” tekst Jej Perfekcyjności były czymś, co – że się tak wyrażę – należało „odbębnić”. doraźna interwencja, którą wymuszały niejako okoliczności i funkcjonowanie wśród podobnych haseł. nie poszły za nią czyny.
dla mnie aktywizm społeczny nie redukuje się do czy też nie polega na nauczeniu się kilku dat z historii danego ruchu, opanowaniu queerowych form językowych, zorganizowaniu serii wydarzeń czy jakiegoś eventu lub głoszeniu głośno wszem i wobec, jak to zależy nam na przestrzeni z takimi a takimi ideami. raczej opiera się na wynikaniu słów z działania i działania ze słów. a tego niestety zabrakło w przypadku kolektywu Queerowy Maj oraz Jej Perfekcyjności.
(i żeby była jasność: nie obwiniamy ani Queerowego Maja, ani Jej Perfekcyjności za przemoc, która spotkała Tomka ze strony klienta klubu oraz tzw. ochroniarzy czy skandaliczne potraktowanie go przez menadżera, a następnie właściciela klubu, Janusza Marchwińskiego. ale jest nam przykro, że za słowami nie poszły czyny na miarę wizerunku, jaki te dwie instytucje, nazywające same siebie queerowymi, budują wokół siebie.)
R
poniedziałek, 9 maja 2016
KLUB COCON I PRZEMOC W ŚRODOWISKU LGBTQ
[tekst ukazał się oryginalnie na stronie Codziennika Feministycznego]
Jako wieloletni sympatyk i współpracownik Queerowego Maja, a także osoba od dawna aktywnie zaangażowana w rozwój teorii queer oraz aktywizmu queerowego w Polsce, z ogromnym rozczarowaniem przyjąłem do wiadomości informację, że tegoroczna impreza pomarszowa ma odbyć się w klubie Cocon.
W dniu 30 stycznia zostałem w tymże klubie wielokrotnie obrażony oraz dotkliwie pobity – najpierw przez jednego z klientów klubu, a następnie przez tzw. ochroniarzy. Sytuacji można było łatwo uniknąć, ponieważ nieodpowiednie zachowanie klienta zgłosiłem dużo wcześniej do tzw. menadżera klubu, który nie tylko zignorował moją interwencję, ale zrobił to w sposób, eufemistycznie mówiąc, niegrzeczny. O pobiciu została poinformowana policja, która przybyła na miejsce zdarzenia. Na oddziale SOR jednego z krakowskich szpitali lekarze poddali mnie szeregowi badań, w tym tomografii krtani, w związku z jej naruszeniem po bardzo silnym duszeniu. Poniosłem również dotkliwe straty psychiczne i moralne.
Skierowałem do właściciela klubu pisemne (odebrane) żądanie zadośćuczynienia, a następnie podjąłem próbę nawiązania kontaktu przez pocztę elektroniczną. Zaznaczę, że w ramach zadośćuczynienia zaproponowałem właścicielowi współudział w kampanii mającej na celu podnoszenie świadomości w zakresie środowiska LGBT/Q, a w szczególności wśród właścicieli i obsługi klubów, w odniesieniu do różnych form przemocy i strategii przeciwdziałania jej. Ze zgrozą obserwuję znaczny wzrost zachowań przemocowych w miejscach, które z założenia mają być LGBT/Q-friendly; w ostatnich latach wielokrotnie byłem świadkiem takich sytuacji w samym klubie Cocon (jedna z nich została opisana przez Evelinę Evelę, a także w innych miejscach LGBT/Q, co niewątpliwie związane jest z ogólnie rosnącym poziomem agresji symbolicznej i fizycznej w polskim społeczeństwie. A z jeszcze większą zgrozą obserwuję całkowite ignorowanie problemu, podczas gdy NA PRZEMOC NIE MOŻE BYĆ PRZYZWOLENIA.
Wracając do klubu Cocon – moje zgłoszenie musiało zostać odebrane przez właściciela klubu jako tak błahe, że nie zasłużyło nawet na żadną – choćby zdawkową – odpowiedź. Jest to ta sama osoba, która buduje wizerunek swój i swojego klubu na szczytnych ideach propagowania kultury LGBT/Q i takich wartości, jak tolerancja, otwartość i środowiskowe wsparcie. Jak sam powiada w niedawnym wywiadzie: „to jest miejsce, które spełnia rolę społeczną”, a osoba prowadząca wywiad chwali rozmówcę za „oswajanie nowoprzybyłych, zajmowanie się nimi, pokazywanie im tego, czym jest ta krakowska gejowskość klubowa”. W kontekście całkowitego lekceważenia powtarzających się w klubie i zgłaszanych do kierownictwa sytuacji przemocowych, odniesienie do „solidarności” i „równości” w haśle Queerowego Maja brzmi, niestety, jak ponury żart.
Szczerze żałuję, że zostałem zmuszony do napisania tego oświadczenia. Byłem klientem klubu Cocon (a wcześniej także klubu Queer) od samego początku jego istnienia i łączył mnie z tym miejscem duży sentyment. Co więcej, uważam, że takie miejsce jest w Krakowie bardzo potrzebne, o ile oczywiście będzie to lokal bezpieczny i rozsądnie zarządzany. W obecnej chwili klub Cocon nie jest, w mojej ocenie, miejscem, w którym dba się o bezpieczeństwo i komfort klientów (a raczej – dba się o bezpieczeństwo i komfort WYBRANYCH klientów). A zatem ani w imprezie pomarszowej, ani w żadnej innej uczestniczyć nie będę (a wręcz – jako osoba z czarnej listy – zapewne nie mogę), przynajmniej do czasu, gdy właściciel i obsługa klubu nie wykażą się FAKTYCZNYM ZAANGAŻOWANIEM W PRZECIWDZIAŁANIE PRZEMOCY.
Szkoda, że obok warsztatów tańca i wegańskiej kuchni nie starczyło w Queerowym Maju miejsca na tak poważną kwestię, jak przemoc wewnątrzśrodowiskowa. Pomimo odmowy współpracy ze strony właściciela klubu Cocon, mam szczerą nadzieję, że znajdą się osoby chętne wspomóc (finansowo, merytorycznie i aktywistycznie) antyprzemocową kampanię, którą planuję zorganizować, kiedy tylko pozwolą mi na to obowiązki służbowe (więcej informacji na jej temat, wraz z ogólną refleksją na temat „niewidzialności” przemocy, zamieszczę wkrótce na wybranych portalach środowiskowych). Niewykluczone, że w efekcie wspomnianej kampanii znajdzie się w przyszłorocznym Queerowym Maju miejsce dla tego ze wszech miar ważnego tematu.
dr hab. Tomasz Sikora
naukowiec, dydaktyk, queerowiec, współredaktor queerowego czasopisma InterAlia
Jako wieloletni sympatyk i współpracownik Queerowego Maja, a także osoba od dawna aktywnie zaangażowana w rozwój teorii queer oraz aktywizmu queerowego w Polsce, z ogromnym rozczarowaniem przyjąłem do wiadomości informację, że tegoroczna impreza pomarszowa ma odbyć się w klubie Cocon.
W dniu 30 stycznia zostałem w tymże klubie wielokrotnie obrażony oraz dotkliwie pobity – najpierw przez jednego z klientów klubu, a następnie przez tzw. ochroniarzy. Sytuacji można było łatwo uniknąć, ponieważ nieodpowiednie zachowanie klienta zgłosiłem dużo wcześniej do tzw. menadżera klubu, który nie tylko zignorował moją interwencję, ale zrobił to w sposób, eufemistycznie mówiąc, niegrzeczny. O pobiciu została poinformowana policja, która przybyła na miejsce zdarzenia. Na oddziale SOR jednego z krakowskich szpitali lekarze poddali mnie szeregowi badań, w tym tomografii krtani, w związku z jej naruszeniem po bardzo silnym duszeniu. Poniosłem również dotkliwe straty psychiczne i moralne.
Skierowałem do właściciela klubu pisemne (odebrane) żądanie zadośćuczynienia, a następnie podjąłem próbę nawiązania kontaktu przez pocztę elektroniczną. Zaznaczę, że w ramach zadośćuczynienia zaproponowałem właścicielowi współudział w kampanii mającej na celu podnoszenie świadomości w zakresie środowiska LGBT/Q, a w szczególności wśród właścicieli i obsługi klubów, w odniesieniu do różnych form przemocy i strategii przeciwdziałania jej. Ze zgrozą obserwuję znaczny wzrost zachowań przemocowych w miejscach, które z założenia mają być LGBT/Q-friendly; w ostatnich latach wielokrotnie byłem świadkiem takich sytuacji w samym klubie Cocon (jedna z nich została opisana przez Evelinę Evelę, a także w innych miejscach LGBT/Q, co niewątpliwie związane jest z ogólnie rosnącym poziomem agresji symbolicznej i fizycznej w polskim społeczeństwie. A z jeszcze większą zgrozą obserwuję całkowite ignorowanie problemu, podczas gdy NA PRZEMOC NIE MOŻE BYĆ PRZYZWOLENIA.
Wracając do klubu Cocon – moje zgłoszenie musiało zostać odebrane przez właściciela klubu jako tak błahe, że nie zasłużyło nawet na żadną – choćby zdawkową – odpowiedź. Jest to ta sama osoba, która buduje wizerunek swój i swojego klubu na szczytnych ideach propagowania kultury LGBT/Q i takich wartości, jak tolerancja, otwartość i środowiskowe wsparcie. Jak sam powiada w niedawnym wywiadzie: „to jest miejsce, które spełnia rolę społeczną”, a osoba prowadząca wywiad chwali rozmówcę za „oswajanie nowoprzybyłych, zajmowanie się nimi, pokazywanie im tego, czym jest ta krakowska gejowskość klubowa”. W kontekście całkowitego lekceważenia powtarzających się w klubie i zgłaszanych do kierownictwa sytuacji przemocowych, odniesienie do „solidarności” i „równości” w haśle Queerowego Maja brzmi, niestety, jak ponury żart.
Szczerze żałuję, że zostałem zmuszony do napisania tego oświadczenia. Byłem klientem klubu Cocon (a wcześniej także klubu Queer) od samego początku jego istnienia i łączył mnie z tym miejscem duży sentyment. Co więcej, uważam, że takie miejsce jest w Krakowie bardzo potrzebne, o ile oczywiście będzie to lokal bezpieczny i rozsądnie zarządzany. W obecnej chwili klub Cocon nie jest, w mojej ocenie, miejscem, w którym dba się o bezpieczeństwo i komfort klientów (a raczej – dba się o bezpieczeństwo i komfort WYBRANYCH klientów). A zatem ani w imprezie pomarszowej, ani w żadnej innej uczestniczyć nie będę (a wręcz – jako osoba z czarnej listy – zapewne nie mogę), przynajmniej do czasu, gdy właściciel i obsługa klubu nie wykażą się FAKTYCZNYM ZAANGAŻOWANIEM W PRZECIWDZIAŁANIE PRZEMOCY.
Szkoda, że obok warsztatów tańca i wegańskiej kuchni nie starczyło w Queerowym Maju miejsca na tak poważną kwestię, jak przemoc wewnątrzśrodowiskowa. Pomimo odmowy współpracy ze strony właściciela klubu Cocon, mam szczerą nadzieję, że znajdą się osoby chętne wspomóc (finansowo, merytorycznie i aktywistycznie) antyprzemocową kampanię, którą planuję zorganizować, kiedy tylko pozwolą mi na to obowiązki służbowe (więcej informacji na jej temat, wraz z ogólną refleksją na temat „niewidzialności” przemocy, zamieszczę wkrótce na wybranych portalach środowiskowych). Niewykluczone, że w efekcie wspomnianej kampanii znajdzie się w przyszłorocznym Queerowym Maju miejsce dla tego ze wszech miar ważnego tematu.
dr hab. Tomasz Sikora
naukowiec, dydaktyk, queerowiec, współredaktor queerowego czasopisma InterAlia
piątek, 31 października 2014
Gejowskie rekonceptualizacje męskości - aktywni geje lubiący być dominowani
W Gdańsku na
konferencji pt. „Seksualność, męskość, edukacja. Panika moralna 2013/2014”
miałem wystąpienie o rekonceptualizacji męskości w społecznościach gejowskich.
Przygotowałem dwa, dosyć zajmujące, przykłady, jednak ze względu na
ograniczenia czasowe byłem w stanie zaprezentować tylko jeden – czyli to, jak
pasywna męskość gejowska jest przepisywana w postsubkulturze bareback (patrz
poprzedni wpis i mój artykuł o barebacku i fetyszyzacji seksu bezzabezpieczenia).
Drugim przykładem, na
który wpadłem na zasadzie obserwacji uczestniczącej na gejowskich portalach społecznościowych
czy (seks)randowych czy w (seks)klubach gejowskich, są geje lub biseksualiści,
którzy identyfikują się jako „aktywni”: mówią lub piszą, że w seksie analnym są
tylko penetrujący, a w seksie oralnym są tymi, którym się obciąga. Nie jara ich
zupełnie obciąganie gejowi, który identyfikuje się jako „pasywny”, „bardziej
pasywny” czy nawet „uniwersalny”, nawet jeśli miałby on sprzęt imponujących
rozmiarów. Jednak lubią od czasu do czasu być zdominowani przez (męskiego)
geja-aktywa lub biseksa-aktywa: nawet do tego stopnia, że w tych seksualnych
praktykach przyjmują pozycję „suki” czy „szmaty” (w ten sposób określa się
bardzo uległych, pasywnych gejów). Niektórzy są w stanie nawet w seksie analnym
przyjąć pozycję „penetrowanego”. Zupełnie jednak nie myślą o sobie w
kategoriach „uniwersalni” czy „pasywni w seksie z aktywnym”.
Zastanawia zatem, czy można użyć w odniesieniu do
pozycji, jaką zajmują (od czasu do czasu) w seksie z „aktywkiem”, terminu
„pasywność”, skoro w gejowskiej społecznej ekonomii seksualnej identyfikują się
jako „aktywni”. Czy praktykę tę można interpretować jako kulturową formę oporu?
– sposób na zbudowanie gejowskiej społecznej relacji seksualnej poza dosyć
mizoginicznym imaginarium (męskiej) aktywności i (żeńskiej) pasywności,
funkcjonującym w heteronormatywnej kulturze głównej; imaginarium, które poprzez
procesy socjalizacji jest niejako wdrukowywane w każdą i każdego w kulturze
zachodniej, a z którym to imaginarium grupy mniejszościowe muszą ciągle
negocjować czy – właśnie – stawiać mu opór, próbując wypracowywać własne
imaginaria. Dochodzi tutaj jednakże do fetyszyzacji normatywnej, hegemonicznej
(hetero)męskości, męskości „aktywnej”, męskości dominującej i agresywnej seksualnie;
i do wymazania wszelkich odniesień do nacechowanej negatywnie w
heteronormatywnej kulturze głównej pasywności.
Z jednej strony więc taką praktykę aktywów lubiących być zdominowanymi i penetrowanymi oralnie i analnie jak „suki” czy „szmaty” przez innych (męskich) aktywów można by interpretować jako kulturowe wypracowywanie nowej gejowskiej ekonomii seksualnej poza heteronormatywną siatką zachodniej kultury („męskość”/ „zniewieściałość”). Z drugiej strony widać, że ta rekonceptualizacja ma swoją cenę – wzmocnienie hegemonicznych praktyk męskości i dalsze odrzucenie, identyfikowanej kulturowo z kobiecością, zniewieściałej i słabej pasywności.
Z jednej strony więc taką praktykę aktywów lubiących być zdominowanymi i penetrowanymi oralnie i analnie jak „suki” czy „szmaty” przez innych (męskich) aktywów można by interpretować jako kulturowe wypracowywanie nowej gejowskiej ekonomii seksualnej poza heteronormatywną siatką zachodniej kultury („męskość”/ „zniewieściałość”). Z drugiej strony widać, że ta rekonceptualizacja ma swoją cenę – wzmocnienie hegemonicznych praktyk męskości i dalsze odrzucenie, identyfikowanej kulturowo z kobiecością, zniewieściałej i słabej pasywności.
r
środa, 6 sierpnia 2014
Poza "bezpieczniejszym seksem" - bareback i fetyszyzacja seksu bez zabezpieczenia
Na stronie czasopisma naukowego InterAlia: A Journal of Queer Studies ukazał się artykuł Rafała Majki pt. Poza "bezpieczniejszym seksem" - bareback i fetyszyzacja seksu bez zabezpieczenia.
Poniżej fragment o tym, w jaki sposób społeczność bareback rekonceptualizuje mękość gejowską. Cały artykuł można przeczytać tutaj.
[77] T. Dean, op. cit., ss. 38-39. Tłumaczenie własne - RM.
[78] Ibidem, s. 50.
[79] Ibidem. Kursywa w oryginale. Tłumaczenie własne - RM. W żargonie bareback „świnią” [pig] nazywa się „mężczyznę, który uwielbia uprawiać seks do upadłego z tyloma różnymi mężczyznami, z iloma tylko może, często w formie seksu grupowego, praktykując bareback, «sporty wodne», fistingi SM (. . .)” (T. Dean, op. cit., s. 49).
[80] W dyskursie hetero męskości, wobec którego różnicuje się dyskurs postsubkultury bareback, „prawdziwy mężczyzna” buduje i podkreśla swoją (hegemoniczną) męskość w binarnej relacji dominacja/podporządkowanie, instalując siebie na pozycji władzy/siły, a negując te przymioty u jednostki naprzeciwko której, a raczej ponad którą, się ontologicznie usadawia.
r
wtorek, 6 maja 2014
Siusiu w torcik
Wypuszczony
niedawno spot KPH promujący ideę związków
partnerskich wywołuje mój wisceralny sprzeciw. Nie chodzi nawet o samą ideę –
to osobny, duży temat; jestem w stanie wyobrazić sobie taką przebudowę porządku
prawnego, żeby jakiś rodzaj związków był w nim sankcjonowany,
skoro wiele osób odczuwa taką potrzebę. Chodzi mi raczej o estetyczne,
polityczne i etyczne implikacje rzeczonego filmiku.
Kiedy piszę o
wisceralnym sprzeciwie, to zaczyna się on od mojej reakcji na samą cukierkową
„powierzchnię” spotu, na warstwę wizualno-dźwiękową. Zdaję sobie sprawę, że
mainstreamowa estetyka rodem z reklamy miesiąca miodowego w Kazimierzu Dolnym
została dobrana celowo, z bardzo określonych powodów (do których zaraz wrócę).
Jednak nie mam wątpliwości, że możliwe jest zbudowanie warstwy estetycznej w
taki sposób, żeby była prosta i atrakcyjna, a jednocześnie niebanalna. Być może
bogaty dorobek estetyki campowej mógłby podsunąć twórcom/twórczyniom jakiś
ciekawy pomysł. Ale nie, wybrali estetykę możliwie najbardziej siermiężnej
polskiej telenoweli, bo i widownia, do której chcą trafić, to – jak nietrudno
się domyślić – widownia o mentalności serialowej (i nie mam, niestety, na myśli
tych naprawdę ciekawych – niestety niepolskich – seriali).
Każde dzieło
wizualne konstruuje czy też „ustawia” spojrzenie widza/ widzki (?). To nie
znaczy, że widzowie są nieuchronnie skazani na spojrzenie, które jest im
implikowane. Po pierwsze, nierzadko odbiorczyni/odbiorca jest z tego
implikowanego spojrzenia z założenia wyłączona/-y lub włączona/-y na bardzo
określonych zasadach, np. na zasadzie wyjątku potwierdzającego regułę; a po
drugie, każde dzieło można odczytać na przekór, wbrew tej tendencji, by
ustawiać podmioty i relacje w określony porządek symboliczno-społeczny. Jakie
więc spojrzenie implikuje spot „Najbliżsi Obcy”? Jest to spojrzenie przycięte
na miarę konserwatywnego Polaka i konserwatywnej Polki. Jest to – jak trafnie
zauważa w swoim felietonie Paulina Szkudlarek –
spojrzenie schlebiające heteropatriarchalnemu mężczyźnie, który infantylizuje
kobiety i pozwala sobie od czasu do czasu na małą fantazję erotyczną z
lesbijkami w roli głównej (patrz sterczący sutek w trzeciej sekundzie spotu).
Jest to spojrzenie dobrych, katolickich kobiet-matek, do których adresowana
jest afektywna strona spotu („biedne dziewczęta, przecież one chcą tylko być
szczęśliwe, czy to grzech?”). A na ogólniejszym poziomie: jest to spojrzenie
wytresowane przez TVN-owski Truman Show.
Żeby się zbytnio
nie rozwlekać, napiszę wprost, że strategia spotu to pod każdym względem
MAKSIMUM NORMALIZACJI. Temu strategicznemu celowi podporządkowane jest
dosłownie wszystko: wspomniana powyżej pastelowo-cukierkowa estetyka; serialowa reprezentacja
„codziennego życia”; nachalnie cisgenderowy model „dziewczęcości” (bo
chyba trudno mówić tu o „kobiecości”), a także młody wiek bohaterek, ich płeć
(para gejów byłaby na pewno trudniejsza do przełknięcia, nie wspominając o
osobach trans*), uroda, pełnosprawność, ogólna ekspresja (ubiór, mimika,
narracja). Ukoronowaniem tej strategii jest oczywiście fakt, że przez większą
część spotu widzowi i widzce sugeruje się, że piękna, młoda narratorka opowiada o
relacji z mężczyzną, co podkreśla dodatkowo męska forma wyrażenia „… z kimś
obcym”. Na koniec: BUM, mowa o lesbijkach! A wszystko było przecież tak samo,
jak w życiu, czyli jak w telenoweli: te uśmiechy, te kłótnie i pogodzenia, te
łzy, ten tort… Było po prostu do bólu normalnie. I owszem, ujawniony na końcu
jednopłciowy charakter związku narratorki wprowadza element różnicy – ale
różnicy wykastrowanej, zredukowanej, wygładzonej i maksymalnie przyciętej do konserwatywno-neoliberalnej
hetero-i homonormy.
Strategia
normalizacji to obecnie główna strategia mainstreamowych organizacji LGBT, więc
trudno się takiej wymowie spotu dziwić. Jego pomysłodawcy i twórczynie będą
zapewne argumentować, że spot miał trafić nie tyle do geja i lesbijki (a już
zwłaszcza nie do tych bardziej radykalnie myślących), ile do „przeciętnego
Polaka” i takowej Polki, a zatem trzeba do nich mówić językiem, jaki zrozumieją. Bo to od
ich poparcia będzie zależeć w przyszłości kwestia wprowadzenia ustawy o
związkach partnerskich. Dobrze, święte prawo organizacji definiować sobie cele
i strategie działania. Ale jednocześnie mam nadzieję, że pomysłodawczynie i twórcy
spotu nie będą zdziwieni, że część osób jakoś tam kojarzonych z literkami
„LGBT”, a zwłaszcza Q, będzie się czuła z takiej reprezentacji głęboko
wyOBCOwana. Bo w ogóle głównym problemem współczesnych porządków
kulturowo-politycznych jest fiksacja na punkcie reprezentacji. Spot KPH konstruuje
pewien zbiorowy podmiot, który po prostu nie istnieje – nie tylko ze względu na
ogromną różnorodność osób określanych (czy określających się) ogólną nazwą
LGBT/Q, ale przede wszystkim ze względu na promowanie obrazu odmieńczości,
który jest nade wszystko PROJEKCJĄ heteropatriarchalnego umysłu, na dodatek
podaną w ciężkostrawnym, wielkomiejsko-hipsterskim sosie.
W mojej krytyce
nie chodzi bynajmniej o szukanie takich reprezentacji, które byłyby
„prawdziwe”, a nie zniekształcone przez krzywe lustro heteropatriarchalnego
spojrzenia (nawet w jego bardziej liberalno-postępowej odmianie). To byłaby
błędna logika, prowadząca do kolejnych paradoksów i wykluczeń. Chodzi o to,
jaką wizję społeczną, polityczną i etyczną proponuje dany tekst kulturowy. W
założeniu twórców omawianego spotu chodzi niewątpliwie o promowanie społeczeństwa
otwartego i tolerancyjnego. Jakie więc zdziwienie musiał wywołać w think-tanku
KPH taki oto komentarz (podpisany Anhonime2) umieszczony pod spotem w
serwisie YouTube:
Ta kampania jest obrzydliwa. Nie dziwię się, że Polska jest takim zaściankowym krajem. Jest tu wyraźna implikacja, że osoby obce są gorsze względem tych, z którymi tworzymy prawnie wspólnotę (np. obywatelstwo jakiegoś kraju) = jawna KSENOFOBIA.Powinniśmy przestać portretować obcych jako jakichś gorszych, jeśli chcemy żyć w nowoczesnym społeczeństwie. Mi nie przeszkadza, że mój przyjaciel jest np. z Niemiec i nie ma obywatelstwa polskiego - wciąż jest moim przyjacielem i nie są mi potrzebne żadne regulacje prawne. Idea tej kampanii jest kompletnie odwrotna.O skrajnie cispłciowym modelu przedstawionej relacji nawet nie piszę, bo wyjdzie mi cała rozprawka.
Użytkownik
“Biuro KPH” odpowiedział ze smutną mineczką, że autor komentarza kompletnie nie
zrozumiał przesłania kampanii. A ja niestety obawiam się, że zrozumiał je
lepiej niż sami liderzy kampanii, którzy przy wszystkich swoich dobrych
intencjach (których im w najmniejszym stopniu nie odmawiam) nie potrafią wyjść
poza mentalny horyzont, który zakreśliła w ich głowach polska – niech już
będzie to słowo – zaściankowość. Jest dokładnie tak, jak pisze Anhonime2: spot
promuje etykę SWOJSKOŚCI i tym samym (jakkolwiek nieświadomie) uderza w inny
rodzaj etyki, który z braku lepszego określenia nazwałbym „ksenofilią” albo
etyką zorientowaną na obcość. Chodzi o kierunek ciążenia: czy stawiamy na
oswojenie/ „uswojskowienie”/ normalizację/ naturalizację odmieńczości – czyli
to, co robią wszystkie konserwatywne filozofie z prawa i lewa (tak tak, na
lewicy też nie brakuje takich postaw), czy raczej na alternatywną postawę, w
której to właśnie obcość – także obcość w nas samych – jest pierwotna i jako
taka stanowi punkt wyjścia do myślenia o relacjach społecznych. Kampania KPH
mówi: geje i lesbijki są NASI. To swojaki. W przeciwieństwie, oczywiście, do
wszystkich nie-swojaków. Ot, choćby promiskuitywnych gejów albo poliamorycznych
lesbijek. A nawet wojujących feministek, które nic tylko się czepiają
ładnej dziewczyny ze spotu. O nie, ci nie są fajni. Te nie są fajne. Tych
torcikiem nie poczęstujemy.
PS Przepraszam za mały plagiacik w
tytule postu, ale lepszy trudno było mi sobie wyobrazić...
[t]
Etykiety:
etyka,
gender,
heteronormatywność,
LGBTQ,
odmieńczość,
polityka,
prawo,
queer,
społeczeństwo,
tekst kulturowy
środa, 2 kwietnia 2014
Drżyjcie, heteroświnie!
[Przekład "manifestu" Michaela Swifta z 1987 r. Odczytywany dosłownie, tekst tej "gejowskiej fantazji" szybko stał się dla konserwatystów i fundamentalistów religijnych "niepodważalnym dowodem" na nikczemność odmieńców seksualnych, których prawdziwym -- choć zakamuflowanym -- celem jest zniszczenie rodziny, społeczeństwa, cywilizacji, ludzkości, naturalnego porządku rzeczy i w ogóle wszystkiego. Tekst ukazał się kilka lat temu na jednym z portali LGBT, jednak w tej chwili jest słabo dostępny ze względu na daleko posuniętą komercjalizację owego portalu i wprowadzenie opłat za dostęp do publikowanych tekstów.]
*
Zgwałcimy waszych synów, symbol
waszej kruchej męskości, waszych płytkich marzeń i prostackich kłamstw.
Uwiedziemy ich w waszych szkołach, w waszych internatach, w waszych siłowniach,
w waszych szatniach, w waszych halach sportowych, w waszych seminariach, w
waszych organizacjach młodzieżowych, w toaletach waszych kin, w waszych
wojskowych barakach, w waszych zajazdach dla kierowców ciężarówek, w waszych
klubach dla panów, w sejmach i senatach – wszędzie, gdzie mężczyźni są razem z
mężczyznami. Wasi synowie staną się naszymi posłusznymi sługami. Zostaną przerobieni
na nasz obraz i nasze podobieństwo. Będą nas łaknąć i wielbić.
Wy, kobiety, domagacie się
wolności. Mówicie, że mężczyźni już was nie zadawalają, że was
unieszczęśliwiają. My, koneserzy męskich rysów i męskiej sylwetki, odbierzemy
wam zatem waszych mężczyzn. Będziemy ich zabawiać, uczyć, przytulać, gdy
płaczą. Kobiety, mówicie, że wolicie żyć w swoim własnym gronie niż z
mężczyznami. Więc żyjcie w swoim gronie. Damy waszym mężczyznom rozkosz, jakiej
wcześniej nie znali, ponieważ my też jesteśmy przede wszystkim mężczyznami, a
tylko mężczyzna wie, jak naprawdę sprawić rozkosz drugiemu mężczyźnie; tylko
mężczyzna potrafi pojąć głębię i emocje, umysł i ciało drugiego mężczyzny.
Zniesione będą wszystkie prawa
zakazujące homoseksualizmu, a w ich miejsce zaczną obowiązywać ustawy
propagujące miłość między mężczyznami. Wszyscy homoseksualiści muszą trwać przy
sobie jak bracia: musimy zjednoczyć się artystycznie, społecznie, politycznie i
finansowo. Zwyciężymy tylko wówczas, gdy pokażemy bezwzględnemu heteroseksualnemu
wrogowi wspólne oblicze.
Jeśli odważycie się nazwać nas
ciotą, pedałem, zboczeńcem, wbijemy nóż w wasze tchórzliwe serca i zbezcześcimy
wasze martwe, rachityczne ciała.
Będziemy pisać wiersze o miłość
między mężczyznami; będziemy wystawiać sztuki, w których mężczyzna otwarcie
pieści mężczyznę; nakręcimy filmy o miłości między bohaterskimi mężczyznami,
które zastąpią te tanie, płytkie, sentymentalne, mdłe, niedojrzałe heteroseksualne
miłostki królujące na ekranach waszych kin. Wyrzeźbimy posągi pięknych
młodzieńców, dzielnych atletów, które staną w waszych parkach, na waszych
rynkach i placach. Muzea świata wypełnią się obrazami pełnych wdzięku, nagich
chłopaków.
Nasi pisarze i artyści uczynią z
miłości męsko-męskiej obowiązujący kanon mody; to dla nas nic trudnego,
ponieważ znamy się na kreowaniu stylu. Wyeliminujemy heteroseksualne związki
przy pomocy błyskotliwego dowcipu i ośmieszenia, bo są to metody, które opanowaliśmy
do perfekcji.
Zdemaskujemy możnych
homoseksualistów, którzy udają hetero. Ogarnie was szok i przerażenie, kiedy
okaże się, że wasi prezydenci i ich synowie, wasi przedsiębiorcy, senatorowie,
burmistrzowie, generałowie, sportowcy, gwiazdy filmowe, osobowości telewizyjne,
liderzy ruchów obywatelskich i wasi księża nie są tymi znanymi, burżuazyjnymi,
heteroseksualnymi postaciami, za które ich uważaliście. Jesteśmy wszędzie,
przeniknęliśmy do waszych szeregów. Uważajcie, gdy mówicie o homoseksualistach,
ponieważ zawsze jesteśmy między wami; być może siedzimy po drugiej stronie
biurka; być możemy śpimy z wami w tym samym łóżku.
Nie będzie kompromisów. Nie
jesteśmy słabeuszami z klasy średniej. Nasza inteligencja czyni z nas
naturalnych arystokratów rasy ludzkiej, a arystokraci o umysłach twardych jak
stal nigdy nie zadowolą się poślednim statusem. Ci, którzy się nam
przeciwstawiają, zostaną wygnani. Wzorem Mishimy utworzymy wielkie prywatne
armie, aby was pokonać. Podbijemy świat, ponieważ wojownicy natchnieni duchem i
połączeni węzłem miłości homoseksualnej są niezwyciężeni jak greccy żołnierze.
Komórka społeczna zwana rodziną –
wylęgarnia kłamstwa, zdrady, przeciętności, hipokryzji i przemocy – zostanie
obalona. Rodzina, która studzi wyobraźnię i ogranicza wolną wolę, musi zniknąć.
Genetyczne laboratoria będą wytwarzać i hodować idealnych chłopców. Będą oni żyć
we wspólnocie, wychowywani i kształceni przez homoseksualnych mędrców.
Wszystkie kościoły, które nas
potępiają, zostaną zamknięte. Naszymi jedynymi bogami są przystojni młodzieńcy.
Praktykujemy kult piękna, moralności i estetyki. Wszelka brzydota, pospolitość
i banał zostaną unicestwione. Nie dla nas konwenanse klasy średniej, możemy żyć
swobodnie, posłuszni jedynie czystej wyobraźni. Zbyt wiele to dla nas za mało.
W stworzonym przez nas wspaniałym
społeczeństwie rządy będzie sprawować elita złożona z gejowskich poetów. Jednym
z wymogów uzyskania wpływowej pozycji w tej nowej homoerotycznej społeczności
będzie oddawanie się greckiej namiętności. Każdy mężczyzna zarażony
heteroseksualną żądzą będzie automatycznie pozbawiony prawa do zajmowania
wpływowej pozycji. Wszystkie męskie osobniki, które w swojej głupocie będą uparcie
trwać przy swoim heteroseksualizmie, staną przed homoseksualnymi sądami i zostaną
skazani na niewidzialność.
Napiszemy historię od nowa, historię obnażającą wszystkie obrzydliwe
heteroseksualne kłamstwa i wypaczenia. Pokażemy homoseksualność wielkich
przywódców i myślicieli, którzy wpływali na kształt świata. Dowiedziemy, że homoseksualność,
inteligencja i wyobraźnia są ze sobą nierozerwalnie związane i że
homoseksualizm jest koniecznym warunkiem prawdziwej szlachetności i prawdziwego
piękna w człowieku.
Zwyciężymy, ponieważ powoduje nami wściekłość
i rozgoryczenie ludzi uciskanych, których przez wieki zmuszano do odgrywania
rzekomo epizodycznych ról w waszych durnych, heteroseksualnych spektaklach. My
też potrafimy strzelać i budować barykady ostatecznej rewolucji.
Drżyjcie, heteroświnie, kiedy staniemy przed wami bez naszych masek.
[t]
Etykiety:
homofobia,
LGBTQ,
odmieńczość,
queer,
satyra,
seksualność,
społeczeństwo
poniedziałek, 17 lutego 2014
Świata nie można zmieniać etapami
Poniżej fragmenty rozmowy, jaką przeprowadziła ze mną dla Krytyki Politycznej Marta Konarzewska. Całość rozmowy tutaj.
Marta Konarzewska: Konkretnie: czy np. gejowski styl życia nie jest takim mechanizmem, który miał wyzwalać, a stał się autorytarny?
Rafał Majka: Na dzisiejszym mainstreamowym gejostwie żeruje kapitalizm. Tożsamość gejowska, praktyka „bycia gejem”, w ogóle cała instytucja gejostwa w krajach regionu euroatlantyckiego są przepisywane pod dyktando konsumpcyjnego, neoliberalnego kapitalizmu. Z kolei mainstreamowe organizacje LGBT, starając się znormalizować i „zalegalizować” gejostwo i lesbijstwo w systemie, wtłaczają gejów i lesbijki w systemowe instytucje przywileju oraz normatywne skrypty „dobrego, wartościowego życia”. Różnorodność, ale jako system polakierowany w kolorach tęczy, zakonserwowany. Taki sam problem mają z (neo)liberalnym feminizmem feministki lewicowe czy marksistowskie.
W którym kierunku chcemy zmierzać? Czy ku takiej przestrzeni, w której kobiety, geje, lesbijki, transseksualistki i osoby queer mają „równościowo” uczestniczyć w strukturach przemocowej władzy i wyzysku?
(...)
Mam sobie wyjść z kapitalizmu, do widzenia, do niewidzenia się z panem? Niemożliwe...
Niekoniecznie! To wyobrażenie, że żyjemy w jednym wielkim kapitalizmie i cała przestrzeń dookoła jest kapitalistycznym monolitem. A wcale tak nie jest.
Jest cała masa różnych instytucji i praktyk ekonomicznych, które – kiedy zastosujemy prostą definicją kapitalizmu – „kapitalistyczne” wcale nie są, jak np. spółdzielnie czy organizacje non-profit. Myślmy zawężoną kategorią kapitalizmu: kapitalizm nie jest wszędzie tam, gdzie jest rynek, gdzie się kupuje i sprzedaje, tylko tam, gdzie jest wyzysk.
Kapitalizm to system wyzysku pracownika, który nie posiada środków produkcji, przez pracodawcę; gdzie pracodawca zagarnia wartość dodatkową wytworzoną przez pracownika, zysk. Myśląc w ten sposób, jesteśmy w stanie uwolnić szereg instytucji, które nie wpisują się w tę logikę, i spojrzeć na przestrzeń społeczno-ekonomiczną, w której żyjemy, jako na zróżnicowany krajobraz: wiele różnych praktyk i instytucji koegzystujących, nachodzących na siebie, starających się jedna drugą zdominować. To kwestia dowartościowania jakiejś wizji ekonomicznej na poziomie instytucjonalnym i symbolicznym.
Z dominującymi dyskursami jest oczywiście ten kłopot, że one siebie totalizują i my też mamy tendencję do ich totalizowania, myśląc, że jesteśmy na nie skazane do końca życia. Że żyjemy w Kapitalizmie przez wielkie „k” i nigdy z niego nie wyjdziemy. Jeśli tak będziemy myśleć, to z pewnością tak właśnie będzie.
(...)
„Radykalne otwarcie” – powtarza się to coraz częściej za bell hooks. Co masz na myśli, mówiąc „radykalne”?
Postawa czy też krytyka radykalna patrzy całościowo na daną praktykę społeczno-kulturową (tożsamościową lub instytucjonalną) i bierze pod uwagę historyczne usytuowanie tej praktyki, czyli to, w jakim okresie historycznym powstała, na co była reakcją, co w swojej kompozycji marginalizuje, jak funkcjonuje w tej historycznej teraźniejszości. Czyli np. patrzy na normatywne reżimy gejostwa czy lesbijstwa: że tożsamość geja nie istniała zawsze, że „stać” na nią jednostki z klasy wyższej średniej albo wyższej; jaki obraz geja czy lesbijki jest konstruowany, aby ułatwić „zadomowienie” w obecnym systemie, jak kapitalizm żeruje i przekształca tożsamość gejowską czy lesbijską. I że „dobre” gejowskie czy lesbijskie życie można realizować w dużym mieście.
Kathie Sarachild, jedna z drugofalowych feministek, podkreślała, że radykalny to nie tylko ekstremistyczny, bo „radicalis” to po łacinie zakorzeniony, a „radix” – korzeń.
Tak, definicja ta podkreśla etyczno-polityczne tło radykalnej krytyki – krytyki „zakorzenionej”, jak i radykalnych działań – działań, za którymi stoi solidne, intersekcjonalne zrozumienie kontekstu, w jakim są podejmowane. Postawa radykalna obiera perspektywę, która jest zainteresowana całościowym przemyśleniem życia w kontekście i zastanawia się, jak można stworzyć lepsze warunki, by to życie się rozwijało.
r
Marta Konarzewska: Konkretnie: czy np. gejowski styl życia nie jest takim mechanizmem, który miał wyzwalać, a stał się autorytarny?
Rafał Majka: Na dzisiejszym mainstreamowym gejostwie żeruje kapitalizm. Tożsamość gejowska, praktyka „bycia gejem”, w ogóle cała instytucja gejostwa w krajach regionu euroatlantyckiego są przepisywane pod dyktando konsumpcyjnego, neoliberalnego kapitalizmu. Z kolei mainstreamowe organizacje LGBT, starając się znormalizować i „zalegalizować” gejostwo i lesbijstwo w systemie, wtłaczają gejów i lesbijki w systemowe instytucje przywileju oraz normatywne skrypty „dobrego, wartościowego życia”. Różnorodność, ale jako system polakierowany w kolorach tęczy, zakonserwowany. Taki sam problem mają z (neo)liberalnym feminizmem feministki lewicowe czy marksistowskie.
W którym kierunku chcemy zmierzać? Czy ku takiej przestrzeni, w której kobiety, geje, lesbijki, transseksualistki i osoby queer mają „równościowo” uczestniczyć w strukturach przemocowej władzy i wyzysku?
(...)
Mam sobie wyjść z kapitalizmu, do widzenia, do niewidzenia się z panem? Niemożliwe...
Niekoniecznie! To wyobrażenie, że żyjemy w jednym wielkim kapitalizmie i cała przestrzeń dookoła jest kapitalistycznym monolitem. A wcale tak nie jest.
Jest cała masa różnych instytucji i praktyk ekonomicznych, które – kiedy zastosujemy prostą definicją kapitalizmu – „kapitalistyczne” wcale nie są, jak np. spółdzielnie czy organizacje non-profit. Myślmy zawężoną kategorią kapitalizmu: kapitalizm nie jest wszędzie tam, gdzie jest rynek, gdzie się kupuje i sprzedaje, tylko tam, gdzie jest wyzysk.
Kapitalizm to system wyzysku pracownika, który nie posiada środków produkcji, przez pracodawcę; gdzie pracodawca zagarnia wartość dodatkową wytworzoną przez pracownika, zysk. Myśląc w ten sposób, jesteśmy w stanie uwolnić szereg instytucji, które nie wpisują się w tę logikę, i spojrzeć na przestrzeń społeczno-ekonomiczną, w której żyjemy, jako na zróżnicowany krajobraz: wiele różnych praktyk i instytucji koegzystujących, nachodzących na siebie, starających się jedna drugą zdominować. To kwestia dowartościowania jakiejś wizji ekonomicznej na poziomie instytucjonalnym i symbolicznym.
Z dominującymi dyskursami jest oczywiście ten kłopot, że one siebie totalizują i my też mamy tendencję do ich totalizowania, myśląc, że jesteśmy na nie skazane do końca życia. Że żyjemy w Kapitalizmie przez wielkie „k” i nigdy z niego nie wyjdziemy. Jeśli tak będziemy myśleć, to z pewnością tak właśnie będzie.
(...)
„Radykalne otwarcie” – powtarza się to coraz częściej za bell hooks. Co masz na myśli, mówiąc „radykalne”?
Postawa czy też krytyka radykalna patrzy całościowo na daną praktykę społeczno-kulturową (tożsamościową lub instytucjonalną) i bierze pod uwagę historyczne usytuowanie tej praktyki, czyli to, w jakim okresie historycznym powstała, na co była reakcją, co w swojej kompozycji marginalizuje, jak funkcjonuje w tej historycznej teraźniejszości. Czyli np. patrzy na normatywne reżimy gejostwa czy lesbijstwa: że tożsamość geja nie istniała zawsze, że „stać” na nią jednostki z klasy wyższej średniej albo wyższej; jaki obraz geja czy lesbijki jest konstruowany, aby ułatwić „zadomowienie” w obecnym systemie, jak kapitalizm żeruje i przekształca tożsamość gejowską czy lesbijską. I że „dobre” gejowskie czy lesbijskie życie można realizować w dużym mieście.
Kathie Sarachild, jedna z drugofalowych feministek, podkreślała, że radykalny to nie tylko ekstremistyczny, bo „radicalis” to po łacinie zakorzeniony, a „radix” – korzeń.
Tak, definicja ta podkreśla etyczno-polityczne tło radykalnej krytyki – krytyki „zakorzenionej”, jak i radykalnych działań – działań, za którymi stoi solidne, intersekcjonalne zrozumienie kontekstu, w jakim są podejmowane. Postawa radykalna obiera perspektywę, która jest zainteresowana całościowym przemyśleniem życia w kontekście i zastanawia się, jak można stworzyć lepsze warunki, by to życie się rozwijało.
r
niedziela, 19 stycznia 2014
nie/swój
Fragmenty referatu
pt. „nie/swój” wygłoszonego podczas konferencji Przeciw-ciała. (Bio)polityka odporności 26 września 2012 r. w
Cieszynie. Mottem wystąpienia był wierszyk Mirona Białoszewskiego. Być może na
podstawie tych notatek powstanie kiedyś większy i spójniejszy test. Warto też
dodać, że wystąpienie stało się inspiracją dla młodego artysty Przemysława Branasa, który w swoim projekcie (nie)swój wykorzystał, za zgodą autora, niektóre jego wątki.
nieswój
ale się oswoję
nie pierwszy raz
tylko że różne te razy
ale się oswoję
nie pierwszy raz
tylko że różne te razy
[Miron Białoszewski, z tomu Mylne wzruszenia]
• Komunikując się, jak każda z nas jestem nieuchronnie
skazany na to, żeby posługiwać się słowami, które przecież nie są, nigdy nie
były i nigdy nie będą MOJE; których używano już nieskończenie wiele razy. Chyba
że uciekłbym w ciąg neologizmów, w jakiś заумный язык, przy
którym przebiegle postawiłbym znaczek ©. Innymi słowy, możliwość komunikacji
okupiona jest niemożnością posiadania języka na własność. Chcąc nie chcąc, żeby
komunikować, muszę godzić się na ten pierwotny językowy komunizm, na nieskończoną przechodniość słów, podobną do nieskończonej
przechodniości materii.
• Tak więc jestem skazany na to, żeby mówić cudzym słowem, w cudzy(m)słowie, bo język jest zawsze pożyczony, co oczywiście nie znaczy, że nie mam w nim nic do powiedzenia. Ale ta „cudzość” nie oznacza, że można wskazać tego, do którego język należy. Słowa nie należą ani do mnie, ani do niej, ani tym bardziej do samych siebie; ba, nie należą nawet do „języka”, bo i język sam siebie nie posiada. Jeśli już można powiedzieć, że język do „kogoś” należy, to co najwyżej do „Wielkiego Innego”, by sięgnąć na moment do terminologii lacanowskiej; albo do „Wiekiej Innej”, żeby tę terminologię nieco zdżenderować. A Wielki Inny to w gruncie rzeczy Wielki Nikt; a już na pewno nikt, kogo można by nazwać „swoim”.
• „Bycie swoim” – jak sugeruje króciutki wierszyk
Białoszewskiego przytoczony na początku – jest zawsze efektem oswajania. A
zatem nic nie jest po prostu „dane” jako swoje i swojskie; jest tylko ruch
oswajania, względnie – „odswajania”, defamiliaryzacji (na którą również nie
brakuje przykładów w twórczości poety). Nic nie jest swoje, zanim nie zostanie
oswojone albo przyswojone; nic nie jest własne, zanim nie zostanie
przywłaszczone. Nie zapominajmy jednak, że przyswojone zawsze przecież
pozostaje trochę obce, a przywłaszczone – zawsze trochę cudze; a skoro tak, to
jeśli w ogóle w jakikolwiek sposób jestem „swój”, to tylko dzięki temu, że już
zawsze i nieodwołalnie jestem również cudzy.
[...]
• W psychoanalizie „nieoswajalne” przybiera postać Realnego i /lub popędu śmierci, a być może także nieredukowalności Wunsch (pragnienia). Domyślam się, że między innymi ze względu na tę radykalną nieoswajalność jeden z czołowych teoretyków queer, Lee Edelman, postanowił powiązać popęd śmierci z odmieńczością, pisząc w swojej książce NoFuture o „uporczywym trwaniu w rozumie czegoś niezbywalnego, z czym rozum się nie zgadza”.
• „Ponieważ, w rozumieniu Deleuzo-Guattariańskim, popęd śmierci jest pożądaniem zwracającym się przeciwko sobie samemu (a więc w pewnym sensie stanem autoimmunizacyjnym), chorobę autoimmunizacyjną (w sensie medycznym) można rozumieć jako ilustrację molekularnej „wojny z samym sobą”, walki na poziomie komórkowym między instynktem samozachowawczym – czyli ruchem autolegitymizacji i autoafirmacji tego, co „swoje” – a ruchem pożądania, czyli pragnieniem stawania się „nieswoim”. Tu różnię się od Edelmana: dla mnie popędem śmierci jest pragnienie tożsamości, autolegitymizacja, podczas gdy odmieńczość wiąże się z nieustannym ruchem pożądania”. (Sikora, „To Come: Queer Desire and Social Flesh”.)
• Dodajmy na marginesie, że przykładem tak rozumianego stanu autoimmunizacji w odniesieniu do organizmów politycznych jest obrona „demokratycznych zasad” tak zawzięta, że prowadzi do ograniczania swobód obywatelskich i de facto znosi – na zasadzie stanu wyjątkowego – te same demokratyczne zasady, których (rzekomo) broni.
• Komunikacja jest przekazywalnością, dzieleniem się, wymianą. Jest czymś, co wyklucza własność i zakłada współudział, pierwotność tego, co wspólne i nieogrodzone. Nie przypadkiem też choroby zakaźne określa się po angielsku mianem „communicable” (co można by lepiej oddać jako choroby „przekaźne”). Znany jest też żargon genetyki, który opiera się przecież na takich pojęciach, jak kodowanie informacji czy translacja.
• Życie jest zatem kwestią nieustannego, właściwego czytania, które zapewnia nam trwanie – i przetrwanie – w postaci określonej struktury. Ta niekończąca się orgia czytania, przepisywania, translacji w świecie organicznym jest koniecznością właśnie ze względu na fakt, że w gruncie rzeczy nic nie jest swoje – może być co najwyżej przyswojone (a żeby być dobrze przyswojone, musi być właściwie odczytane). Już choćby przyswajanie pokarmu jest dobrą ilustracją tej nieuchronnej zależności tego, co swoje, od tego, co nieswoje. Tutaj również niezbędne jest inteligentne odczytanie dostarczanej organizmowi materii, niezbędny jest system filtrów, zanim to, co właściwe, zostanie przyswojone, a więc stanie się własne, a to, co niewłaściwe – zneutralizowane lub zniszczone i wydalone.
• Całe to bio-czytelnictwo obejmuje wszystkie te zjawiska, do których jako czytelnicy jesteśmy przyzwyczajeni: błędne odczytania, błędy w translacji, próby zmylenia czytelnika, pastisz, mimikrę itd. Literaturoznawstwo ma ogromną przyszłość w biologii.
• Jak wiedzą wszyscy, którzy czytają, nie ma czytania bez wirusa. Jest w czytaniu coś nieoswajalnego, uparty hieroglif nieczytelności, materialna litera, od której zaczyna się i ku której zwraca się ruch pożądania. Tak jak „swoje” jest jedynie efektem przyswajania nieswojego, tak komunikacja zasadza się na przekazywaniu tego, co niekomunikowalne, co się komunikacji uparcie opiera. Być może dlatego Wittgenstein stwierdził, że „uprawiając filozofię czasem chce się wydać jakiś nieartykułowany dźwięk”, a Giorgio Agamben porównuje każde wielkie dzieło filozoficzne do „knebla”, który obnaża nieuleczalną „wadę wymowy”.
• Powtórzmy więc, że komunikacja jest zawsze zawirusowana (por. Derrida). Wirus jest paradoksalnie tym, co w ogóle umożliwia komunikacją i jednocześnie nieustannie ją zakłóca, co wprowadza „szum informacyjny”. Np. w toku ewolucji wirus był nośnikiem zmiany dzięki umiejętności przenoszenia materiału DNA z jednego organizmu do innego. Wirus reprezentuje zatem taki rodzaj komunikacji, który zakłóca dotychczasowe procesy translacji i replikacji.
• „Language is a virus” (William Burroughs, cytowany przez Laurie Anderson).
[t]
czwartek, 2 stycznia 2014
Aborcja, odmieńczość i porządek społeczny
Poniżej fragment polskiego przekładu pierwszego rozdziału książki amerykańskiego teoretyka Lee Edelmana No Future: Queer Theory and the Death Drive (2004). Przekład zatytułowany "Przyszłość to dziecinne mrzonki" ukazał się w książce Teorie wywrotowe. Antologia przekładów pod redakcją Agnieszki Gajewskiej (Poznań: Wydawnictwo Poznańskie, 2012).
------
Rozważmy […] lokalny epizod obecnej
wojny przeciwko aborcji. Nie tak dawno temu, w pewnym ruchliwym miejscu miasta
Cambridge, Massachusetts, przeciwnicy prawa do aborcji wynajęli billboard, na
którym umieścili wizerunek zaawansowanego płodu, powiększonego do rozmiarów
przerastających dorosłego człowieka, z napisem „To nie jest wybór, to jest
dziecko”. Barbara Johnson w swojej błyskotliwej analizie podobnych
antyaborcyjnych wystąpień, pokazała, w jaki sposób wykorzystują one i tworzą
skutecznie oddziałujące tropy, oparte na personifikacji płodu, które z góry
przesądzają odpowiedź na prawnicze pytanie o jego osobowy status, determinując,
w jakich kategoriach należy rozpatrywać płód, a więc także związaną z nim
kwestię prawną (Johnson 1997: 184-199). Zamiast dekonstruować ten konkretny
retoryczny przykład (tj. zamiast odnotować zestawienie właściwego dla płodu
zaimka „to”, z wysoce uczłowieczającym epitetem „dziecko”, który domagałby się
raczej zaimka rodzaju męskiego albo żeńskiego, w celu pokazania, jak ten
fragment dyskursu podtrzymuje nierozstrzygalność, którą chciałby przezwyciężyć,
czyli zamiast podać w wątpliwość prawdziwość tego stwierdzenia za pomocą formy
wypowiedzi), wolę skupić się przez moment na ideologicznej prawdzie, którą ta
wypowiedź, być może niechcący, uwidacznia.
Jakkolwiek dziwnie zabrzmi to w ustach
geja, kiedy pierwszy raz ujrzałem wspomniany billboard w Cambridge, uznałem, że
jest adresowany do mnie. Przecież ów znak mógłby równie dobrze głosić, z tą
samą absolutną i niewidzialną autorytatywnością świadczącą o udanej pracy ideologicznej
naturalizacji, biblijny nakaz „Bądźcie płodni i mnóżcie się!” Tak jak
zniekształcony anamorfotycznie obraz, który zyskuje rozpoznawalną formę dopiero
wówczas, gdy spojrzy się nań pod odpowiednim kątem, tak tamten slogan – poprzez
moją subiektywnie „wykrzywioną” z nim relację – nabrał logicznego sensu, który
rzucił światło na wspólne podłoże sprzeciwu, wojującej prawicy wobec aborcji i
odmieńczych praktyk seksualnych – wspólne podłoże aż za dobrze znane (jako dosłowne
potraktowanie figuralnej tożsamości) takim radykalnym grupom, jak Armia Boga (Army
of God), która wzięła na siebie odpowiedzialność za terrorystyczne ataki
bombowe na klinikę aborcyjną oraz na klub nocny uczęszczany przez lesbijki i
gejów w stanie Atlanta w 1997 roku. Billboard z Cambridge zdawał się oznajmiać
to, co liberalizm woli ukrywać, a mianowicie, że naczelnym przymusem,
szczególnym nakazem, który nie pozostawia nam żadnego sensownego wyboru, jest
przymus afirmacji naszej własnej przyszłości w uprzywilejowanej postaci DZIECKA,
przymus postrzegania każdej chwili jako brzemiennej DZIECKIEM naszych
Wyobrażeniowych identyfikacji, brzemiennej znaczeniem, którego obecność
zapełniłaby dziurę w Symbolicznym, dziurę, która wskazuje zarówno miejsce
Realnego, jak i wewnętrzny podział albo dystans, który konstytuuje nas jako
podmioty i skazuje na podążanie za fantomem znaczenia poprzez metonimiczne osuwanie
się znaczącego.
Z tego powodu lewica wzdraga się przed
utożsamieniem z aborcją nie mniej niż prawica; zamiast tego staje po stronie „wyboru”,
jak szyderczo głosi billboard. No bo któż chciałby opowiedzieć się za aborcją, czyli przeciwko rozmnażaniu, przeciwko
przyszłości, a zatem przeciwko życiu?
Kto chciałby zniszczyć DZIECKO, a wraz z nim życiodajną fantazję zniesienia
sygnifikacyjnej luki (fantazję, która odwraca naszą uwagę od przemocy popędów,
pozwalając nam jednocześnie je odgrywać)? I znowu prawica zna odpowiedź, wie,
że prawdziwie opozycyjna polityka implikowana przez odmieńcze praktyki
seksualne, leży nie w dyskursie liberalnym i cierpliwym negocjowaniu tolerancji
i praw, choć niewątpliwie pozostają one ważne dla tych wszystkich z nas, którym
się ich odmawia, ale w fakcie, że odmieńcze seksualności mają możliwość stać
się figurą radykalnego zerwania kontraktu, w każdym społecznym i Symbolicznym
sensie, na którym opiera się przyszłość jako domniemana osłona przeciwko jouissance Realnego. Z tą wiedzą
powinniśmy śledzić odczytania odmieńczych seksualności, produkowane przez siły
reakcji, a może nawet się od nich uczyć. Jakkolwiek pragnęlibyśmy odwrócić
system wartości, leżący u podstaw poniższej wypowiedzi Donalda Wildmona,
założyciela i lidera homofobicznej organizacji American Family Association,
warto odczytać ją nie tyle jako przykład nadętej tyrady, ile raczej jako
przywołanie dezorientacji, jaką odmieńcze seksualności powinny wywoływać: „Aprobata dla albo obojętność wobec ruchu
homoseksualnego doprowadzi do zniszczenia społeczeństwa, dając przyzwolenie na
redefinicję porządku cywilnego i strącając nas, nasze dzieci i wnuki, w otchłań
bezbożności. Zagrożone są same fundamenty zachodniej cywilizacji” (Wildmon
1997). Zanim z naszych ust posypią się pełne moralnego zadęcia komunały rodem z
liberalnego pluralizmu, zanim padnie zapewnienie, że nasza miłość jest
wprawdzie inna, ale to przecież miłość, zanim wygłosimy nabożnie litanię o
naszym wkładzie w cywilizacje Wschodu oraz Zachodu, czy odważamy się zatrzymać
na moment i przyznać, że pan Wildmon może, albo jeszcze lepiej – powinien mieć rację: że odmieńczość powinna i musi zredefiniować takie pojęcia jak „porządek cywilny” poprzez
odcięcie się od naszej fundamentalnej wiary w reprodukcję przyszłości?
To prawda, że zastępy lesbijskich,
gejowskich, transseksualnych i transpłciowych rodziców rosną z dnia na dzień i
że nic rdzennie konstytutywnego dla osób identyfikujących się jako lesbijki,
geje, osoby transseksualne, transpłciowe czy queer nie predysponuje ich do tego, aby odżegnywać się od przyszłości,
opierać się pokusie prokreacji albo stawiać się poza akulturacyjną logiką
Symbolicznego, tudzież w opozycji do niej. Co więcej, nie ma na zewnątrz tej
logiki żadnego gruntu, na którym moglibyśmy stanąć. Promując alternatywę dla
linii partyjnej, popieranej przez każdą partię, stawiając się na zewnątrz
logiki reprodukcyjnego futuryzmu i przekonując, że odmieńcy mogliby pogodzić
się z faktem, że są figuralnie kojarzeni z jego końcem, ani przez chwilę nie
zakładam, że odmieńcy – przez co rozumiem wszystkich napiętnowanych tym
określeniem, ponieważ nie przestrzegają heteronormatywnych nakazów – nie inwestują
psychicznie w zachowanie dobrze znanej, familijnej narracji reprodukcyjnego futuryzmu.
Jednak polityka, opozycyjna czy nie, nigdy nie opiera się na esencjalnych
tożsamościach. Zamiast tego skupia się na figuralności, która jest dla
tożsamości nieodzowna, a przez to na figuralnych relacjach, w które społeczne
tożsamości są zawsze wpisane.
Być
figurą demontażu społeczeństwa cywilnego, figurą popędu śmierci
obowiązującego porządku, nie oznacza bynajmniej być albo stawać się tym
popędem; takie „bycie” nie ma tu nic do rzeczy. Przyjęcie tej figuralnej
pozycji charakteryzuje raczej rozpoznanie, w jaki sposób rzeczywistość jest
fundowana na zaprzeczeniu popędu śmierci, oraz odrzucenie wynikających z tego
faktu konsekwencji. Tak jak popęd śmierci rozpuszcza skrzepłe tożsamości, które
pozwalają nam znać się i trwać jako „ja”, tak queer musi dążyć do zakłócania, queerowania, organizacji społecznej
jako takiej – czyli do zakłócania i queerowania nas samych i naszych inwestycji w tę organizację. Odmieńczość nie
może bowiem nigdy definiować tożsamości, może ją jedynie zakłócać. Kiedy więc
dowodzę w moich rozważaniach, że ciężar odmieńczości należy lokować nie tyle w
afirmacji opozycyjnej tożsamości politycznej, ile w opozycji do polityki
rozumianej jako nadrzędny fantazmat spełnienia się, w nieokreślonej
przyszłości, Wyobrażeniowych tożsamości, od których odcięło nas nasze
konstytutywne poddanie się znaczącemu, nie proponuję żadnego programu ani żadnej
pozycji, z której odmieńcza seksualność czy jakikolwiek queerowy podmiot mogłyby
ostatecznie stać się sobą, tak jakby możliwe było tym sposobem osiągnięcie jakiejś
esencjalnej odmieńczości. Sugeruję
natomiast, że skuteczność queeru, jego strategiczna wartość, tkwi w oporze wobec
Symbolicznej rzeczywistości, która inwestuje w nas jako podmioty o tyle tylko,
o ile sami się w nią inwestujemy, trzymając się kurczowo jej nadrzędnych
fikcji, jej uporczywych sublimacji, niczym samej rzeczywistości. W końcu tylko
jej figurom znaczenia, które bierzemy za dosłowną prawdę, zawdzięczamy nasze
istnienie jako podmiotom oraz relacje społeczne, w których żyjemy – relacje, za
podtrzymanie których możemy nawet być gotowi oddać życie.
[t]
Etykiety:
gender,
heteronormatywność,
homofobia,
LGBTQ,
odmieńczość,
polityka,
queer,
seksualność,
społeczeństwo
poniedziałek, 16 września 2013
Nędza (naszej) wyobraźni politycznej
Na „Elizjum” poszedłem
z mieszanymi uczuciami, choć jeszcze dwa, trzy lata temu przesiedziałbym na nim
z wypiekami, chłonąc każdy zwrot akcji na korzyść „proletariatu”. Z pewnością
ma się ogromną przyjemność, choć jakże perwersyjną, kiedy wbitym czy wbitą w
fotel, ogląda się albo czyta heroiczne narracje odgrywające rewolucyjną walkę
99% ludzkości przeciw temu 1%. Jeśli zatem ta klasycznie rozumiana wielka
Rewolucja na razie nie stoi w progu, to można przynajmniej przeżyć jej popkulturową
wersję, naładować się energią, zewrzeć szyki. I cieszyć się, że w przestrzeni
publicznej pojawiają się coraz częściej takie teksty kultury, jak „Wyścig z czasem” czy „Elizjum”, czy też różne apokaliptyczne i postapokaliptyczne
powieści, pokazujące prawdopodobne przyszłościowe scenariusze (końca)
Kapitalizmu – ponieważ mają one potencjał uruchamiania refleksji, a za nią
świadomości antykapitalistycznej; a tym samym mają szansę zwiększyć niechęć
społeczną do globalnego imperium kapitalistycznego.
Ale czy na pewno?
Choć na pierwszy rzut
oka mogłoby się wydawać, że nie ma nic złego w konstruowaniu, jak również
szukaniu pocieszenia i rozładowania w takich heroicznych narracjach – w końcu
jest to kolektywne, cywilizacyjne imaginarium; to jednak dla radykalnej
lewicowej wyobraźni politycznej są to narracje niebezpieczne, nie
antysystemowe, ale – paradoksalnie – prosystemowe. Myślenie wyjścia z
kapitalizmu lub przejścia do innego świata uwikłane jest bowiem w nieubłaganie
nieuchronną teleologię katastrofizmu i apokalipsy: z horyzontem ekstremalnej
katastrofy ekologicznej, morderczych wojen i wszechobecnej śmierci. Świadczy to
o ubóstwie wyobraźni politycznej kultury zachodniej, której – jak dawno temu
napisał Fredric Jameson, łatwiej przychodzi wyobrażenie sobie doszczętnego
zniszczenia ziemi i przyrody, aniżeli końca kapitalizmu.
Perwersyjnym paradoksem
jest zatem to, że choć rewolucyjny podmiot chce zwalczyć Kapitalizm, to – jeśli
się krytycznie przyjrzymy – jego [sic!] polityczna i afektywna kompozycja, jego [sic!] rewolucyjna podmiotowość, on [sic!] jako byt (i to byt rosnący w siłę) – uzależnione
są od rozwijania się tej katastroficznej, apokaliptycznej narracji
kapitalistycznej.
Co więcej, takie
heroiczne narracje rewolucyjne uwikłane są bardzo w tradycyjne i modernistyczne
projekty polityczne: Hobbesowska wojna wszystkich ze wszystkimi jako figura
stosunków społecznych czy też ich braku w (post)apokaliptycznym świecie; leninowska
koncepcja straży przedniej (wódz, bohater, przewodnik); polityczna teologia
zbawienia (poświęcenie dla ludzkości, figura zbawiciela, mesjasza); maskulinistyczne
afekty (męstwo, honor, mocarność, władza – i wiążące się z tym odczuwanie
przyjemności z takiego upozycjonowania przeciwko wrogowi, którego trzeba
zniszczyć, obalić); manicheizm (dobro kontra zło, jeden Totalny system kontra
inny Totalny system).
Jakub Majmurek w
tekście „Ekran wciąż za mały” pisał, że:
Podobno po filmie 2012 Roland Emmerich planował serial telewizyjny 2013, przedstawiający dzieje ludzkości, która przetrwała armaggedon i po zmierzchu cywilizacji musi od nowa budować społeczeństwo. Sztab scenarzystów próbował opracować wizję „roku zerowego” ludzkości, tworzącego się od nowa porządku społecznego. Ale w końcu chyba nic nie wymyślili - producenci anulowali projekt, uzasadniając to tym, że projekt jest „zbyt wielki na mały ekran”. Problem współczesnej kultury, co potwierdza Blompkamp, polega na tym, że ekran jest w niej cały czas za mały. Nie mamy dość wielkiego ekranu, by rzutować na niego nie tylko nasze lęki co do dziś, ale także marzenia o jakimś jutrze. Jakkolwiek istotnie różniącym się od dnia dzisiejszego.
Jameson przytoczone
przeze mnie wcześniej rozważania zakończył refleksją: „Może to wina słabości
naszej wyobraźni” – i właśnie myślę, że tutaj tkwi problem. Podtrzymując bowiem
w wyobraźni politycznej takie heroiczne narracje rewolucyjne, myśliciele i
myślicielki są na dobrej drodze do doprowadzenia do końca katastroficznej
logiki Kapitalizmu. Kapitalizmu pisanego przez duże „k”. Tego Kapitalizmu, o
którym się myśli poprzez totalizujące, esencjalizujące, organicystyczne i
umetafizyczniające metafory. Kapitalizmu, który wydaje się być tak wszechobecny
i do tego stopnia penetrujący wszystkie aspekty życia społecznego, że nie
jesteśmy w stanie go powstrzymać. Że nie ma ratunku oprócz właśnie tych
apokaliptycznych, maskulinistycznych, heroicznych narracji rewolucyjnych.
I dlatego ta
spektakularna antykapitalistyczna wyobraźnia polityczna, spętana melancholijnie
przeszłością, reprodukująca „hegemonię hegemonicznej formacji”, a przez to
uwięziona w katastrofizmie i koszmarnych scenariuszach, nie jest w stanie
pomyśleć dla ludzkości „roku zerowego” ani innych stosunków społecznych niż te,
które okupują dominującą wyobraźnię systemową.
Post
Scriptum: Co najgorsze, symptomami – manifestującymi się
coraz częściej w publicystyce czy nawet tekstach teoretycznych – takiej
kapitulującej wyobraźni politycznej radykalnej lewicy jest zachłanne czerpanie
z filozofii Carla Schmitta, nawoływanie do uczenia się od prawicy, koncepcje
„świętego rewolucyjnego terroru”, jak również ekstremalne trawestacje polityki agonistycznej
w stylu „im więcej faszyzmu, tym lepiej dla lewicy”.
(r)
Etykiety:
kapitalizm,
lewica,
męskocentryzm,
polityka,
przemoc,
społeczeństwo,
teksty kultury,
wyobraźnia polityczna
wtorek, 28 maja 2013
poniedziałek, 20 maja 2013
bradley w bunkrze
W nawiązaniu do ubiegłorocznego wpisu "Bohaterowie i zdrajcy" dotyczącego Bradleya Manninga, warto odnotować pracę zainspirowaną częściowo tamtym wpisem (oraz, przede wszystkim, samym Bradleyem), która znalazła się na wystawie "Złość. Własnym głosem o sobie" w krakowskim Bunkrze Sztuki. Wystawa - czynna do 26 maja br. - odbywa się w ramach Queerowego Maja. Więcej na temat pracy można znaleźć tutaj oraz w katalogu przygotowanym przez kuratorki wystawy, Julie Land i Justynę Struzik.
Nota bene w amerykańskich środowiskach lgbtq toczy się obecnie burzliwa dyskusja wokół wyboru Bradleya Manninga na jednego z patronów (marshal) San Francisco Pride, a następnie POZBAWIENIA go tej honorowej funkcji w dziwnych, politycznie uwarunkowanych okolicznościach. Bradley okazał się zbyt radykalny, zbyt kontrowersyjny. Podobnych kontrowersji nie budzą za to korporacyjni sponsorzy Dumy.
[t]
Nota bene w amerykańskich środowiskach lgbtq toczy się obecnie burzliwa dyskusja wokół wyboru Bradleya Manninga na jednego z patronów (marshal) San Francisco Pride, a następnie POZBAWIENIA go tej honorowej funkcji w dziwnych, politycznie uwarunkowanych okolicznościach. Bradley okazał się zbyt radykalny, zbyt kontrowersyjny. Podobnych kontrowersji nie budzą za to korporacyjni sponsorzy Dumy.
[t]
Etykiety:
LGBTQ,
odmieńczość,
polityka,
queer,
społeczeństwo,
sztuka
wtorek, 30 kwietnia 2013
płeć i postpłciowość w czasach realnego neoliberalizmu
[Przedstawiam
konkluzję artykułu pt. „Uwikłan[ ] w postpłciowość”, który ukazał się w książce
Postpłciowość? Praktyki i narracjetożsamościowe w ponowoczesnym świecie pod redakcją A. E. Banot, A.
Barabasz i R. Majki. Kłirowe formy fleksyjne zostały dodane przez redaktorki_ów tomu za zgodą autora.]
Płeć i postpłciowość są nieodłączne, ale
współistnieją zawsze w twórczym napięciu. Powoływanie się na kategorię płci nie
zawsze bywa jednoznaczne: z jednej strony umożliwia redefiniowanie różnicy
płciowej (zwłaszcza dzięki rozpoznaniu osób transpłciowych i interseksualnych,
a także odmieńców seksualnych), z drugiej jednak strony nieustannie odradza się
w nim tendencja do stabilizowania i naturalizowania różnicy. Występowanie pod
szyldem postpłciowości, z kolei, pozwala dystansować się od katalogowania
różnicy w imię liberalnego projektu „wielokulturowości”, a impulsowi do
utwierdzania hegemonicznych kategorii przeciwstawia impuls niekończącego się
różnicowania. Jest więc postpłciowość również atakiem na totalizujący i
uniwersalizujący reżim płciowości (w tym sensie np. oddzielenie „lesbijki” od
„kobiety” dokonane przez Monique Wittig jest podważeniem hegemonii
odziedziczonego porządku płciowego, jest gestem stricte postpłciowym). Ten reżim ma swój ciężar, swoją historię, w
którą uwikłani są zarówno sprawcy, jak i ofiary opresji; niesie dziedzictwo
cierpienia i prześladowania, ale także oporu, walki i emancypacji. W najgorszym
razie potrafi skutecznie narzucić swoje kategorie jako niepodważalny fakt albo
fatum – tak jakby to, co już raz powiedziane (łac. fatum), nie mogło już być powiedziane inaczej. Przeciwko takiemu
posługiwaniu się kategorią płci występuje, w moim rozumieniu, postpłciowość.
Nie zrzuca lekkomyślnie ciężaru, bo wie, że obecny system „upłciowienia” jest niesprawiedliwy, krzywdzący,
opresyjny i jako taki ma swoje bardzo odczuwalne, materialne, cielesne efekty.
Jednocześnie potrafi zdobyć się na lekkość, jaką daje projekt niekończącego się
różnicowania. Tak rozumiana płeć umyka zaborczej mocy fatum, waży się
przeciwstawić losowi, tak jak tancerka czy tancerz przeciwstawia się
grawitacji, choć przecież z niej korzysta. Tym samym zyskujemy wizję
niezliczonych płci, nieprzyporządkowanych na stałe jednostce lub zbiorowi
jednostek, ale raczej zależnych od wielu zmiennych parametrów (np. od
niehegemonicznie pojmowanej rasy). Idąc jeszcze dalej, można zaproponować nową
wizję płciowości, w której pojedynczy podmiot nie jest ograniczony do
pojedynczej płci, bowiem płeć wyłania się zawsze w (hybrydycznej) relacji do
innych podmiotów, ciał, atrybutów – uznanych za realnie istniejące lub
fantazmatycznych, historycznie ukształtowanych lub takich, które dopiero mają
nadejść. „Każdej_emu jej_ego własne płcie!” – jak głosi jedno z haseł
postulowanej przez Deleuze’a i Félixa
Guattariego rewolucji pożądania.
Jeśli, tak jak proponuję, za
strategiczny cel postpłciowości uznamy porzucenie ciężaru (bagażu skamieniałej
Płci, pomnikowej Historii, uzurpacji Losu), to powinnyśmy_iśmy zastanowić się,
co faktycznie można uznać za odciążenie, a co nie – bez nadziei na ostateczną
odpowiedź. Akt odciążenia jest zadziwiająco łatwy i niezmiernie trudny. Można
go dokonać w każdym momencie, ale przecież ciągnie się latami. Nietrudno dać
się zwieść fałszywemu poczuciu lekkości, a tymczasem swoboda, z jaką akrobatka
czy akrobata wykonuje skomplikowane ewolucje, jest efektem wielu lat pracy.
Należy uważnie odróżnić „radosną kontestację”, możliwą głównie w
„uprzywilejowanych” kręgach – np. w kręgach akademickich – od mozolnego
praktykowania lekkości. Nie wystarczy po prostu powiedzieć „nie” sile
grawitacji, aby zacząć lewitować. Taniec jest możliwy tylko w polu grawitacji,
w materii i poprzez materię.
Wspomniałem już wyżej o
niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą nominalne wymazywanie z oficjalnego
katalogu naszych pojęć kategorii rasy (oraz, per analogiam, płci), bez oglądania się na faktyczne struktury
opresji i niesprawiedliwości społecznej oparte (często w niejawny sposób) na
tych kategoriach. Goldberg zestawia ten rodzaj rzekomego „odciążania” z
procesem postępującej neoliberalizacji gospodarki i, w konsekwencji, całej
przestrzeni społecznej. W tym nowym paradygmacie ekonomiczno-społecznym rasa –
tak jak wiele innych kategorii i elementów życia społecznego – jest relegowana
do sfery prywatnej, czyli poza zakres interwencji państwa. Państwo decyduje się
więc na formalną „ślepotę” wobec rasy, płci i innych parametrów różnicy, a tym
samym pozostaje ślepe na realne, materialne skutki tych kategoryzacji.
Sprywatyzowana płeć lub rasa przestają być dla państwa problemem: oto możemy sobie
kontestować (lub nie kontestować) do woli – prywatnie. Warto w tym miejscu
odnotować różnicę między klasycznie liberalną filozofią państwa, która gotowa
jest uznać i usankcjonować pewne mniejszościowe tożsamości i objąć je ochroną
prawną lub nawet aktywnym wsparciem, tak jak w przypadku kanadyjskiej polityki
wielokulturowości (przy czym można się spierać, czy taka filozofia
wielokulturowości jest po prostu uzupełnieniem politycznego liberalizmu, czy
jego logiczną konsekwencją). Szkicowany przeze mnie projekt polityki
postpłciowej nie zgadza się ani na neoliberalną ślepotę wobec różnicy, ani na
skatalogowanie parametrów różnicy w systemie prawnym. Wydaje się więc, że
projekt ten musi albo przyjąć anarchistyczną postawę negowania państwa, albo
musi szukać takich rozwiązań, w których państwo będzie wrażliwe na niekończące
się różnicowanie, a jednocześnie nie będzie dążyło do stabilizowania zmiennych
parametrów różnicy.
Globalny neoliberalizm zasadza się
między innymi na silnym dążeniu kapitalizmu do upłynniania, uwalniania,
umożliwiania swobodnego przepływu wszelkich form kapitału. „Robotnik” jako taki
przestaje istnieć, jest tylko płynna, mobilna siła robocza jako element
„kapitału ludzkiego”. W sferze kulturowej procesowi temu odpowiada
późnokapitalistyczna tendencja do swoistej desubstancjalizacji,
dematerializacji, zastępowania „namacalności” wszechogarniającą symulacją.
Kultura symulacji obiecuje fałszywą lekkość, czyli odciążenie, które wynika
raczej z (i w równym stopniu prowadzi do) beztroskiego eskapizmu. Ucieczka
wydaje się możliwa dzięki ogólnemu przyspieszeniu, które jest efektem
bezprecedensowego postępu technicznego. Wraz z rozwojem technologii
cybernetycznych osiągnęłyśmy_liśmy (lub tak nam się przynajmniej wydaje)
„prędkość ucieczki”, by użyć celnej metafory Marka Dery’ego, czyli prędkość,
która pozwala jednemu ciału uwolnić się z pola grawitacyjnego innego ciała.
Coraz bardziej irytuje nas powolność, mozolność, nieprzezroczystość materii,
usiłujemy więc uwolnić się od cielesności, od grawitacji, od społecznych
ekologii. Nie twierdzę przy tym, że technologia jest wrogiem twórczego
produkowania różnicy, w tym także różnicy płciowej. (Wystarczy wspomnieć Donnę
Haraway i jej mit cyborga, który rozsadza zastany reżim płciowy dzięki
konstruowaniu organiczno-cybernetycznych hybryd, a wraz z nimi nowych,
nieopisanych dotąd kategorii płciowych.) Ostrzegam jedynie przed zbyt
pochopnym, zbyt naiwnym zachłyśnięciem się lekkością, jaką zdają się obiecywać
rozmaite nowe technologie.
Uważam, że jeśli postpłciowość ma być
pojęciem w jakikolwiek sposób użytecznym, musi przede wszystkim m o b i l i z o w a ć, czyli wprawiać
w ruch – zarówno w sferze pojęć, jak i w praktyce społecznej. Rozbijając
hegemoniczne konstrukcje płci, postpłciowość uwalnia energię, bez której zmiana
społeczna jest trudna do pomyślenia. Dla wielu nowoczesnych podmiotów ciężar
odziedziczonych płci jest przytłaczający, wiktymizujący, demobilizujący,
podczas gdy postpłciowość proponuje wizję twórczego odciążenia, wprawienia w
ruch. Różni się przy tym zasadniczo od liberalnego modelu emancypacyjnego,
który dąży raczej do stasis, do
ostatecznego (żeby nie powiedzieć eschatologicznego) równouprawnienia, a więc
obiecuje wszystkim jasno zdefiniowanym „jednostkom” i „mniejszościom”
sprawiedliwość społeczną „na końcu drogi”. Model postpłciowy zakłada
niekończącą się pracę (na rzecz) różnicy, która nie odwraca się od kwestii
sprawiedliwości społecznej i walki z różnymi formami opresji, ale skupia się
raczej na tym, co na potrzeby niniejszych rozważań nazwałbym uważnym
praktykowaniem lekkości albo wyważaniem. Przez wiele lat projekt liberalny mógł
pochwalić się znaczną skutecznością w osiąganiu zamierzonych celów, potrafił
zyskiwać zbiorowe poparcie wokół czytelnych projektów i stabilnych kategorii społeczno-tożsamościowych.
Teraz jego skuteczność wydaje się zagrożona postępującą neoliberalizacją
przestrzeni politycznej, ekonomicznej, społecznej i prawnej, której efektem
jest między innymi wymazywanie z oficjalnych słowników i katalogów
dotychczasowych parametrów różnicy oraz ich radykalna prywatyzacja. Oparta na
zasadzie różnicowania postpłciowość ma niewątpliwie trudne zadanie, jeśli
pragnie stać się bodźcem do rozmaitych kolektywnych działań, bowiem z jednej
strony musi politycznie odzyskiwać doświadczenia i postulaty, które w
neoliberalnym reżimie zostały głęboko pogrzebane w sferze prywatnej, z drugiej
zaś strony musi poszukiwać sposobów, aby zmobilizować podmioty społeczne nie,
tak jak dotychczas, wokół znaturalizowanych, hegemonicznych pojęć, ale wokół
samej zasady różnicowania, która jest w ogromnej mierze ignorowana przez
obowiązujące obecnie reżimy polityczno-społeczne.
[t]
Etykiety:
filozosia,
gender,
kapitalizm,
odmieńczość,
polityka,
queer,
społeczeństwo
Subskrybuj:
Posty (Atom)


